Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
Archiwum 1
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Opowiadania

Hit  Torus cz. III

Autor: Ryszard Siemiński
Temat: Przygody
Data:12.2.05 12:29
Ocena:9.17 hit (41)
Czytano:3082

Torus cz. I

Długo się zastanawiał czy ostatni raz pojechać do chaty pana Gustawa. Sam złapał się na tym, że nie myśli już - do pana Gustawa, ale do chaty pana Gustawa i łzy pojawiły się w jego oczach. Decyzja zapadła nagle. Jedziemy.



Bliskie spotkanie
Pakowanie trwało znacznie krócej niż przed poprzednimi wyjazdami. Miał przecież teraz samochód. Nie musiał ograniczać się udźwigiem własnych pleców. W ciągu jednego popołudnia był gotów. Następnego dnia załatwił urlop i po powrocie z pracy był gotów do drogi, ale nie mógł się zmusić by wsiąść do samochodu. Całe popołudnie tłukł się jak Marek po piekle, ale w końcu nie pojechał. Noc miał koszmarną. Śniło mu się coś, ale nic nie pamiętał i obudził się w paskudnym nastroju gdy szarzało na świecie. Szybko ubrał się, zabrał psa i bez śniadania ruszył w drogę. Ulice były puste i z miasta wydostał się dość szybko. Na szosie docisnął gaz niemal do dechy, ale cały czas myśl o powrocie kołatała mu się w głowie. Niech los rozstrzygnie - pomyślał. Jeśli przejazd kolejowy w B będzie otwarty to jadę nad jezioro, a jeśli zamknięty to wracam i nigdy tam już nie zajrzę. Z napięciem zbliżał się do miejsca gdzie był przejazd zwiększając szybkość, by przekonać się co zgotował mu los. Przejazd był otwarty!!! - przycisnął gaz niemal do dechy, aby nic przypadkiem nie zmieniło tej decyzji. Niemal przefrunął nad przejazdem, a wczesny przechodzień popukał się w czoło. Gnał teraz na złamanie karku. Szosa była pusta, a żal dusił go od środka i stracił poczucie rzeczywistości. W tym stanie nie dbał o bezpieczeństwo - chciał być szybko na miejscu!!! Zwolnił dopiero wtedy, gdy miał skręcić w leśny dukt prowadzący do jeziora i chaty. Poczuł jakby wielki ciężar spadający z serca. Wolniutko wjechał na leśną drogę. Chłonął każdy metr trasy jakby wiedział, że widzi je ostatni raz. Przed oczami w błyskawicznym tempie przesuwały się obrazy z ostatnich lat kojarzące mu się z wizytami nad jeziorem, aż wreszcie dotarł do skraju lasu.

Zostawił samochód i pieszo poszli na wzgórze, z którego ostatni raz patrzył w dniu pogrzebu pana Gustawa. Miał za złe przyrodzie, że jest taka sama jak co roku - piękna i bogata. Usiadł na starym kretowisku na szczycie wzgórza i spojrzał na znane mu miejca. Nagle coś ścisnęło go za gardło i zaczął strasznie łkać. Płakał w sposób jaki nie przystoi mężczyźnie i byłemu żołnierzowi, ale nic nie mógł na to poradzić. Zszedł potem nad jezioro i ze łzami w oczach chodził powoli po tym co jeszcze niedawno było gospodarstwem pana Gustawa. ”Działalności” ludzkiej jeszcze nie dostrzegł, ale przyroda była bezlitosna. Po „ich” ścieżkach nie zostało prawie śladu, a ścieżka do ławki pod lipą była zupełnie niewidoczna. W sadku wisiały przejrzałe wiśnie i mirabelki, których nie miał kto zebrać. Do końca dnia włóczył się po obejściu , brzegu jeziora i okolicy, a wieczorem rozpalił małe ognisko. Niemal do bladego świtu wpatrywał się w migoczące płomienie i wspominał, wspominał, wspominał. W pewnej chwili wydało mu się, że słyszy szuranie ciężkich buciorów pana Gustawa, które zawsze nosił, a i ogień przez moment jakby mocniej zajaśniał !Ale to było tylko złudzenie. Właśnie wschodziło słońce gdy otwierał mokry od porannej rosy samochód. Już nigdy !!!- to zdanie przychodziło mu do głowy przez cały czas pobytu na pana Gustawa gospodarstwie. Wpuścił psa do samochodu i nie oglądając się ruszył w drogę powrotna przez las.

