Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
Archiwum 2
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
Error: eZArticleRenderer::eZArticleRenderer() could not find generator in XML chunk.
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Opowiadania

Hit  Torus cz. IV

Autor: Ryszard Siemiński
Temat: Przygody
Data:05.3.05 11:50
Ocena:9.63 hit (46)
Czytano:3023

Corocznie pod koniec października „organizował” sobie jeden dzień wolnego i jechał na grób pana Gustawa. Porządkował go, chociaż widać było, że o czystość na nim ktoś dbał, zapalał świeczkę i siedział na ławeczce długie godziny wspominając minione lata. Zaglądał też wtedy nad jezioro, ale nie podchodził do chaty. Wierzył, że duch pana Gustawa nadal przechadza się po podwórzu, nie chciał go nachodzić i przeszkadzać!! Patrzył tylko ze wzgórza na obejście i jezioro. Kiedyś postanowił, że w okolicy Wszystkich Świętych uszanuje spokój gospodarza i jego obejścia.


Torus cz. I


Zachód słońca
Zbliżała się kolejna wiosna i czas jak gdyby nieco przyspieszył. Powód mógł być tylko jeden - pstrągi!!! Zaczęły się wyjazdy bliższe na pobliskie „siurniki” absorbujące tylko całe popołudnie i uważane przez niego za „treningi rzutowe”. Zdarzało się, wprawdzie rzadko, że podczas takiego treningu „uwieszał” mu się czterdziestak , ale najczęściej były to „krócaki” poniżej 30 cm. Torus podczas tych wypadów już tylko sporadycznie zajmował się tym co robi. Jego interesowała okolica widziana przez pryzmat zapachów. ”Bobrował” więc po pobliskich chaszczach płosząc wszystko co w nich żyło, a od czasu do czasu udawało mu się „upolować” coś większego, coś co kilkukrotnie nawet jemu napędziło stracha. Dłuższe wypady organizował z reguły na Kaszuby i trwały nie krócej niż kilka dni. Odwiedzał wtedy wszystkie sobie znane „miejsca” , a ostatniego dnia „wyprawy” zachowując „daleko idące środki ostrożności” zaglądał do Eldorado!!! Nigdy go nie zawiodło chociaż zdarzały się dni lepsze i gorsze. Każdy pobyt tam był dla niego także potężnym stresem - znalazł już ktoś to miejsce czy nie znalazł - w jego głowie kołatało się to pytanie i na szczęście pomimo usilnych poszukiwań nie zauważył niepokojących go śladów. Czasami zaglądał też do Ciemków, bo to było tylko kilkanaście kilometrów.
Zawsze go tam miło przyjmowali, a pan domu miał ukryte w spiżarce coś „niecodziennego” po czym miło się gawędziło do późna w nocy latem przy ognisku, a w chłodniejszych porach roku, przy kominku.

Tego roku też zdecydował się zajrzeć do Ciemków, ale wtedy jeszcze nie wiedział jaka przykra niespodzianka go czeka. Powitanie po rocznym niewidzeniu było jak zwykle serdeczne, ale już na początku wizyty dostrzegł, ze gospodarze dają sobie jakieś tajemnicze znaki. Pod wieczór cała tajemnica się wyjaśniła i spadło to na niego jak grom z jasnego nieba!! Na podwórko zajechał samochód i wysiadło z niego dwoje młodych ludzi - dziewczyna i chłopak. Chłopaka nigdy nie widział, ale dziewczyna wydała mu dziwnie znajoma! Ależ tak - to była wnuczka pana Gustawa!! Widywał ja przecież wiele razy, ale teraz wyrosła na dorodną kobietę!! Poznajesz Elę - wnuczkę Gustawa - spytał Karol. Rodzice jej mieszkają w Niemczech, a ona postanowiła z mężem zamieszkać w Polsce, na przedmieściach Szczecina. Urządzili się już jako tako, a Ela kupiła gospodarstwo dziadka i chce tam pobudować dom letniskowy. Roboty ziemne to chyba się już tam zaczęły!!!

Ostatniego zdania już nie słyszał, bo w wyobraźni zobaczył jak wielka koparka unicestwia jego najukochańsze miejsce na ziemi!!! Popołudnie wydawało mu się wiecznością. Przestało go interesować cokolwiek innego jak tylko natychmiastowe odwiedzenie tego miejsca. Zobaczyć go ostatni raz takim jakim go chciał zapamiętać. Miał w domu bardzo wiele zdjęć jeziora i obejścia zrobionych ze wzgórza, ale co innego zdjęcie, a co innego atmosfera okolicy, jej zapach, jej niepowtarzalna niezwykłość. Zapragnął poczuć ostatni raz mistykę tego miejsca. Wcześnie poszedł spać wymawiając się złym samopoczuciem. Gospodarze w mig zorientowali się, że z nim coś się dzieje, ale zbywał ich wymijającymi odpowiedziami. Nie mógł zasnąć i niemal całą noc przewracał się w śpiworze na sianie i nasłuchiwał nocnej mowy lasu. Nad ranem chyba na krótko zdrzemnął się nerwowym snem. Śniły mu się jakieś koszmary! Zerwał się na równe nogi tak gwałtownie, że Torus podniósł się z derki warcząc cicho! Dopiero szarzało na świecie!! Wziął psa i ruszył brzegiem małego jeziorka na spacer.

