Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
Archiwum sklep 1
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Wyłowione z forum

Hit  No kill - przypadki

Autor: Piotr Onikki-Górski
Temat: Nieokreślony
Data:09.11.01 17:42
Czytano:6128

Wyciąg z dyskusji jak odbyła się pomiedzy następującami osobami:

Tomek Klimek, Wojtek Stańczak, Marek Wierzbicki, Robert Pastryk, Marek Strzelecki, Andrzej Trembaczowski, Piotr Regiec, Sławek Michalski, Przemek Pilaszek, Wojtek Górny, Slawek Smoliński


Od czasu do czasu, na lamach wedkarskich czasopism na nowo odzywa problem postepowania ze zlowiona ryba. Wobec sporow miedzy zwolennikami zasady "no kill" ze smakoszami rybiego miesa pozostawalem zawsze obojetny. Mialem swoj poglad na ten temat i nie wdawalem sie z reguly na tego typu polemiki. Zycie, jak to czesto bywa plata nam roznego rodzaju figle, zawsze nadchodzi jakis przelom. Tak tez sie stalo i w tym wypadku.

Nie mialem nigdy wedkarskiego nauczyciela, nie mial tez mi nikt wpoic etycznych wedkarskich zasad. Do wszystkiego dochodzilem sam, ciezkim nakladem sil i srodkow. Ostatnimi czasy, kiedy to moja swiadomosc i skutecznosc wedkarska wzrosla, wpoilem sobie wlasne normy postepowania. Nie bede pisal jakie, sek w tym ze wiekszosc ryb wypuszczalem. Bralem jakas, czasem dla ojca, on w przeciwienstwie do mnie uwielbia je jesc. Duzo przyjemnosci sprawialo mi wypuszczenie ponad kilowego klenia, jazia, czy trojkowej rapki, choc musze przyznac, ze czasem takie ryby wedrowaly do siatki.

Tego przelomowego dla mnie dnia (sobota, 24.10.1998) drugi dzien bezskutecznie chodzilem za sandaczem. Pgoda piekna, ale nie na te ryby. Okolo poludnia zdecydowalem sie poszkac szczupakow. Dalo to efekt w postaci 26 cm okonka i 53 cm szczupaczka. Za kilka minut zapialem kolejnego zebacza. Po ok 10 min walki wyladowalem rybe. Szczuply mial 97 cm i wazyl 7,4 kg. Nie mialem aparatu fotograficznego, a wedkarscy kibice dolali jeszcze oliwy do ognia. Stalo sie. Zabralem rybe, zamiast ja puscic do wody. Chwila szczescia szybko minela, pozostal moralny kac. Po powrocie do domu i pokazaniu ryby podzielilem sie z rodzina swoimi odczuciami. Oni tez zrozumieli ze nie wolno zabijac takich okazow. Wieczor uplynal w dziwnej atmosferze. Brak szczescia, tylko dziwny zal. Zaczalem zastanawiac sie nad sensem wedkowania. Ja sie do tego chyba nie nadaje. Musze cos zmienic.

Nie jest prosto porzucic cos, co tak bardzo sie kocha. Postanowilem byc wierny i propagowac zasade "zlow i wypusc". Goraco namawiam do wypuszczania lowionych ryb, a juz w szczegolnosci okazow. Jesli macie w sobie troche milosci i szacunku do wody napewno to zrozumiecie. Strata duzej ryby w danym zbiorniku jest duzym uszczerbkiem dla tego ekosystemu. Niech moj przyklad posluzy jako przestroga dla tych, ktorzy maja dylemat przed zabraniem zlowionej przez siebie ryby. Zapewniam Was - NIE WARTO. Ten szczupak na dlugo pozostanie ryba mojego zycia, wzale nie z powodu swoich gabarytów.

Ja łowię, ale prawie nie zławiam. Jak się kiedyś śmialiśmy z ojcem i bratem, tym się różni łowca od złowcy (pierwszy łowi, a drugi zławia). Ale jak mi się coś zdarzy złowić (zwykle łowię od 12.00, w sobotę, nawet nie raz na miesiąc) - to wypuszczam. Jeść ryb za bardzo nie lubię, chociaż jak sobie przypomnę własnoręcznie złowione węgorze, okonie czy pstrąga ... Ale jakoś żal mi zabić nawet jazgarza - zawsze mi się wydaje, że fajniej będzie przyjść za jakiś czas i złowić go jeszcze raz.