Nie miał odwagi wracać do domu, bo wiedział, że nie znajdzie sobie tam miejsca. To przestrzeń była dla niego lekarstwem na wspomnienia. Ruszył dalej na Kaszuby. Najbliższy drogowskaz „Stanica wędkarska” był dla niego sygnałem, że trzeba skręcić. Poruszał się trochę jak automat: zapłacił za wędkowanie, wypożyczył łódź, załadował sprzęt i wypłynął na jezioro. Wyraźnie nie szło mu spiningowanie. Po paru rzutach usiadł zrezygnowany na ławeczce, wpłynął w pobliskie trzciny i zamyślił się. Głowę miał pełną wspomnień i tych z ostatnich spotkań i tych z pierwszych, sprzed blisko dziesięciu lat. Nerwowe wiercenie się psa w łódce wróciło go do rzeczywistości. Wypłynął z trzcin i popłynął w kierunku przystani. Z przyzwyczajenia raczej niż z potrzeby wykonał kilka rzutów kontrolnych. Słońce już prawie zaszło i nie spodziewał się brań. Nagle - ostre targnięcie!! Szczytówka idzie w kierunku wody i dziobie ją zapamiętale! Spory „więzień”!! Tak z Marcinem nazywali okonie ze względu na ich paski. Po chwili powtórka sytuacji, i kolejna, i kolejna, i kolejna!! Wypuszczał je z powrotem do wody. Nie cieszyły go wcale, w ustach cały czas czuł smak goryczy. Przystaniowy nie był zadowolony z jego późnego powrotu, ale banknot zmienił jego zapatrywania na ten fakt. Poprosił o przenocowanie w budzie na sprzęt. Wiedział, że i tak nie zmruży oka pomimo ogromnego zmęczenia.

Otworzył drzwi pakamery, schował sprzęt i poszedł nad sam brzeg jeziora obmyć twarz i ręce. Woda była miło chłodna! Znów wróciły wspomnienia - wieczory przy ognisku. Siedzieli godzinami nie wypowiadając słowa, a tylko wpatrując się w ogień. Nie namyślając się długo rozpalił na brzegu malutkie ognisko i usiadł w kucki. Minęlo już sporo czasu gdy pies zaczął zdradzać niepokój. Ktoś obcy był w pobliżu!! Proszę przytrzymać psa!!! - usłyszał stanowczy głos. Chwycił Torusa za obrożę, przytrzymał. W krąg światło rzucanego przez malutkie ognisko wszedł policjant w mundurze. Czy nie wie pan, że ze względu na panującą suszę na tym terenie nie wolno rozpalać ognisk!! - jego głos był uprzejmy, ale stanowczy. Nie, nie wiedziałem - odpowiedział - przyjechałem wczoraj w południe i zupełnie nie planowałem pozostania. Przyjrzał się mu uważnie. Byli chyba rówieśnikami, ale tamten był wyższy i „masywniejszy”. Mogę puścić psa? - spytał. Tamten pokiwał głową. Torus z widoczną rezerwą zbliżył się do „nowego”. Obwąchiwał dobrą chwilę i ... uwalił mu się u stóp. Tak jak z Gustawem! -przemknęło mu przez głowę. Przybysz skinął na niego głową i ruszył w ciemność. Poszedł za nim. Po chwili dotarli do stojącej pod drzewem ławki. Będzie wygodniej - skwitował jego zdumienie. Przytaszczyli ławkę bliżej ognia i usiedli. Milczeli bardzo długo, bo i o czym mieli rozmawiać dwaj nieznani sobie faceci. Czyżby zapomniał po co tutaj przyszedł? - pomyślał, gdy nagle gliniarz odezwał się cicho. Ja pana znam - rzekł. To pan był jesienią na pogrzebie starego Zaraby. Poznałem pana po psie. Zsunął czapkę na tył głowy i podwinął rękawy koszuli. Znałem starego Zarabę od dawna - ciągnął. On i mój staruszek razem chodzili w Gryfie Pomorskim na Niemców w czasie wojny. Po wojnie jednak ich drogi się rozeszły. Mój stary wstąpił do partii i został milicjantem. W „nagrodę” przenieśli go do Gdańska. Ja i moi bracia tam się urodziliśmy i tam się wychowywaliśmy aż do grudnia 70.Wtedy to mój ojciec rzucił legitymację partyjną i po jakimś czasie został „służbowo przeniesiony” tutaj. Zmarł trzy lata temu, ale dopiero w 80-tym roku, będąc już na emeryturze tak naprawdę przejrzał na oczy i pogodził się z Zarabą. Fajny chłop - pomyślał. Powoli rosła jego sympatia do tego wielkoluda, a i pies po pierwszych chwilach rezerwy teraz łasił się do niego nieprzyzwoicie. Świtało już kiedy skończyli wspominki. ”Drab” o swoim ojcu i panu Gustawie, a on o pierwszych urlopach spędzonych na „włościach Gustawa”. Dniało na dobre kiedy się żegnali. Jedzie pan na urlop? - spytał. Wyjaśnił, że taki miał zamiar, ale tak się kiepsko czuje, że chyba wróci do domu i skróci urlop. Koledzy się ucieszą - skomentował. Jak będzie pan jechał na Bytów to ostatnia chata po lewej stronie to moja - rzekł policjant. Mam po ojcu i Gustawie trochę pamiątek z ich młodych lat to je sobie pan przejrzy, a może coś wybierze? Podziękował za zaproszenie, a policjant ruszył do wioski.