Zbliżała się jesień i ranki końca sierpnia były już chłodne. Skulił się w sobie i ... nagle zobaczył ognisko, a właściwie dym z ogniska unoszący się nad trzcinami. Pies nie zdradzał oznak niepokoju, więc bez obaw ruszył w kierunku dymu. Malutkie ognisko ledwie się tliło, ale w pobliżu nie było nikogo. Rozejrzał się dookoła i kucnął przy ogniu. Patykiem poprawił tlące się żagwie i dorzucił kilka nowych patyków z przygotowanego już małego stosu. Dym zaczął go gryżć w oczy, ale nie reagował i po chwili niewielki podmuch wiatru skierował dym w inną stronę. Teraz dopiero spostrzegł postać. Stała na skraju pobliskich krzaków. Skinął na nią ręką i postać powoli podeszła do ognia. Widział tego człowieka dość często przedtem. To był stary pastuch. Za kilka groszy pilnował stadka powierzonych mu krów od wiosny do późnej jesieni. Teraz pewno krowy spały w krzakach, ale rzecz dziwna - Torus w ogóle nie sygnalizował ich obecności! Leniuch - pomyślał, bo pies leżał spokojny przy ognisku. Postać przykucnęła także przy ognisku nic nie mówiąc. To pana ognisko - spytał. Postać zaprzeczyła ruchem głowy i obaj milczeli dalej. Wspomnienia poszybowały do zagrody Gustawa. Przypomniał sobie pierwsze spotkanie, pierwsze rozmowy, pierwszy kilkudniowy pobyt u niego i pierwsze nocne ognisko. Dłonią otarł oczy i wtedy postać podniosła się zaczęła iść w stronę krzaków. I wtedy usłyszał szuranie buciorów pan Gustawa tak wyraźne jakby Gustaw właśnie podchodził do ogniska, minęło go i podążyło w ślad za znikającą w dymie ogniska postacią. Poderwał się na równe nogi, ale coś go zatrzymało i nie pozwoliło zrobić kroku, a postać zniknęła zupełnie. Był już wschód słońca i zapowiadał się piękny dzień, a przez niego przebiegł dreszcz, jakby pozbywał się tajemniczego odrętwienia. Popatrzył na mokry piach - nie było na nim śladów starego pastucha pomimo tego, że zniknął przed chwilą, ale ślady jego traperów było widać wyraźnie. Wrócił na podwórko i do samochodu. Spakował swój wędkarski bagaż. Gdy się żegnał jeszcze przed śniadaniem, gospodarze nie kryli zdziwienia, a Karol ściskał mu dłoń nie kryjąc zaskoczenia. Mrugnął mu tylko okiem - wszystko w porządku, wsiadł do samochodu i ruszył tam gdzie kierował go los!! Skutecznie hamował swoje zapędy do nadmiernego naciskania pedału gazu, ale i tak do zakrętu w leśną drogę prowadzącą do zagrody Gustawa dotarł w niewiele ponad dwadzieścia minut!!! Powoli, jakby z obawą samochód sunął leśnym traktem którym, nie wiedząc jeszcze o tym, jechał ostatni raz w życiu. Dojechał wreszcie do skraju lasu i zatrzymał samochód. Zawsze nie mógł się doczekać kiedy skończy się ten „wstrętny” las, a tym razem było dla niego zbyt szybko. Wysiadł z auta i wypuścił psa. Z tego miejsca nie było jeszcze widać ani jeziora ani chaty. Zaczął iść w kierunku wzgórza, ale Torus swoim starym zwyczajem nie pobiegł pierwszy na wzgórze, ale szedł karnie przy nodze. Ogarnął go wewnętrzny niepokój. Zbliżał się do szczytu gdy najpierw wiatr przyniósł smród spalin i ropy , a po chwili dobiegł go głuchy warkot silnika. Stanął na moment, a po chwili odwrócił się na pięcie i ostro ruszył z powrotem do samochodu. Teraz zrozumiał - stało się najgorsze! Ich świat już nie istniał i żadna siła nie zmusi go do oglądania tej śmierci!! Wsiadł i zawrócił. Wiedział, że musi uspokoić swoje nerwy, by bezpiecznie wrócić do domu. Samochód niemal z „przyzwyczajenia” sam wolno jechał leśnym duktem, aż wreszcie stanął w środku lasu. Wysiadł i zaczął chłonąć jego tajemniczy nastrój. Nie pamiętał ile to trwało, ale w pewnej chwili otrząsnął się jak pies po wyjściu z wody i już niemal zupełnie spokojny ruszył w drogę powrotną do domu.