Tak samo chyba myślą Anglicy z "Opowieści znad rzeki" - obejrzałem właśnie odcinek o szczupakach - OOOOOO! takie po 5 kg to były "te małe", były też takie po 13 kg, a wszystkie były ważone w takim worku, żeby sobie nic nie zrobiły, zdjęcie i papa. Podziwiam tych facetów...

Rozumiem "wyrzuty sumienia". Sam nie zabieram ryb od 3 lat, ale zdazylo sie 2 czy 3 razy, ze musialem zabrac pstraga bo byl fatalnie zapiety przez oko czy poprostu strasznie gleboko zajadl obrotowke. I musze przyznac, ze te ryby nie sprawialy mi takiej radosci jak te (nawet najwieksze) ktore wiem ze jeszcze plywaja w Tanwii, Dobrzycy, Slupii czy Brdzie i czekaja tam na mnie dwa razy bardziej ostrozne, czyli trudniejsze do zlowienia ale i wieksze o te pare centymetrow.

Nie bede sie rozpisywal wiecej o wypuszczaniu ryb, bo wiem ze to nie wiele da, i 95 procentowa wiekszosc wedkarzy bedzie brala ryby "bo to ich prawo". Dyskutowalem z wieloma, rowniez przez internet i zostalem potraktowany za lekko "spaczonego". Coz, niech sobie tak mysla, mysle ze jednak nasza mniejszosc ma wiecej racji.

Z ta racja to bym nie przesadzal. Zadna skrajnosc nie jest dobra, bo prowadzi do braku tolerancji. Czesto zdarza mi sie wypuszczac zlowione ryby, ale czasem rowniez je czasem biore. Dlaczego ?

1. Bo lubie zjesc samodzielnie zlowiona rybe.
2. To pewnie jest wazniejsze. Bo jest we mnie zwykla wedkarska proznosc. Wedkarstwo - nawet w swej wspolczesnej postaci - jest nierozerwalnie zwiazane z atawistycznym pedem do lowiectwa. Czlowiek lubi lowic czy polowac. Czasem lubie sie poczuc jak niegdysiejszy mysliwy przynoszacy do szalasu, czy jaskini upolowanego jelenia czy niedzwiedzia. Jaka ogromna radosc sprawia mi patrzacy na mnie z podziwem synowie wykrzykujacy "Tato, ale wielki szczupak, jakie ma zeby, hurrra !!!". Takie to sa ludzkie slabosci. Bardzo zaluje natomiast, ze zabralem mojego rekordowego jazia (1,75 kg), bo byl starutki, piekny i nie zasluzyl sobie na wyladowanie na talerzu. Tym bardziej, ze nie smakowal szczegolnie. Zgadzam sie, ze nie musimy chyba zabierac ryb okazowych, bo sa doskonalymi reproduktorami. Nie skupiam sie przy tym o wzgledach "etyczno-estetycznych", choc nie sa one bez znaczenia.
Mysle jednak, ze dobrym prawem (nie tylko w rozumieniu ustawy o rybactwie srodladowym, czy przepisow PZW) wedkarzy jest moznosc zabrania ryby do domu. Daleki jestem od potepiania wedkarzy, ktorzy biora WSZYSTKIE (zlowione zgodnie z przepisami) ryby. Ja tak nie robie. Wypuszczam dosc duzo ryb. Czesc zabieram. Moze kiedys bede wypuszczal wszystkie. Ale dlaczego "mniej racji" ma facet, ktory bierze ryby do domu. Tego nie rozumiem.