Jeszcze cały dzień spędził na łodzi udając, że wędkuje, aż Torus zaczął ostentacyjnie ziewać. Wtedy po raz pierwszy od kilku godzin roześmiał się do siebie i potarmosił psa za ucho. Wrócili do przystani późnym popołudniem. Uregulował wszystkie opłaty, spakował „manele” do samochodu i ruszył w kierunku głównej szosy z zamiarem powrotu do domu. Ruch na skrzyżowaniu był duży i przez dłuższą chwilę musiał zaczekać na wolny przejazd. Decyzja przyszła w mgnieniu oka!! Ostro skręcił w kierunku Bytowa ! Wyjeżdżał z wioski szukając chaty policjanta - miała być ostatnia po lewej stronie, ale nic takiego nie było. Była natomiast piętrowa bialutka willa. Zatrzymał się pełen wątpliwości z zamiarem zapytania o policjanta, ale zanim dotarł do drzwi dopadły go dwa podwórkowce i zaczęły strasznie ujadać. W drzwiach ukazała się ... zwalista postać pana sierżanta! Zapraszam do środka - rzekł rozpoznając przybysza. A psa może pan wypuścić z samochodu. To dwie suczki i na pewno się nie pogryzą. Wrócił do samochodu i otworzył drzwi. To co się później stało przeszło wszelkie oczekiwania. Krótka chwila obwąchiwania i ... trzy wielkie kudłate kule ze skomleniem ruszyły w potwornym galopie w głąb dużego sadu i tyle je widzieli. Miła kolacja na świeżym powietrzu z rodziną pana Karola, bo tak miał na imię jego nowy znajomy. Znalazła się też na stole butelka znakomitej nalewki wiśniowej. Pogaduchy trwały do późna w nocy tak, że Torus zmęczony dniem zwalił się u jego stóp. O noclegu w namiocie w sadzie gospodarze nie chcieli nawet słyszeć. Razem z psem zakwaterowali go w pokoiku ojca pana Karola, o którym on już wspominał poprzednio. To było istne muzeum, ale o tym przekonał się dopiero rano gdy się obudził. Psa już nie było - szalał jak wczoraj w sadzie. Pokój przypominał salę muzealną. Masa starych fotografii, przedmiotów, wycinków prasowych i innych różności. Zaczął od fotografii i wydawało mu się, że na niektórych z nich rozpoznaje pana Gustawa!! Kolejne trzy dni przeżył tak, jakby był w innym świecie. Czytając wycinki prasowe z przedwojennych gazet polskich i niemieckich raz śmiał się do łez z kawałów, które polska młodzież robiła Niemcom i martwił niemieckimi szykanami rodowitych Kaszubów. W przyspieszonym tempie poznawał prawdziwą historie tych ziem i ludzi tutaj mieszkających. Gospodarze dyskretnie przyglądali się jego poczynaniom i nie oponowali kiedy zostawił im kłopot w postaci Torusa i pojechał na grób pana Gustawa. Teraz dopiero zdał sobie sprawę kim naprawdę był pan Gustaw. Trzy godziny siedział na drewnianej ławeczce cmentarza w O i płakał, płakał , płakał. I po raz pierwszy w życiu sam przed sobą nie wstydził się swoich łez. Wrócił do Ciemków po południu już spokojny i nieco odmieniony, a gospodarze o nic nie pytali. Na jego widok Torus niemal oszalał, bo to była ich najdłuższa rozłąka w całym życiu psa. Spokojniejszy wewnętrznie już następnego dnia zaczął odczuwać „wędkarski głód”. Ten swoisty rachunek sumienia przerwało charczenie jednego z chorych. Chciał się podnieść, ale okropny ból niemal go sparaliżował. Z determinacją nacisnął przycisk alarmu!! Po chwili wbiegła pielęgniarka, a on bez słowa pokazał palcem na właściwe łóżko. Niepokojące odgłosy ucichły, a milutka filigranowa pielęgniarka podeszła do jego łóżka. To tylko flegma. Odwróciłam go na bok Rano odessiemy! A pan jak się czuje? Dobrze? Potwierdził skinieniem głowy, a „maluch” zniknął za drzwiami. Zaraz, zaraz jak to dalej było? Wspomnienia znowu zaczęły galopować w przeszłość! Jego przeszłość!! Pobyt u Ciemków był miły, ale ciągnęło go już nad wodę tym bardziej, że wypili już z Karolem morze wiśniowej nalewki, przeszli na „ty”, a i Torus specjalnie nie był już zainteresowany galopadami po sadzie. O ciągotach zwierzył się Karolowi. Ja jestem myśliwym i wędkowanie to dla mnie męka - rzekł. Chcesz jechać na okonie? - spytał. Wolałbym na pstrągi - sprostował. Karol zasępił się przez chwilę i rzekł - przygotuj się, pogadamy jutro!!! Muszę sobie cos przypomnieć!