Codzienny kołowrót zwykłych zajęć pozwalał mu choć na krótko zapominać o wydarzeniach ostatnich dni. Kiedy jednak będąc w swoim pokoju przypadkiem spojrzał na stojące na półce regału zdjęcia Gustawa z Torusem wzrok jego padał na czarną wstążkę, która widniała w rogu zdjęcia tuż przy twarzy Gustawa i wspomnienia ostatnich dni wracały jak bumerang!! Jesień już na dobre zawitała do niego na działkę, ale jakoś brakowało mu energii, żeby ruszyć z zimowymi przygotowaniami. Nawet uwielbiane przez niego jesienne „dłubanie” okoni na „paprochy” nie powodowało w tym roku corocznego drżenia serca. Po prostu nie miał ochoty jechać na ryby - ot i tyle!! Ale życie nie znosi pustki i następne wydarzenia przesłoniły nieco sierpniowy smutek.
Przez tą swoją pasję nie zauważył, że mała Ania już dawno przestała być mała i wyrosła z niej niezła „laska”. Nadal chętnie i często przychodziła do dziadków i z wielka ochotą zabierała Torusa na spacer do parku i w inne nieco mniej bezpieczne miejsca np. za miasto. Nie obawiał się o jej bezpieczeństwo, bo Torus tymczasem znacznie podrósł i co ważne, spoważniał. Stał się prawdziwym obrońcą tego, pod którego opieką aktualnie przebywał. I zdarzyło się wreszcie „nieszczęście”!!!

Któregoś popołudnia Ania jak zwykle przyszła do nich po szkole. Babcia była emerytowaną nauczycielką ogólniaka, a Ania właśnie tam „pobierała nauki” i często przychodziła „po porady” do babci. Pewnego czerwcowego popołudnia „robił porządki” w swoich wędkarskich rzeczach, gdy z hukiem otworzyły się drzwi wejściowe i zapłakana Ania wpadła do przedpokoju, a za nią Torus - była z nim na spacerze. Łkając przez łzy powiedziała: Torus pogryzł chłopaka. Ma podarte spodnie i poharataną łydkę. Stoi na klatce, za drzwiami. Otworzył drzwi i zobaczył go jak z trudem stoi oparty o poręcz. Skarpeta i adidas były zakrwawione. Wprowadził go do kuchni, posadził na taborecie i zaczął oglądać ranę. Mimo groźnego wyglądu w rzeczywistości nie była wcale taka poważna, ale spodnie nadawały się do wyrzucenia. Winowajca tymczasem z wielkim trudem wcisnął się w malutki kącik pod stołem i nic i nikt nie potrafił go stamtąd wywabić. Zabrał dokumenty psa, ofiarę jego ząbków oraz roztrzęsioną Anię i całe to towarzystwo zapakował do samochodu - kurs pogotowie ratunkowe. Po drodze wypytał roztrzęsioną dwójkę jak to się stało i w miarę opowiadania w głębi ducha rozgrzeszał Torusa z tego co zrobił. Ania szła przez park, a Torus biegał po trawniku. Nagła trójka „górskich rowerowców” pojawiła się na horyzoncie, a po chwili zaczęła zataczać kręgi wokół Ani coraz ciaśniej i ciaśniej. Jednym słowem tym „eleganckim” sposobem usiłowali poderwać dziewczynę. Ale przeliczyli się ze swoimi umiejętnościami. Jeden z nich stracił równowagę i padając chwycił Anię za rękę. I to wystarczyło!!! Torus uznał to za atak na jego panią i uważał, że czas „interweniować”. Skutki tej jego decyzji były opłakane, chociaż jedna osoba bardzo nie narzekała na sytuację - poznała fajnego chłopaka. Kilka szwów, porcja zastrzyków i nowe spodnie - to było to, za co musiał zapłacić. Wtedy jeszcze nie wiedział, że Torus pogryzł przyszłego męża Ani.

Wieczorem rodzice Artura, bo tak miał chłopak na imię, przyszli nieco podenerwowani w „wiadomej sprawie”. Ze spokojem wysłuchał ich pretensji w przedpokoju przezornie dając im się wygadać, przyznał rację i ... poprosił do pokoju na kawę. Torus jakby wiedząc, że jego sprawa „wsi na włosku” otarł się kilka razy o nogi pani jak kot i w końcu uwalił się na nogach pana. Rozmowa z początku drętwa, powoli nabierała rumieńców, a gdy w rozmowie padło zaczarowane słowo ”wędkowanie” to lody pękły zupełnie. Ojciec Artura był spławikowcem nie spiningistą, ale dwóch wędkarzy ma zawsze o czym rozmawiać. Około północy ”podpisano trwały rozejm”, a on odprowadził z Torusem rodziców Artura na postój taksówek i zobowiązał się pilnować samochodu gości do jutra rana. Wiele lat później spędzili z Michałem wiele godzin wpatrując się w spławiki gdy zdrowie nie pozwoliło mu już na wariackie włóczęgi.