Sam czasami zabieram, czasami wypuszczam. Zabieram te, o ktorych wiem, ze zjem ze smakiem, wypuszczam te, ktore moglyby sie zmarnowac. Nie udalo mi sie jeszcze zlapac takiego okazu, ktorego potem bym zalowal. Jak zlapie to puszcze na pewno po zrobieniu zdjecia. Uwazam, ze dylemat "puscic czy wziac" jest wewnetrzna sprawa kazdego i ci, ktorych znam traktuja ta sprawe rozsadnie. Moja wlasna zona bez namow wypuszcza wszystkie zlapane wlasnorecznie kielbiki, okonki, uklejki i inne "male ryby przybrzegowe" - jak o nich mowi, mimo, ze bardzo lubi zjesc np. szczupaka. I mysle ze tak trzeba - brac kiedy chcesz zjesc, wypuscic kiedy lowisz dla samego lowienia.

Jako lekarstwo na wyrzuty sumienia proponuje "Zielone wzgorza Afryki" Hemingwaya. Tam znajdziesz wszystko; i wielkie emocje polowania, i podobne dylematy. Jest tam tez i odpowiedz: "zabieralismy skore i rogi a mieso zjadalismy" (cytuje z pamieci, ale o to chodzi). Dzis juz takich polowan nie ma, wielkie afrykanskie zwierzeta w wielu miejscach wyginely. Ale nie przez mysliwych, tylko przez ograniczanie ich naturalnych miejsc. To dzieki mysliwym - mordercom? - istnieje zwierzyna lowna. Na poludniu Afryki dopuszcza sie odstrzal sloni, za slona oplata oczywiscie i pod kontrola. Miejscowi ludzie staja sie przewodnikami, zyja z tego i chronia zwierzyne. Daje to lepszy skutek niz wszelke ostre kary za klusownictwo (z kara smierci wlacznie!)

A ekologicznie wyglada to nastepujaco; tak dlugo, jak dlugo nasze lowy nie powoduja istotnego ubytku zwierzo-rybostanu, wszystko jest w porzadku. Musi byc naturalna selekcja w Przyrodzie. Dotyczy to ilosci ryb/zwierzyny, dotyczy to proporcji pomiedzy gatunkami, proporcji drapiezniki - ofiary i wreszcie proporcji duze, srednie, male ryby. Jakiekolwiek zaklocenie jest niekorzystne dla srodowiska. Owszem, w sztucznym stawie moga sobie zyc same duze karpie, lub same wielkie szczupaki. Ktos je wtedy bedzie musial karmic. Dawniej Przyroda rzadzila sie sama, teraz, gdy ludzie zdominowali srodowisko zwierzyna jest na ich lasce. Z jednej skrajnosci tepienia wszystkiego co zywe wpadamy w druga - ochrony wszystkiego co dzikie. Juz jest problem kormoranow, wkrotce bedzie problem z wydrami, bobrami, wilkami, do ktorych juz nie wolno strzelac. Uff, rozpisalem sie.

Uwazam, ze wypuszczanie - zabieranie ryb jest sprawa indywidualna. Nikt nie powinien nikogo pietnowac za to, ze rybe wypusci lub ja wezmie (oczywiscie jezeli ryba nie jest chroniona). Przy okazji, zapewniam, ze duze ryby tez sa jadalne i smaczne.

