Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
Archiwum sklep 1
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Poradnik O rybach

Hit  Zima płoci

Autor: Jacek Jóźwiak
Temat: Płoć i Wzdręga
Data:07.1.02 14:37
Czytano:8642

Dla przysięgłego łowcy płoci i ta pora roku bywa interesująca. Wytrawni płotkarze podkreślają, że ryby omawianego gatunku trzymają się zawsze skraju zimowisk i - w przeciwieństwie do leszczy, krąpi, jazi - są ruchliwe przez cały dzień. Dla jeziorowca szansą jest pierwszy i ostatni lód. Przeszukiwanie kantów, odnalezienie żerowisk na płyciznach może okazać się niezwykle owocne.





Zima jest najlepszą okazją do poznania ukształtowania dna. Warto przedsięwziąć kilka wypraw zwiadowczych przy pierwszym lodzie - po pierwsze, ryby dobrze wówczas biorą, po drugie lód jest niezbyt gruby, więc wywiercenie kilkudziesięciu otworów nie wyciśnie z wędkarza siódmych potów. Wiedza z takich rekonesansów procentować będzie przez całą zimę, a nawet przeniesie się na cieplejsze pory roku.

Płociowe patrole przez pierwsze tygodnie po zmarznięciu jeziora penetrują przede wszystkim strefę litoralu. Pływają głównie wzdłuż obumierających podwodnych łąk, w przecinkach i duktach wśród gąszczu, zapuszczają się pod same trzciny. Z zasady nie wpływają w głąb zarośli, trzymają się ich skraju.

Płoć na płyciznach zawsze jest aktywna, zawsze szuka jedzenia, rzadko zamiera w bezruchu - a i to na krótką chwilę. Nęcenie na płytkiej wodzie nie ma sensu, trzeba łowić aktywnie, z zaglądaniem do wywierconych dziur. Piaszczyste, monotonne dno nie rokuje dobrze. Wysłane szczątkami roślin, pofałdowane, pełne brył, kamieni, kolonii racicznicy zachęca natomiast do dłuższego postoju i powrotów nad taki przerębel. To, że nie było brań, powiedzmy, o dziesiątej, nie oznacza, że nie będzie ich o wpół do jedenastej.

W kilka tygodni po skuciu jeziorowej tafli płocie na dobre wynoszą się z płycizny. Odwiedzą ją od czasu do czasu, ale nikt nie jest w stanie przewidzieć - kiedy i na jak długo. Na pewno jednak dość często penetrować będą kanty. Podlodowy łowca dużych płoci omija w środku zimy całą strefą litoralu, pozostawiając ją mormyszarzom polującym na małe okonki, a sam zmierza na wysokość wyraźnego uskoku dna i przez cały dzień porusza się wzdłuż niego. Wcześniej czy później trafi na stado płotek.

Niektórzy koledzy za wszelką cenę starają się odnaleźć zimowiska ryb i obławiają jego skraje. Ja sam nie mam w tym względzie żadnych doświadczeń - jestem bowiem zagorzały przeciwnikiem zakłócania spokoju zimowych ostoi. I prawdę mówiąc, podejrzewam wędkarzy siedzących nad nimi o instynkty kłusownicze i brak zasad. Płocie rzeczne także są ruchliwe przez całą zimę, tym bardziej, że nie dotyka ich jeziorowa plaga - przyducha. Często więc opuszczają zimowiska i trzymając się spokojnej wody patrolują pogranicze między wodą płynącą pomału i nurtem.

Wędkarze uparcie łowiący w rzekach podają swoje zestawy właśnie w takie pogranicza. Jeżeli zima jest mroźna, łowią na skraju lodu, jeżeli mrozów nie ma, to na skraju warkocza. Chodzi o to samo miejsce. Lód znakomicie wyznacza granicę spokojnej wody i rzecznego prądu. Nad zastoiskiem woda daje się skuć szybko, pędząca natomiast staje dopiero przy mrozach najsilniejszych.