A czas tymczasem biegł sobie tylko znanym rytmem. Wnuki dorastały, dzieciom przybywało siwych włosów, a jego lata powolutku „przyginały” do ziemi. Pewnego dnia będąc na spacerze z Torusem spotkał na skraju parku „swojego” weterynarza. Jaki on siwy!! - zawołał pan doktor na widok Torusa. Już prawie półtora roku nie odwiedzał jego gabinetu i z tego powodu miał „rzeczywisty pogląd” na wygląd Torusa. Stali bywalcy domu na Śnieżnej nie zauważali tych zmian, a Torus się starzał. Starzał się siedem razy szybciej niż oni. Przyszedł wreszcie ten wczesnojesienny dzień, kiedy Torus nie zerwał się z sobie tylko właściwym entuzjazmem gdy spakowany już na jesienne „dłubanie” okoni stanął w drzwiach.
Trochę smutne to spojrzenie...
Leżał na posłaniu w kuchni i smutnymi, tęsknymi oczyma patrzył na swojego pana. Nie miał sumienia zmuszać psa do wysiłku ponad jego siły. Miał nadzieję, że to stan przejściowy i za kilka dni Torus poderwie się z posłania machając ogonem. Pojechał na to „dłubanie”, ale nie szło to mu tego dnia wyjątkowo chociaż „pasiaste” skubały nieźle. W ogóle, nie mógł się skupić na wędkowaniu. Ciągle myślał o Torusie. Przez te blisko dziesięć lat przyzwyczaił się do tego, że ktoś „przeszkadza” mu wędkować, rozwesela mądrymi oczami i przypomina szczekaniem o swoim istnieniu. Teraz była cisza i bezruch wokół niego. Czuł się w tej nowej sytuacji bardzo nieswojo i po godzinie wędkowania spakował sprzęt, dotarł do samochodu i wrócił do domu. Pies powitał go radosnym skowytem gdy wszedł do mieszkania i krztyna optymizmu rozlała się po jego duszy. Minęły blisko trzy tygodnie gdy ponownie spróbował spakować się na włóczęgę. Tym razem pies pilnował swego pana i z wyraźną werwą wsiadał do samochodu. Wędkował i jednocześnie obserwował czworonożnego przyjaciela. Pies już nie szalał po krzakach i trzcinach jak do niedawna, ale kręcił się w pobliżu i częściej niż dotychczas kładł się obok. Być może taka sytuacja trwała już od dłuższego czasu, ale po prostu nie zwracał na to uwagi. Teraz smutna prawda powoli sączyła się do jego duszy i zaczął go ogarniać bezgraniczny smutek. Tej jesieni już znacznie rzadziej wyjeżdżał na ryby. Więcej czasu spędzali na działce gdzie Torus leżał na tarasie obserwując swego pana jak krząta się po „obejściu”.

Zimę postanowił przeznaczyć na podreperowanie zdrowia przyjaciela. Sięgnął po swoje najtajniejsze „zaskórniaki” i odwiedził z psem znajomego weterynarza. Ten zbadał Torusa, potem długo mu się przyglądał, a na koniec rzekł - To starość. Ta rasa ma dość krótki psi żywot. Gdzieś koło dwunastu lat. Przykro mi, ale niewiele już można zrobić. On jest zdrowy, ale to starość zaczyna mu dokuczać. Można go trochę wzmocnić, dowitaminizować, podać mikroelementy, ale istotnej poprawy nie należy się spodziewać. On po prostu powoli gaśnie. Całą zimę kurował Torusa, ale poprawa następowała powoli i z obawą oczekiwał nadejścia wiosny. Pierwsze wiosenne wypady pstrągowe zrobił sam, bez psa, tym bardziej, że jego czworonożny przyjaciel w ogóle nie wykazywał ochoty na wyjazdy - leżał na derce pod stołem w kuchni gdy tymczasem on pakował „wędkarskie rupiecie”.

Tego roku jego pstrągowe wypady były inne niż poprzednie - takie jałowe, smutne i ... puste. Pstrągi nawet dopisywały, ale jego myśli nie było nic w stanie oderwać od Torusa. Tyle lat chadzali razem, tyle razem przeżyli, że pies nierozerwalnie kojarzył mu się chyba z najbardziej szczęśliwymi chwilami jego życia. Brak tego czworonożnego futrzaka odczuwał coraz bardziej dotkliwie. Każdy powrót do domu to była męka przyglądania się jak powolutku siły ulatują z tej bratniej zwierzęcej duszy. Był już czerwiec jak któregoś dnia pakując swój wędkarski tobołek zauważył, że pies wyraźnie się ożywił i starym zwyczajem leżał przy wieszaku w przedpokoju oczekując na wspólny wypad.

Pojechali na niezbyt odległe łowisko gdzie można było niemal nad sama rzekę dojechać samochodem.
Nie chciał go męczyć zbyt długim marszem i w czasie drogi przyglądał mu się uważnie. Z radością zauważył, ze pies zachowuje się normalnie i nie widać było po nim lat, choć fafle miał już mocno siwe. Po dotarciu na miejsce wysiadł z auta i wypuścił psa obserwując go bacznie, ale nic nie zauważył. Mocno uczęszczane miejsce było teraz akurat zupełnie puste. To dobrze - pomyślał - mamy chwilę żeby pobyć razem. Pies obwąchał najbliższą okolicę i zaraz wrócił do pana nie zdradzając ochoty do dalszych wypadów. Zmontował sprzęt, powiesił starym swoim zwyczajem „coś z konkursu” i rozpoczął zwiad schodząc powoli z nurtem rzeczki. Czerwiec żył pełnią leśnego życia i miło było chłonąć ten wiosenny charmider. Tym razem pstrągi musiały pozostać „dodatkiem” do obcowania z przyrodą.