Zlapalem kiedys (dawno, dawno temu ...) karpia o wadze 10,7 kg. Bylem wtedy mocno napalony na ryby i trofea, w zwiazku z czym zabralem go, zwazylem, wyslalem zdjecie do WW i dostalem medal. Miesem obdzielilem cala blizsza i dalsza rodzine. Niestety, a moze i dobrze, okazalo (to mieso) sie ohydne - czerwone i w smaku zblizone do starego dorsza zmieszanego z wolowina. To po pierwsze choc nie najwazniejsze. Karp ten i jego kolega zlowiony jakies dwa miesiace potem przez kogos innego byly ozdoba malego choc dosc glebokiego stawu. Dopoki one tam byly i od czasu do czasu widowiskowo pokazywaly sie, lubilem tam jezdzic i probowac je zlowic. Jak juz zostaly wylowione, staw zrobil sie jakby pusty i juz nie tak atrakcyjny wedkarsko. Trwalo to troche zanim doszedlem do wniosku, ze zabieranie (zabijanie niestety) naprawde duzych ryb - nie ma sensu. Jednak, w koncu lowienie ryb tylko dla samego lowienia tez nie do konca jest etyczne "... wy sie bawicie, a nam chodzi o zycie ..." czy jakos podobnie. Dlatego przyjalem taka zasade: na wodach PZW zabieram tylko karpie (od mojego wymiaru czyli ok. 1kg do 3 kg - wieksze wypuszczam)- karpie dlatego, ze moja Zona je lubi i wspaniale przyrzadza, a Jej tez sie w koncu z tego mojego hobby cos nalezy. W czasie urlopu natomiast, kiedy lowie najczesciej w wodach innych niz PZW i musze placic dodatkowo - probuje lowic drapiezniki (okon, szczupak, sandacz), a jesli nie chca brac to "pod zamowienie" ploc lub leszcz i te rowniez sa zjadane. Niestety nie dane mi bylo spotkac sie ze szczupakiem wiekszym niz 3 kg, wiec nie moglem go wypuscic - sadze, ze bym to bez zalu zrobil. Reasumujac - ryby w koncu lowi sie po to zeby je zjesc, a nie po to zeby sie nimi bawic, w koncu te stworzenia tez cos czuja i zaciecie i hol nie pozostaje bez wplywu na ich kondycje - czasem nie nadaja sie do wypuszczenia i wtedy co ? Wypuszczanie zlowonych ryb ma wtedy sens, jesli maja one gwarancje przezycia. Oczywiscie ilu wedkarzy - tyle pogladow na ta sprawe i nikt chyba nie ma monopolu na racje, a etyka w tym tez wedkarska jest pojeciem dosc szerokim.

Kazdy robi z ryba, to co lubi. Jeden wypuszcza, drugi pozera. Jak zwykle, prawda lezy w samym srodku, czyli w rozsadku. Odrzucajac skrajnosci, mozna powiedziec za Kolendowiczem, ze madre korzystanie z darow natury nobilituje. Elegancko zlapana rybka, rownie elegancko przyrzadzona i spozyta jest zrodlem przyjemnosci i radosci. Zrodlem tej samej przyjemnosci i radosci moze byc jej wypuszczenie. Problem tkwi nie w zjadaniu czy wypuszczaniu, tylko w metodzie. Zaden zdrowo myslacy wedkarz nie bedzie lapal ryb na agregat i nie bedzie ich pozeral na surowo. Od tego mamy mozgi, zeby pracowaly i hobby, zeby sie nim cieszyc. Nastepnym razem wypuscisz i bedzie O.K. Kto inny zlapie i zje i tez bedzie O.K. I nikt nie bedzie mial moralniaka. Smacznego

Kazdy kij ma dwa konce - rozumiem nie zabierania okazow - foto wystarczy - jeden okaz to czesto 100% populacji okazow akwenu. Ale zeby tak generalizowac. Komu przeszkadza "zabijanie i zzeranie" niech zostanie ornitologiem - gwarantuje ze bedzie odwiedzal te same miejsca jak w czasach kiedy byl wedkarzem, a nawet jeszcze lepiej, bo kazda wolna chwile bedzie mogl poswiecis swojemu hobby. Mieszkam w Lodzi i wypad na rybki to caly dzionek, a na ptaszki dobry i pobliski park - powiem wiecej znakomity. Podniecam sie kazdym nowym gatunkiem jaki akceptuje wielkomiejski smrod. A po rybki... ...do rybnego - pamietajcie jednak, ze te rybki tez ktos kurde musial zlowic. Nie rozumiem tez czemu otwrcie nie sprzeciwiacie sie zarybianiu wod - przeciez nic tak nie odstraszy od lowienia jak 20 wypraw o kiju ! ble, ble, ble :) Moze mnie ponioslo ale mam dosc kwekania pod publiczke. Moze "rybka lubi plywac" ale nie kiedy jest niezywa.