Następnego dnia Karol nadal miał nietęgą minę. Chodził zamyślony i drapał się w głowę. Włócząc się kiedyś po lasach trafiłem na zupełnie dzika rzeczkę i tam mogą być te... piegowate, ale zabij mnie nie mogę sobie przypomnieć gdzie - rzekł przy śniadaniu. Wreszcie koło południa po godzinnym studiowaniu map powiedział - Jedziemy!!! Pojedziesz za mną swoim wozem i pokażę ci gdzie skręcić. Ja muszę służbowo do Chojnic. Ruszyli. Jechał powoli za samochodem Karola podziwiając nowe nieznane mu okolice Kaszub. W pewnej chwili zatrzymali się i Karol wysiadłszy z niewyraźna miną oglądał okolicę. Skręcisz w lewo i będziesz jechał prosto aż do starej linii wysokiego napięcia z drewnianym słupami. Tam skręcisz w prawo i w krzakach schowasz samochód. Z tego miejsca zobaczysz rzeczkę po prawej stronie - rzekł Karol. Ruszył powoli starym leśnym duktem rozglądając się uważnie. Jechał i jechał, a wspomnianej linii ani widu ani słychu. Co jest!! - niepokoił się już na dobre. Wrócił tą sama droga aż do szosy. Chciał zrezygnować z poszukiwań, ale coś mu kazało wrócić pomimo tego, że bardzo chciało mu się pić, a i jęzor Torusa robił się coraz dłuższy i dłuższy. Powtórnie przemierzał tę trasę szukając jakiś wskazówek istnienia rzeczki!!! Chyba się Karol pomylił - skontatował. Zatrzymał się przy stromej skarpie po lewej stronie drogi. To w tym miejscu droga skręcała w prawo i tu miał zostawić samochód. Wysiad otworzył drzwi i wypuścił psa. Torus bez namysłu ruszył biegiem wąską ścieżką biegnącą w górę skarpy . Wołał go, ale pies nie reagował i chcąc nie chcąc ruszył za nim zaniepokojony zachowaniem psa na szczyt skarpy. To co ujrzał zaparło mu dech w piersiach!!!
Z drugiej strony niewielkiego wzgórza zobaczył... łagodny łuk pstrągowej rzeczki. Bujna roślinność nadrzeczna skutecznie kryła bystry nurt przed jego wzrokiem i jemu podobnych. Przejeżdżał przecież kilkukrotnie obok tego miejsca i nawet nos „rasowego pstrągarza” za jakiego się uważał, nie „wyczuł takiego” siurnika. Torus potraktował niezwykłą rzeczkę zupełnie normalnie - po prostu zbiegł po zboczu pagórka i runął do wody w najbliższy głęboczek !!! Ryby mi wypłoszysz - krzyknął z udawana złością na psa. Przykucnął i chłonął całym sobą tą niezwykłość miejsca, a pies bobrował tymczasem w pobliskich zaroślach. Będę musiał chyba „udusić” Karola - pomyślał.