Od niechcenia rzucał w co lepsze miejsca, ale nie spodziewał się w tych „zoranych” miejscach jakiś wyjść. Chwilę skoku poziomu adrenaliny przeżył gdy jakiś „krócak” usiłował odgonić „salmiaka” z nastroszonymi płetwami. Poczekam aż podrośniesz-pomyślał i ruszył do kolejnego dołka. Torus tymczasem buszował w pobliskich krzakach i słychać było trzask łamanych gałązek. W kolejnym dołku „wymiarowiec” uwiesił się na kotwicach woblera. Nie miał zamiaru go brać, ale obie kotwice tkwiły w pysku pstrąga. Chwilę trwało zanim przy pomocy kleszczy wyciągnął groty kotwic z pyska i puścił rybę do wody. Gwizdnął na psa, ale charakterystycznego trzasku łamanych przez wielkie cielsko gałęzi nie było. Pewnie odbiegł gdzieś dalej - pomyślał i zmieniwszy wobler na bardziej jaskrawy, „macał” kolejne miejsca. Nie wiedział ile czasu minęło, ale instynktownie zaniepokoił się „ciszą” panującą w pobliskich krzakach. Gwizdnął kilkukrotnie, ale cisza panowała nadal. Przerwał wędkowanie i nasłuchiwał. Żaden podejrzany trzask nie zwrócił jego uwagi i ten fakt wzbudził w nim prawdziwy niepokój. Gdzie ten futrzak mógł przepaść? - zastanawiał się. Zawołał kilkukrotnie na psa, ale skutek był podobny - cisza. Teraz to już zdenerwował się naprawdę! Zdjął plecaki, oparł spining o drzewo i ruszył na poszukiwania gwiżdżąc i wołając psa. Poważny strach zaczął się wkradać w jego serce. Zrazu poszukiwania ograniczyły się do najbliższej okolicy - wołał i gwizdał na Torusa, ale skutek był taki jak poprzednio - cisza. Może wnyki! - przemknęło mu głowę. Ale zaraz odrzucił tę myśl. Przecież Torus by ujadał na całą okolicę, a tymczasem była cisza!!! Moment zastanowienia i rozpoczął systematyczne poszukiwania. Złożył sprzęt i wołając psa wrócił brzegiem rzeczki w pobliże samochodu. Nic! Oddalił się na pewna odległość od swojej poprzedniej trasy i ruszył w las. Znowu nic!! Był to czerwiec, dzień długi, ale powoli robiło się szaro i czas było wracać do samochodu. Do samochodu!!! Może wrócił do samochodu! - i ruszył zdecydowanie w kierunku mostka. Robił to tak gwałtownie, że gdyby nie zostawił sobie polaryzerów na nosie już dawno straciłby któreś oko. Ostatnie kilkaset metrów niemal przebiegł nie zważając na gałęzie kaleczące mu ręce i twarz. Ale Torusa przy aucie nie było!!! Wołał i gwizdał jeszcze długo, ale jedyną odpowiedzią lasu była cisza. Zrobiło się zupełnie ciemno i o dalszych poszukiwaniach nie było nawet co marzyć. Ruszył w drogę powrotną do domu zatrzymując się na leśnej drodze co kilkaset metrów - wysiadał, gwizdał i nawoływał, ale bez skutku. Zupełnie nie pamiętał jak dotarł do domu, o co pytała żona itd. itp. Pamiętał tylko, że burczał nieprzyjemnie na wszystkich i wszystko.

W nocy nie mógł zasnąć, przewracał się z boku na bok, a wyobraźnia pracowała intensywnie. W chwilach niespokojnego snu widział Torusa jak śpi pod krzakiem gdzieś w lesie zmęczony, głodny i czeka na swego pana. Rano zerwał się wcześniej niż normalnie. W wędkarskich ciuchach poszedł do pracy. Bez słowa położył szefowi kartę urlopową na trzy dni i poprosił o podpisanie. Jechał jak szalony na miejsce wczorajszych wydarzeń, ale nie wiedzieć czemu nie spodziewał się zastać Torusa przy mostku. I rzeczywiście nikogo tam nie zastał. Ruszył w las na poszukiwania. Od czasu do czasu gwizdał w sobie i psu tylko znany sposób i wolał go po imieniu. Był tak zaaferowany poszukiwaniami, że zapomniał o czasie, jedzeniu, piciu i zmęczeniu. Zapadający półmrok przywrócił go do rzeczywistości. Był krańcowo wyczerpany i głodny, ale nie mógł przestać myśleć o psie. Gdy wyjeżdżał z lasu znów było zupełnie ciemno. Żona nawet nie pytała go o nic, podała kolację i przygotowała kanapki na jutrzejsze poszukiwania. Schemat wydarzeń kolejnych dni był taki sam i pomimo, że spędził w lesie kilkadziesiąt godzin nie wiedział nadal nic. Nawet rozmowy z napotkanymi wędkarzami nic nie dały. Niemal przestał jeść i momentami bliskim wydawało się, że jest bliski obłędu. Każdą wolną chwilę wykorzystywał na poszukiwania spędzając w okolicach tego miejsca wiele, wiele godzin, ale po Torusie nie było nawet śladu. Pewno oszalałby ze zgryzoty gdyby nie pewien sen. Nie od razu dotarło do niego jego znaczenie. Pewnej nocy po takich właśnie wariackich poszukiwaniach po raz pierwszy zasnął kamiennym snem i śnił mu się pan Gustaw na wzgórzu nad jeziorem, z którego zawsze obserwował chatę. Było w tym śnie coś dziwnego. Gustaw nie patrzył na chatę i jezioro, ale wręcz przeciwnie patrzył w kierunku lasu i zachowywał się tak jak by oczekiwał kogoś kto nadejdzie ich drogą. I nagle ... z lasu wybiegł Torus i zaczął się bawić z panem Gustawem!!! Bawił się tak jakby Gustaw był jego panem!! I nie czekali już na nikogo lecz ruszyli drogą w stronę chaty ! I nie czekali na niego chociaż ich wołał!! Przez chwilę Gustaw przytulił głowę psa do swojej twarzy i miał wrażenie, że pomyślał o nim! Ale on nie miał się zjawić!! Obudził się zlany potem i zaskoczony treścią snu, ale jeszcze wtedy go nie zrozumiał. Jak w ciągu kilku ostatnich dni po pracy pojechał nad rzeczkę i ruszył w las. Przedzierał się przez krzaki w kierunku zakrętu rzeki i dotarłszy nad brzeg doznał olśnienia - zrozumiał ten sen ... i przestał się śpieszyć. Łzy jak groch popłynęły z jego oczu, bo zrozumiał, że Torusa już nie było na tym świecie. Chadzał teraz Tam razem z panem Gustawem. Teraz dopiero dotarło do niego, że dalsze poszukiwania są bezcelowe, że Torus odszedł od niego żeby zasnąć i obudzić się u boku pana Gustawa. Długo jeszcze tego dnia płakał nad brzegiem rzeczki, nad którą znalazł futrzaka blisko 12 lat temu i przychodziły chwile kiedy zdawał się rozumieć co się stało i akceptował to choć z bólem w sercu.