Dylematy etyczne towarzyszą wszystkim wędkarzom (a przynajmniej tym, którzy na to miano zasługują). Kochamy wszak przyrodę, a jednocześnie zadajemy ból i zabijamy. Jesteśmy wrażliwi na piękno ryb, a jednocześnie czynimy wszystko aby zakłócić spokój ich egzystencji. Nawet najwięksi filozofowie nie potrafiliby uporać się z takim dylematem, a cóż dopiero my, specjaliści od glizd i innych robali. Moim skromnym zdaniem ból, cierpienie i śmierć są nieodłącznym przeznaczeniem wszystkich istot żywych na tym łez padole. Aby przeżyć, ból i cierpienie trzeba zarówno znosić, jak i zadawać. Nie rozdzierajmy szat nad wędkarstwem - przecież porównywalne cierpienia sprawialibyśmy istotom żywym zajmując się na przykład uprawą bonsai, czy hodowlą rasowych piesków, przycinając ich gałęzie, uszy czy ogony do ogólnie przyjętych standardów. Wszakże, choć brzmi to cynicznie, ryby w odróżnieniu od drzewek czy piesków, mają wolną wolę uczestnictwa w naszym hobby ...

Na koniec pozostalo mi tylko rozprawić się z zasadą "no kill", a ściślej mówiąc z tymi jej wyznawcami, którzy twierdzą, że "jeśli chcę zjeść rybę to kupuję w sklepie filecik". A skąd ten filecik się niby wziął, czy powstał z syntezy białka w jakiejś nowoczesnej fabryce albo wyskoczył może z futurystycznego replikatora? Cierpienia złowionego na wędkę pstrąga czy szczupaka są niczym w porównaniu z odczuciami dorsza łowionego w sieć, ciągnionego w ścisku kilometrami, filetowanego lub mrożonego "na żywca". Poza tym, równie ważna jak sam czyn jest jego motywacja. Rybak zadający cierpienia rybie robi to w ramach swego zawodu, wędkarz zabierający ryby czyni to dla sportu i "aprowizacji", a wyznawca "no kill"? W imię czego zadaje cierpienie? Odpowiedz znacie sami. Nie należy więc w dyskusji o "no kill" używać zbyt górnolotnych argumentów. Wystarczy powiedzieć "wypuszczam, bo chcę tę rybę jeszcze kiedyś złowić" lub "wypuszczam, bo tak chcę". Wszelkie argumenty wyższego lotu to niestety tylko frazesy, służące wykazaniu moralnej wyższości "niebiorącego" nad "biorącymi", będące świadectwem wędkarskiego fundamentalizmu. A moralny kac po wzięciu ryby dopiero wtedy staje się wiarygodny, gdy w wyniku jego wystąpienia osobnik nim dotknięty wyprzeda lub rozda wszystkie swoje wędki i zajmie się mniej wątpliwym moralnie hobby. Jak do tej pory znam wyłącznie jeden taki przypadek - i osobę tę, mimo iż przestała być towarzyszem moich wędkarskich wypraw, za czyn ten bardzo cenię i szanuję.

Wszystko co zyje, musi umrzec...

Zabijanie ryb przyjemne nie jest, ale ja to przyjmuje jako czastke wedkowania. Najwazniejszy jest umiar. Szkodliwa wszelka pazernosc, tak na rybie mieso, jak i na wedkarskie doznania. Na jednym z podlubelskich lowisk specjalnych (pstragi teczowe) mozna oplacic tylko dniowke i ryb nie brac. Po kilkunastym pstragu moze sie odechciec. Widac ten absurd. Lowienie tylko dla lowienia staje sie czyms sztucznym. Pozostaja dylematy: kill or not kill? I trzeba sie z nimi uporac - nie ma rady. Mysliwi maja latwiej - moga zamienic sztucer z luneta na aparat z teleobiektywem. Uroki polowania pozostaja, a krew sie nie leje. Najtrafniej ujal problem Hemingway: "wiec przeprosilismy rybe i zarznelismy ja szybko" (Stary czlowiek i morze).

A Pascal powiedzial "Lowy sa wazniejsze niz zdobycz" - i komu tu wierzyc? :))))) Cytat ten znajdziesz zreszta jako motto do jednego z opowiadan tegoz Hemingwaya - to sie nazywa miec dylematy moralne (wszyscy wiemy jak to sie dla Erniego skonczylo). A przy okazji, jeden wielki szczupak wcale nie bedzie lepszym reproduktorem niz dwa mniejsze. A te dwa mniejsze wytra sie w roznych miejscach.