Teraz dopiero dotarło do niego, że gdyby nie pies nigdy by nie znalazł tego miejsca!!! Przywołał psa i potarmosił go za ucho. Ale czy tu są pstrągi? - pytanie było zasadnicze i trzeba było szybko na nie odpowiedzieć. Wrócili do samochodu, przestawił go w inne miejsce, zabrał „pstrągowe manele” i ... coś go tknęło. Gałęziami zamaskował samochód i zatarł ślady opon. Szerokim łukiem obeszli skarpę, pod która się jeszcze parę minut temu wspinali, ale wcześniej sprawdził czy nie zostawili na niej jakiś śladów!! Zachowujesz się jak Indianin - śmiał się sam do siebie. Przypomniało mu się dzieciństwo i szczeniackie zabawy w Indian. Kto dzisiaj wie kto to był Winetou? -skontatował. Znów był na pagórku. Teraz już znacznie spokojniej obserwował okolicę. Rzeczka była cudowna - „głęboka na wodery” z mnóstwem urozmaiceń w nurcie. Z niewielkiego wzniesienia widział tylko jej niewielki fragment, ale instynktownie czuł, że cała jest taka dzika. Powoli zszedł na dół przedzierając się przez krzaki. Torus go znowu wyprzedził i hałas jakiego narobił dawał gwarancję, że w pobliżu żaden pstrąg nie wychyli nawet nosa z jamki, ale trudno - to on przecież znalazł tę rzeczkę. Stanął nad brzegiem i zanurzył spocone ręce - woda była chłodna i zaśmiał się sam do siebie - taka lepka!!! Z namaszczeniem, jakby nie chciał zakłócić spokoju tego miejsca, powoli zmontował sprzęt. Swoim starym pstrągowym zwyczajem skłonił się po japońsku rzece i jej mieszkańcom oddając tym samym cześć ”kropkowanym wojownikom”. W najbliższym głęboczku pstrągi pewno były już wypłoszone przez „czarnucha” więc powoli ruszył pod prąd. Pod przeciwległym brzegiem zwalony do wody pień drzewa. Rzut. Wobler dotyka wody... i ciemna torpeda wypryska spod pnia i atakuje!!! Jednak kątem oka widzi jeszcze co najmniej dwie „torpedy”, które przymierzały się do skoku!!! Z wrażenia spóźnia zacięcie i pstrąg „pokazuje mu ogon” Ale dusza wrzeszczy - są pstrągi!!! To nie ważne, że się spiął!! Ważne, że są!!! Szedł tak w górę rzeczki rzucając najpierw w co lepsze miejsca i obserwował jak „wilki stadami wychodzą na żer” Potem przyszła mu myśl, żeby rzucać niemal w każde nieco głębsze miejsce i wydawał się być zaskoczony gdy żaden cień nie wydawał się być zainteresowany „udawaczem”.