Do domu wrócił już niemal zupełnie spokojny i znacznie wcześniej niż w poprzednich dniach aż żona wyrazem twarzy wyraziła swoje zdziwienie. Zjadł kolację i poszedł do pokoju dzieci gdzie na regale stało duże powiększenie zdjęcia Gustawa z Torusem. Teraz czarną wstążeczkę dokleił w rogu zdjęcia po stronie gdzie był łeb psa. Teraz to zdjęcie miało dwa czarne kiry.

Pomimo tego, że piękna wiosna zapanowała nad światem i pogoda była wyśmienita na „rzeczną włóczęgę” bardzo rzadko jeździł na pstrągi. Na wypady gdzieś dalej od domu zupełnie nie miał ochoty, ale od czasu do czasu wyjeżdżał nad rzeczkę gdzie zniknął Torus. Brał cały swój pstrągowy sprzęt nad wodę, ale tak naprawdę to jakby we śnie odwiedzał miejsca ostatnich smutnych wydarzeń. Szedł brzegiem rzeczki nasłuchując cały czas tubalnego szczekania , trzasku łamanych gałęzi i radosnego skowytu „glizdy” wijącej się u jego stóp. Rzeczce poświęcał znacznie mniej uwagi niż dotychczas. Rzucał od czasu do czasu w ciekawsze miejsca, ale nie cieszyły go nawet „wymiarki” jakie czasami wieszały się na kiju. Podczas każdego wędkowania myślami był w zupełnie innych czasach i innych miejscach. Zbliżało się lato i całe dnie spędzał na działce w cieniu drzew mini - sadku i zajmował się działkowymi problemami, ale robił to jakby w zwolnionym tempie. No i zbliżał się sierpień tak bardzo oczekiwany przez niego w poprzednich latach. Teraz bardzo obawiał się tego sierpnia!! Nie planował żadnego wyjazdu i poinformował wszystkich w biurze, że będzie „robił frekwencję” przez cały sierpień. Zaskoczył tym wszystkich, ale i ucieszył, bo inni w tym czasie mogli wypoczywać.

Sierpniowe dni w pracy były spokojniejsze od poprzednich i miał czas na to, żeby znów powspominać „inne” sierpnie!! Kończył się sierpień i kończył się sezon pstrągowy, a on jak w żadnym innym roku był zadowolony z tego faktu. Lato było wyjątkowo gorące tego roku i wszystkie pobliskie wolnopłynące rzeki pokryte były grubą warstwą roślinności. O spiningowaniu nie było nawet mowy i z konieczności zajmował się działką. Dopiero pod koniec września gdy na niebie pojawiły się pierwsze klucze dzikich gęsi odlatujących na południe zrobiło się na kilka dni bardzo zimno i pojawiła się szansa na „pasiaki”. Słyszał kiedyś od kolegów o tajemniczym szerokim rowie ukrytym w gęstych krzakach gdzie okonie rzucały się na „wszystko co się rusza”. Postanowił poszukać tego okoniowego raju. W trakcie jednego z poszukiwawczych wyjazdów znalazł to tajemnicze miejsce. Rzeczywiście - „dłubanie” tam okoni było przyjemnością. Zupełna cisza, brak ludzi, ryby ... i nagle usłyszał w oddali basowe szczekanie psa!! Torus - przemknęło przez głowę, ale zaraz posmutniał. Od miejsca gdzie zaginął Torus dzieliła ich teraz odległość prawie 100 km!! Był jeszcze kilkukrotnie tej jesieni w tym miejscu na rybach i za każdym razem nasłuchiwał głosów płynących z oddali, ale za każdym kolejnym razem była to tylko cisza.