Przepuszczenie zestawu przepływankowego wzdłuż lodowej tafli może przynieść wędkarzowi niejedną piękną płoć. Jednak prawdziwymi zimowymi łowiskami płoci pozostają jeziora. Zakładam, że nie piszę dla wędkarzy, którzy za wszelką cenę będą starali się odnaleźć w jeziorze zimowe zgromadzenia ryb, lecz dla tych, którzy chcą łowić zgodnie z regułami sztuki. Pocieszam się tym, iż ryby zgromadzone w ostojach raczej nie żerują i niełatwo je skusić nawet przynętą podaną pod nos. W zimowiskach - jak wykazują podwodne obserwacje i wskazania echosond - przebywa czasem niewyobrażalnie wielka ilość ryb. Mieszają się gatunki, a nawet "charaktery" - obok nieletniego krąpiaka wisi w zimowym odrętwieniu potężny szczupak, obok płoteczki sandacz czy okoń. Ryby, które zdradzają chęć żerowania, zaczynają się poruszać, wychodzą na zewnątrz zimowiska, zaś płotka odbywa nawet dość długie wędrówki i nie zawsze powraca do tej samej ostoi.

Tak więc płotki rzadko pobierają pożywienie w zimowisku. Natomiast kiedy znajdą się poza ostoją, to oznacza, iż wybrały się na żer. Są aktywne, ciekawskie, gotowe do zdegustowania wszystkiego, co się rusza. Żeby znaleźć płociowe żerowiska, trzeba sporo pochodzić po lodzie, wykuć wiele dziur i nad każdą posiedzieć kilkanaście minut.

Wielu moich przyjaciół łowi zimą na zestaw spławikowy. Nie uważam tego za najszczęśliwszy pomysł, ale nie mogę zaprzeczyć, że przynosi on im zupełnie przyzwoite efekty. Są to ci, którzy nie przymarzają na długie godziny do swoich dziur, lecz - podobnie jak mormyszarze - wiercą ich podczas dnia kilkadziesiąt lub choćby kilkanaście. Ich "spławikowanie" nie ogranicza się jednak do wpuszczenia zestawu do przerębla i uwieszenia się wzrokiem na nieruchomym spławiku. Zimową płoć lepiej od wszystkich aromatów wabi ruch.

Wpuszczenie zestawu do dziury, chwila bezruchu i odciągnięcie spławika o kilka, kilkanaście centymetrów. Brania następują najczęściej tuż po opadnięciu pęczka ochotek (najlepsza przynęta!) lub ułamek sekundy po jej poderwaniu.


Pokpiwam sobie nieco z moich przyjaciół spławikowców i zrzędzę nad ich przeręblami, że ewoluują powoli jak małpy w kierunku porządnego wędkarstwa. Zmieniają się pomału w mormyszarzy - bo jak określić spławikowca, który na końcu zestawu miast haka ma mormyszkę? Coraz częściej spotyka się takich wynalazców - ja nazywam ich "transformatorami", bo ich technika transformuje w kierunku klasycznego łowienia na mormyszkę.

Trzy są techniki połowu płoci spod lodu i trzy rodzaje wędkarzy: spławikowcy, mormyszarze i transformatorzy. Ci ostatni miewają rewelacyjne wyniki. Podrywają szczytówką spławiczek - no i mormyszkę wzbogaconą ochotkami - co kilka sekund.

Nie ma jednak - moim zdaniem - techniki efektywniejszej od mormyszki podczas łowienia płoci spod lodu. Po pierwsze, ryby częściej podpływają do poruszającej się przez cały czas przynęty, prędzej decydują na branie. Po drugie, kiwak jest lepszym sygnalizatorem od od spławika. Po trzecie, pewniej i prędzej można zaciąć, gdy trzyma się wędeczkę w dłoni i przy żyłce cały czas napiętej.

Kolejnym argumentem jest fakt, że można się poruszać po lodzie swobodnie - spławikówka wymaga wyjmowania pudełeczek, rozkładania choćby najprymitywniejszego stanowiska. Spławikowcom nie bardzo się chce wędrować od dziury do dziury - bo to ciągłe zmienianie gruntu, bo to grzebanie się w zanęcie nad każdym nowym przeręblem. Stąd często słabsze efekty połowów. Chyba, że zwolennicy tradycji trafią celnie w żerowisko i ryby przy apetycie. Wówczas na głowę pobiją wędrowców z mormyszkami.