Musze niestety stwierdzic, ze pobladziles. Jedna duza samica szczupaka (powiedzmy 2 kilowa) jest zdecydowanie lepszym reproduktorem od dwoch samic po 1 kg każda. Z dwoch prostych powodow: po pierwsze przyrost liczby ziarn ikry u samic szczupaka jest funkcja wykladnicza ich masy. Musialbym siegnac do swoich notatek, ale tak z glowy moge strzelic, ze samica 2 x ciezsza ma 3 x wiecej ikry. Ponadto ikra wiekszej samicy posiada lepszy procent zaplodnienia niz ikra samicy mniejszej. W trakcie pisania tych slow przypomnialem sobie rowniez trzeci powod - ikra samicy wiekszej ma wieksza srednice i legnie sie z niej silniejszy wyleg. Natomiast masz racje, ze istnieje szansa ze dwie samice wytra sie w dwoch roznych miejscach. Biorac jednak pod uwage zachowania godowe szczupaka i malejaca liczbe tarlisk, nie jest to argument krytyczny.

Poza reprodukcja wazne jest rowniez spojrzenie na ilosc i jakosc pobieranego przez male i duze szczupaki pokarmu, ale to juz zupelnie inna historia ....

Srednia płodnosc szczupaka a jego dlugosc :
Dane z 4 jezior woj. olsztynskiego, wg. Terleckiego
40-45 cm - 13,3 tysiaca ziarn ikry
45-50 cm - 20,2
50-55 cm - 33,3
55-60 cm - 41,2
60-65 cm - 53,5
65-70 cm - 80,3
70-75 cm - 89,2
75-80 cm - 114,2
80-85 cm - 148,4
85-90 cm - 163,6

W podobnej relacji do dlugosci pozostaje z reguly zarowno procent zaplodnienia ikry, procent wylegu i jego przezywalnosc w 1 tygodniu zycia (IRS w Zabiencu, dane wlasne i kolegow, niestety w wiekszosci niepublikowane).

Zwroccie jeszcze uwage na jeden fakt, o ktorym wczesniej zapomnialem:
Ryby lowione:
Rybinski Zbiornik Zaporowy, wg. Zacharowej
Dlugosc % samcow % samic
28-30 100 0
30-40 60 40
40-50 60 40
50-60 55 45
60-70 27 73
70-80 7 93
80-90 3 97
> 90 0 100

Powyzsze dane to jedyny niebanalny argument za "no kill" jaki do tej pory udalo mi sie znalezc. Ale, czy ktos z Was probowal wedzonego na cieplo 12 kg szczupaczka? Jezeli nie, to nie mamy o czym gadac...

Jesli chodzi o mase samic szczupaka, to znowu nie jest to takie latwe do porownania. Zlowiony przeze mnie na Mazurach w lipcu 1994 szczupak 97 cm wazyl 4,95 i przypominal wegorza. Byla to samica ktora nie doszla do siebie po tarle i sam nie wiem jakim cudem chwycila blystke, bo oporu na kiju to juz prawie nie stawiala. I zeby bylo jasne - dostala w leb, aby sie dluzej nie meczyla. Trzeba bylo widziec jej jame brzuszna, aby w pelni docenic dobrodziejstwo takiego czynu (opisu anatomiczno/patologicznego Wam oszczedze). Zlowiony 3 miesiace pozniej w Narwi szczubel 94 cm wazyl 7,30 kg i byl rowniez samica, ale w swietnej kondycji. Wiesc gminna glosi ze wrocila ona do wody, chociaz nie wiem, moze ja zezarlem "on site", na surowo, wraz z twisterem? :))))

Z dobrze zagospodarowanego lowiska mozna bez szkody odlawiac ryby jakie sie chce, pod jednym wszakze warunkiem: Polowy nalezy notowac i na takiej podstawie planowac zarybienia, odlowy selekcyjne (tak,tak, bez tego ani rusz) i zabiegi biomanipulacyjne (jak np. wprowadzenie gatunku dotychczas w danej wodzie nie wystepujacego, ale z jakichs wzgledow pozadanego). Nawet calkowicie pusta sadzawke mozna przeksztalcic w dobre lowisko, o ile ma sie o tym troche pojecia oraz sprawuje sie nieograniczona kontrole nad uzytkownikami wody.