Pod koniec października wziął jeden dzień urlopu i pojechał na grób pana Gustawa. Złapał się na tym, że nie podoba mu się określenie „chata Gustawa” „grób Gustawa” Uważał, że wyrazem szacunku dla tej niezwykłej postaci są określenia „chata pana Gustawa” „jezioro pana Gustawa”. Na cmentarzu spędził kilka godzin porządkując grób, szorując skromny pomniczek, zapalając kilka zniczy, modląc się i rozmyślając na ławeczce obok grobu. Było już dobrze po południu gdy ruszył w drogę powrotną. Zwalniał coraz bardziej zbliżając się coraz bardziej do zjazdu na leśny dukt, w który skręcał tak wiele razy. Tym razem jednak coś kazało mu zwolnić i powolutku podjechać do miejsca gdzie leśna droga brała początek i ... aż zdębiał. Nie było urokliwego leśnego duktu, ale była zwykła leśna droga rozjeżdżona do granic nieprzyzwoitości ... kołami maszyn budowlanych. W jednej chwili nacisnął gaz chcąc uciec z tego miejsca jak najdalej. Stało się to co intuicyjnie przeczuwał już od dawna. Ten ”mały cudowny światek zbójeckiej trójki” już zniknął bezpowrotnie i nic i nikt nie był w stanie go przywrócić!!! Późnym wieczorem, ale już zupełnie spokojny dotarł do domu.

Jesień zbliżała się wielkimi krokami i sezon szczupakowy był w pełni, ale on zupełnie nie miał ochoty marznąć „orząc” pobliskie rozlewiska i starorzecza.

Dźwięk syreny karetki pogotowia, która podjechała pod izbę przyjęć szpitala wytrącił go z lekkiej drzemki. Sycząc z bólu powoli przekręcił się na drugi bok, poprawił poduszkę. Po chwili wszystko wróciło do normy i tylko cichy szum systemu wentylacji zdawał się być jedyna oznaką życia w szpitalu. Zaraz, zaraz jak to było!?!? - próbował sobie przypomnieć szczegóły wydarzeń ostatnich dni..

Listopad był wyjątkowo paskudny - było zimno i niemal bez przerwy lało! Któregoś dnia pod koniec listopada miał w pracy awarię swojego komputera, a fachowcy zjawili się dopiero koło 15. Musiał zaczekać, aż skończą pracę i sprawdzić sprzęt. Wracał do domu „o ćmoku” jak mówiła jego babcia o tzw. szarych godzinach - już nie dzień, ale jeszcze nie noc. Droga wiodła przez pusty szary park, który akurat dzisiaj nie był tak zupełnie pusty - słychać było głośną ,”męską” dyskusję i jeszcze jakiś dziwny głos. Normalnie nie zwróciłby uwagi na tych obwiesi „ucztujących” na parkowej ławce, ale uwagę jego przykuł mały czarny psiak przywiązany do ławki i „częstowany” od czasu do czasu przez biesiadników kopniakiem. Sam sobie zadawał pytanie, dlaczego podszedł do tego towarzystwa i ostrym, nie znoszącym sprzeciwu głosem rozkazał uwolnić psinę ... ze sznurka. Może wspomnienie Torusa było na tyle żywe, że nie bacząc na niebezpieczeństwo stanął w obronie maltretowanego szczeniaka? Może dlatego, że też był czarny? Przeczuwał, że nie obejdzie się bez awantury więc zbliżając się do niebezpiecznej grupki odpiął trzy dolne guziki palta. Będzie wygodniej kopać! - pomyślał. Pierwszego, który go zaatakował poczęstował dyplomatką w krocze, a widząc wyraz bólu i zaskoczenia na twarzy napastnika chwycił go za włosy i jego twarzą uderzył w swoje kolano. Bolało! - pomyślał z sarkazmem o ... swoim kolanie. Przeciwnik runął na ziemię z twarzą zalaną krwią. Z półobrotu, łokciem, drugiego draba trafił w splot słoneczny, a widząc, ze nie może złapać tchu uderzył go tym samym łokciem potężnie w podbródek. Ten rozrzucił ramiona i na wznak padł na ziemię. Kończy się zaskoczenie!!! - pomyślał szybko i z wyraźną satysfakcją z półobrotu kopnął trzeciego z boku w szczękę. Jak Chack Norris!! - przemknęło mu przez myśl i ..w tym momencie otrzymał cios czymś twardym w tył głowy. Osunął się na ziemię, ale zupełnie nie stracił przytomności.