Pomorskie pstrągi
Po blisko trzech godzinach przedzierania się przez wertepy pomyślał o powrocie i naszła go refleksja: jak taki cudownie pierwotny światek mógł się jeszcze uchować na tym wariackim świecie ? Wyszedł na krawędż niewielkiego jaru, który wyrzeźbiła woda i zorientował się gdzie jest. Nazywał to ”łapaniem przestrzeni”. Przydał by się GPS -pomyślał, ale zaraz porzucił tę myśl. Przecież to by było bezczeszczenie tej „świątyni spokoju”. Teraz dopiero uświadomił sobie, że przez cały czas wędkowania nie usłyszał żadnego innego dźwięku oprócz szumu wody!! Nawet Torus jakby wyczuł niezwykłość miejsca i nie ujadał swoim zwyczajem ani razu. Zmierzchało już gdy nasycony wrażeniami składał spining i pakował resztę rzeczy do bagażnika. Odjechał kilkaset metrów, wysiadł z samochodu i wrócił, by gałęzianą miotłą pozacierać dokładnie wszystkie swoje ślady. Popukaj się w czoło - mówił sobie w duchu, ale i tak dalej „zacierał”. Całą drogę powrotną rozmyślał nad tym czy powiedzieć Karolowi o Eldorado, ale im bliżej był jego domu, tym bardziej był przekonany, że powinien to zachować w tajemnicy. Gdy wrócił gospodarza nie było jeszcze w domu. Pojawił się późno wieczorem w złym humorze i nawet specjalnie o nic nie pytał, a i on przezornie nie wchodził mu w drogę. W nocy padało obficie i o wędkowaniu następnego dnia nie było mowy. Karol chodził zasępiony i zadał tylko jedno pytanie - znalazłeś? Tak, ale chyba tam nie ma pstrągów. Pojadę tam jutro jeszcze raz. Może pogoda? Karol skinął głową i zajął się własnymi sprawami. Cały dzień spędził nad pobliskim małym jeziorkiem nie wędkując, ale rozmyślając i bawiąc się z psem. Wieczorem poprosił Karola o mapę i dokładnie ją przestudiował. Teraz już dokładnie wiedział skąd i dokąd płynie „jego” rzeczka. Po kolacji usiedli na ławce przed domem. Jutro ruszam do domu - rzekł. Czas na mnie. Już spakowałem sprzęt. Został mi jeszcze jeden dzień urlopu i chciałbym zajrzeć w pewne miejsce. Szkoda - odrzekł Karol, ale widać było, że myślami jest gdzie indziej.

Gdy wstał rano zastał w domu tylko żonę Karola - reszta rodziny już była „na nogach”. Szybko zjadł śniadanie, podziękował za miłą gościnę i ruszył do „swojego” miejsca. Dotarł do niego zupełnie bez przeszkód. Podobnie jak poprzednio schował samochód i przezornie sprawdził, czy nie widać śladów jego poprzedniej bytności. Niczego podejrzanego nie zauważył i klucząc, ale nieco inną drogą, dotarł do strumienia. Woda była nieco „trącona” , ale historia z braniami powtórzyła się niemal w stu procentach. Postanowił tym razem schodzić z prądem, ale tylko po to, by lepiej poznać rzeczkę. Był coraz bardziej nią zafascynowany i czas spędzony nad jej brzegami płynął dla niego stanowczo zbyt szybko. Robiło się późno i czas było kończyć łowienie, ale on wciąż miał mało i mało. Jeszcze tylko pięć rzutów, tylko trzy, tylko jeden! Tymczasem w lesie zrobiło się dobrze szaro. Pies zaczął już zdradzać oznaki niepokoju. Nie wiedzieć czemu nie lubił pory, którą on nazywał „ćmokiem”. Taki jeszcze nie wieczór, ale już nie dzień. Ruszyli do samochodu. Gdy ruszał w drogę do domu po dokładnym „maskowaniu” było już zupełnie ciemno. Do domu dotarł o drugiej w nocy, wstawił samochód do garażu i szybko poszedł spać - rano musiał wstać do pracy!!!.

Kończył się sierpień, kończył się sezon pstrągowy, kończyły się wakacje. Mała Ania, która teraz już nie była taka mała, coraz więcej czasu spędzała u dziadków, a zdarzało jej się pozostać na noc i wtedy cały czas bawiła się z Torusem. Rodzice nie byli z tego zadowoleni, bo maluch „wykazywał” niewielkie uczulenie na sierść psa. Chociaż wykosztował się i wykonał testy uczuleniowe na sierść Torus, które z resztą nie potwierdziły alergii, to i tak było wiele gadania gdy „psiara” chciała zostać na Śnieżnej na noc.
Jesień to dla niego była pora uspokojenia w przyrodzie. Dopiero pod koniec sezonu działkowego tak naprawdę zaczynał na niej bywać, zabezpieczyć ją, by przetrwała zimę w jak najlepszej kondycji. Przypadało to na koniec października, a do tego czasu „dłubał okonie” ile wlezie na pobliskich wodach. Torus dotrzymywał mu towarzystwa podczas każdego wyjazdu. Czasami „odbijało mu” i za nic w świecie nie pozwalał mu „moczyć kija”, a tylko bawić się i bawić. Wybaczał mu te humory, bo pies doroślał, a i „wybryki” stawały się coraz rzadsze. Jesienne wędkowania traktował teraz wyjątkowo lekko - niemal jak wyjazdy rekreacyjne. Tylko grila nam tu brakuje - mówił nie raz do psa i śmiał się sam do siebie.