Ci ostatni jednak gotowi są uczyć się choćby od diabła i wzorem spławikowców miewają w kieszeni pudełko z zanętą, którą można "przytrzymać" przy dziurze żerujące płotki.


Pod koniec mroźnej zimy płocie ożywiają się znacznie. Łowienie na ostatnim lodzie ma wielu zwolenników i rzeczywiście przynosi niekiedy rewelacyjne wyniki. Ja jednak jestem człowiekiem ciężkim i grubym. Lubię łowić w jeziorach. Jeśli zima jest mroźna, to oczywiście łowię z lodu. Ale pewnie czuję się na nim wówczas, gdy wjeżdżają na jezioro małe fiaty, a jeszcze lepiej mercedesy. Gdy znikają z lodu samochody, ja wychodzę na brzeg.

Zżera mnie jednak zawiść. Lżejsi znajomi właśnie teraz, gdy lód zaczyna odmarzać przy brzegach, nadrabiają wszystkie niepowodzenia, jakie spotkały ich zimą. Znoszą z jeziora pełne torby płoci. I to jakich! Półkilogramowe nie należą do rzadkości, zdarzają się jeszcze cięższe. Ileż razy słyszałem wrzaski z głębi jeziora podczas smętnych wędrówek po brzegu - walka z dużą, wiosenną płocią bywa tak emocjonująca, że trzeba krzyczeć.

Znalazłem w końcu sposób na łowienie ryb w okresie, gdy na lodzie pełno jeszcze wędkarzy. Są otóż na każdym niemal jeziorze miejsca, gdzie lód ustępuje błyskawicznie. To ujścia rowów melioracyjnych odprowadzających nadmiar wody z szybko ogrzewających się pól. Podczas wiosennych roztopów cieki te potrafią zmieniać się w rwące strumienie, wprowadzające do jeziorowych zatok masy ciepłej wody.

Nie tylko zresztą wody - wiosenne wezbrania wypłukują z rowów ogromną ilość bezkręgowców: skorupiaków, larw owadów, ślimaków pogrążonych jeszcze w zimowym letargu, odrętwiałych żabek, drobnych rybek i roślinnych drobin.

Wolne od lodu połacie jeziora u wylotu rowów melioracyjnych mają więc wszystkie cechy znakomitego łowiska. Woda jest tu cieplejsza, lepiej natleniona, jej masy poruszają się, co dodatkowo wabi ryby. Łowisko jest przez cały czas donęcane - fachowo, z umiarem, bo czyni to sama natura.

Największym problemem jest dotarcie w takie miejsca. Brzegi bywają tu podmokłe, od twardego lądu oddziela je szeroki pas trzcin i tataraku. Ale w neoprenowych spodniobutach daje się dotrzeć do wody z lekką, długą wędką spławikową. Przyznam też, że w kilku miejscach - jeśli ma taką możliwość - jeszcze jesienią stawiam drewniane blaty, z których łowi się luksusowo.

Używam siedmiometrowego wędziska do metody bolońskiej. Tu nie ma mowy o kiju, którego nie da się utrzymać w dłoni przez kilka godzin. Poza tym jego długość pozwala na bardzo precyzyjne podawanie zestawu. Na ogół w pobliże trzcin, gdzie na głębokości kilkudziesięciu centymetrów wygrzewają się i odżywiają naprawdę ładne ryby. Zestaw delikatny, na tyle jednak mocny, by większość zaciętych ryb można było "lądować" z powietrza. Ja korzystam z żyłki 0,16 mm i przyponu o dwa oczka cieńszego. Porzucam już larwy ochotek i na hak zakładam przetarte w piasku kalifornijki piccolo. Do przynęty tej wielkości wychodzą ryby, którym chce się jeść. Brania są wyraźne - na ogół kilka "pyknięć" i odjazd na wodę.

Konkurencji na brzegu nie spotykam. Większość wędkarzy włazi na lód. Ja nie mogę, bo jestem gruby i ciężki.

cdn.

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Brak komentarzy.


Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Wszywki, metki, etykiety - szeroka oferta. Zobacz: Wszywki odzieżowe