Ostatkiem sił usiłował chwycić nogę obutą w ciężki but, ale nie zdążył. Dostał potężny kopniak w klatkę piersiową. Na moment przyćmiło go z bólu, ale drugi kopniak zamortyzował skutecznie chwytając but i energicznie go skręcił. Poczuł tylko, że coś chrupnęło w kostce. Gdzieś w oddali słyszał tylko syrenę policyjnego samochodu i zemdlał. Jak przez mgłę pamiętał karetkę pogotowia i pierwsze chwile w szpitalu - ostry ból, prześwietlenia, jakaś diagnoza, zastrzyk przeciwbólowy i sen, w którym jest prawdziwe ukojenie. Następny dzień to wizyta policjanta. Młody człowiek, aspirant, poprosił go o dowód i spisywał dane do protokołu. Zdziwiła go jego data urodzenia. Wygląda pan dużo młodziej niż to wynika z daty urodzenia - skomentował. Pański zawód to informatyk, ale wiem , że był pan zawodowym wojskowym. Jaka jednostka? Zwiad „czerwonych beretów” - odpowiedzial niechętnie. A czy pan wie co to były „czerwone berety”? - zapytał zaczepnie. Po tym pytaniu młody człowiek jakby był nieobecny przez kilka chwil, a potem odpowiedzial: wiem, wiem. Mój staruszek nosił niebieski beret. A po chwili dodał - I gapę do wyjściowego munduru. O więcej już nie pytał, bo instynktownie czuł, ze wiązała się z tym jakaś smutna historia. Dalej były rutynowe pytania o okoliczności zdarzenia, a na koniec żegnając się młody policjant rzekł z podziwem. Pozazdrościć umiejętności i kondycji. Poturbować czterech młodych rosłych drani w pojedynkę - to się nazywa mieć formę - i z wyraźnym szacunkiem uścisnął mu rękę na pożegnanie.

Kilka następnych dni szpitalnych niczym się od siebie nie różniło - były monotonne i leniwe. Ożywiał się tylko po południu gdy miała przyjść Ania - lubił gdy była w pobliżu nawet wtedy gdy czytała jakieś babskie pismo siedząc na brzegu łóżka i zapominała na kilka chwil o celu swojej wizyty. Stłuczenia wchłaniały się dobrze, objawy wstrząśnienia mózgu ustąpiły i już jutro miał wyjść do domu, a Ani z Arturem jeszcze nie było. Pogoda była paskudna, a z samego rana zaczął padać mokry śnieg. Jego resztki leżały jeszcze na dachach zaparkowanych samochodów. Nerwowo chodził po korytarzu i od czasu do czasu wyglądał przez okno. Wreszcie usiadł przy stoliku przeglądając jakąś starą gazetę gdy pan Roman, „łóżkowy”sąsiad wyjrzał z sali i powiedział: pańska komórka brzęczy!! Szybko wszedł do sali, odsunął szufladę, wyjął i włączył telefon. Podejdź do okna! - usłyszał głos Ani. Pośpiesznie wykonał polecenie. Na niewielkim dziedzińcu szpitalnym stał jego gruchot, a obok Ania z Arturem. Pomachali mu i zaczęli coś szeptać miedzy sobą. Nagle Artur szybko otworzył tylne drzwi samochodu i ... wyskoczył z nich ... Torus!!! Skamieniał z wrażenia, a pies tymczasem baraszkował na niewielkim skwerku turlając się w brudnym śniegu. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego, że to nie jest Torus, ale szczeniak labrador - retriver i nie ochłonął jeszcze do końca gdy zobaczył jak Ania pisze palcem na zaśnieżonym dachu jego samochodu - TORUS. Łzy pojawiły się w jego oczach i chciał je koniecznie ukryć przed tymi chorymi, którzy przyglądali się harcom psa. Pański? Jak się nazywa? Torus? Co za dziwne imię dla psa ? Ale on już nie słuchał tego jazgotu, bo myślami był nad wiosenną pstrągową rzeczką z Torusem. I wtedy jego uwagę przykuł jakiś ruch koło auta. Zauważył, że Ania śmieje się radośnie i pokazuje palcem wnętrze samochodu, a Artur ... przybrał pozę do sikania. Zsikał się w samochodzie!! - wrzasnął z całych sił mimo woli, aż wszyscy na korytarzu spojrzeli na niego, a on odwrócił się od nich, a oczy zwilgotniały mu .. ze szczęścia.

KONIEC


Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
Brawo
Elżbieta Andruszaniec 07.3.05 13:13
Niestety, jedyne czego nie możemy zmienić, to przemijanie. Opowiadanie piękne i pełne prawdy. Odchodzą przyjaciele i ukochane miejsca ulegaja z czasem dewastacji, to też jak utrata przyjaciela.
Ocena 10.
Torus cz.IV
Paweł Spychalski 06.3.05 12:18
Brawo.
"Gul" w gardle nie tylko mi odebrał głos, jak widać po ilości komentarzy w stosunku do maksymalnych not. Gratulacje i prośba o bis. "10".
Torus cz. IV
Roman Lewandowski 05.3.05 23:13
Brawo. Piękne opowiadanie. Czytając takie teksty rozczulam się jak "baba", ale...poproszę o więcej:-)
Za warsztat z rozmysłem stawiam 10.
WOW
Rafał Borysewicz 05.3.05 22:04
FACET Ty to masz pióro... Zaczytani emurowane a i na wyobraźnie człowieka ptrafisz działać. zaczytałem się dziś po uszy. Cała historia od początku ehhhhh... Coś pięknego... Daj kiedyś znać co u słychać u drugiego torusa :D

pozdrawiam

mifek



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Wędkarskie stowarzyszenie o ideach nieco odmiennych od promowanych przez PZW. Szczególnie uważnie przeczytaj zatem nagłówek tej strony: Stowarzyszenie Wędkarzy Internautów . Szybko zrozumiesz różnicę i kto wie, może się do niego przyłączysz.