Chce podac tylko pewien przyklad z zycia. Przyklad zupelnie innego podejscia do problemu "catch and release" (swoja droga ciekawe skad wzielo sie to "no kill", byc moze jestem totalnie nie doinformowany, ale czy to przypadkiem nie jest polski "wynalazek"?).

Wrocmy jednak do owego zyciowego przykladu. Zdarzylo sie tak w moim zyciorysie, ze spedzilem dwa lata na polnocnym zachodzie USA, na pograniczu Gor Skalistych w Idaho. Tak apropos, tereny te sa w Polsce zupelnie nieznane, a szkoda, bo trudno znalezc na swiecie piekniejsze i bardziej bezludne okolice. Oczywiscie korzystalem z tego ile sie dalo, przede wszystkim wyprawiajac sie na krola tamtejszych duzych gorskich rzek (Snake, Clearwater i Salmon), czyli steelheada. Stalym towarzyszem moich wypraw byl pewien Amerykanin, rownie kopniety na punkcie wedkarstwa jak ja. Mial on do problemu zabierania ryb bardzo specyficzne podejscie. Bral wylacznie ryby, ktore kiepsko walczyly na wedce, nawet jesli byl to steelhead, ktorego wolno mu bylo wziasc (w Idaho mozna zabierac tylko steelheady pochodzace ze sztucznego tarla, a sa one "znaczone" przez skrocenie pletwy tluszczowej). Poczatkowo bylo to dla mnie niezwyklym szokiem, gdy na jednej z pierwszych wspolnych wypraw, po wyjatkowo widowiskowym holu wielkiego steelheada, moj towarzysz stwierdzil, ze tak mocnej ryby nie zabierze, bo uwaza, ze bedzie ona doskonalym rodzicem. Zdarzalo sie to pozniej wielokrotnie, a po krotkim czasie i ja przyjalem to kryterium za swoje. Ow facet nie mial zadnych moralnych oporow przed usmierceniem i zabraniem ryby, ktora jego zdaniem byla zbyt slaba, aby pozwolic jej sie rozmnozyc. Przyznaje, ze kryterium to moze byc dla wielu wedkarzy bardzo kontrowersyjne. Niemniej jednak spotkalem sie z tego rodzaju postepowaniem wielokrotnie lowiac pstragi w Utah czy lososie u wybrzezy Pacyfiku i rozmawiajac z tamtejszymi wedkarzami. Podsumowujac, wielu z nich nie mialo moralnych rozterek w stylu czy wogole zabic rybe, tylko ktora rybe. Jasnym jest, ze zawsze bedzie to ocena subiektywna. Coz, oni maja ryby, my zas jakby troszke mniej... Jak widac, mozna i tak.

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
węzeł na plecionce
Tomek Sutow 21.7.04 02:30
Moje obserwacje osób wędkujących zawierają się w
trzech kategorich

a) kill wszystko
b)kill wybrane kryterium np.gatunek,wielkość ,ilość
c)kill przypadek lub wyjątek

Trudno zadowolić te trzy zbiory postępowań regulaminem jednej organizacji , jednakową składką itd

W celu najwyższego poziomu zaspokojenia
a) pracy
b) rekracji , posiłku ,
c)rekracji

Należy dokonać dywersyfikacji składki oraz wód ze względu na użytkowników

Dzisiejsze dyskusje i problemy sprowadzają się do sytuacji jakby walki między grupami na poziomie moralnym,prawnym,ekonomicznym,społecznym itd


PS. Abstrahując , Panowie jestem przekonany że wygoda (kto przygotowuje posiłki ten wie ) jednak z czasem zwycięży .
     nokill
Kamil Adamczyk 24.9.04 19:02
    
Bardzo bobry artykul. stosuje kill wyjatek



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Przeczytaj szczegółowe opisy wędkarskich akwenów. Sporo z nich znajdzeisz pod tym adresem: Łowiska wędkarskie Znajdziesz tu także informacje o firmach wędkarskich i kwaterach związanych z uprawianiem tego hobby.