Życie tymczasem biegło swoim rytmem. Lata leciały, ale on się „nie starzał”. Starzały się tylko jego wnuki. Miał ich piątkę, ale tak naprawdę „zauważał” tylko Anię. To ona zaczynała być jego oczkiem w głowie być może tylko dlatego, że Torus tak ja „pokochał”. Ze zdrowiem nie miał kłopotów, ale tej jesieni zauważył u siebie wyraźny spadek kondycji. Trzeba wziąć się w garść - pomyślał i zaraz wziął się do roboty. Na „ruskim rynku” kupił dres, adidasy i zaczął biegać. Najpierw po pobliskim parku, ale z czasem przestało mu to wystarczać. Będąc kiedyś na spacerze z Torusem zawędrował na skraj miasta. Teren tam był wyjątkowo pofałdowany i nie nadawał się do zagospodarowania. Pełno na nim było krzaków, rowów i oczek wodnych, a tajemnicze ścieżki prowadziły do nikąd. Wiedział o tym, że jest to „teren lokalnego półświatka”, ale nie dbał o to i zaczął tam biegać z Torusem. Czasami biegając po tych bezdrożach czuł na sobie czyjeś spojrzenia, ale widok psa skutecznie odstraszał potencjalnych napastników. Ale któregoś dnia biegł sam. Pies poważnie skaleczył się w łapę i musiał zostać w domu, a pogoda była zbyt piękna by przesiedzieć ją przed telewizorem. Ledwie „zanurzył” się w te niegościnne tereny, gdy nagle wyrosło przed nim czterech drabów. Poprosili go o ogień i czuł, że to wstęp do wielkiej draki. Wiedział, że tanio swojej skóry nie sprzeda. Jaka szkoda, że futrzak został w domu - pomyślał. We dwóch byłoby raźniej!!! Nagle jeden z nich, chyba najstarszy, obdarty i nieogolony zbliżył się nieco do niego i przyglądał się mu uważnie. Pan porucnik? - spytał. Drugi pluton pierwszej zwiadowczej? - pytał dalej. Taaak - odrzekł niepewnie. A kto pyta? - teraz on zdobył się na odwagę, bo sytuacja w każdej chwili mogła się wymknąć spod kontroli. To ja, Muchomor panie porucniku. Przyjrzał się uważnie dziwnej postaci i ... bez chwili wahania chwycił brudasa w objęcia. Stali tak chwilę, aż wreszcie Muchomor mruknął do swoich kompanów. W porządku! To swój! Mój dowódca z wojska! I tamci znikli jak cienie. Przyglądali się tak sobie nawzajem, aż on odezwał się pierwszy. Jadłeś coś dzisiaj, Muchomor? Przedwczora - odpowiedział z dumą - a dzisiaj rano wypiłem już piwo! W jego głosie brzmiała duma ze swojej zaradności! Mieszkam tu niedaleko - rzekł. Chodżmy do mnie, bo mam koszulkę mokrą od potu i zaraz się przeziębię. Zjemy coś, wypijemy i pogadamy oczywiście!!

Muchomor miał obiekcje, ale wziął go pod pachy i poprowadził niemal siłą. Szli szybko i już po chwili zauważył, że Muchomor traci oddech. Zwolnił. Całą drogę milczeli i tylko było słychać świszczący oddech starego. Złapał się na tym, że myśli o nim „stary”, a przecież on był młodszy od niego. Oto to, co nędza robi z ludzi, nawet tych wartościowych. Chwilę postali w klatce zanim ruszyli po schodach na górę. Przed drzwiami rzekł: muszę zamknąć psa, bo nie wiem jak zareaguje na ciebie. To ten czarny smok - spytał Muchomor? Kiwnął potakująco głową. Wszedł do mieszkania i zawołał do żony: zamknij psa, mamy gościa. Na dworze nie czuł smrodu bijącego od przybysza, ale teraz tenże stał się nie do zniesienia!! Kiedy się ostatni raz kąpałeś - spytał gdy weszli do przedpokoju i nie czekając na odpowiedź wepchnął go do łazienki. Odkręcił wodę do wanny, nalał płynu do kąpieli, pokazał mydło i wyciągnął świeży ręcznik. Wykąp się - rzekł i wyszedł z łazienki. Po kilku minutach usłyszał jak Muchomor zakręca wodę i po chwili jak pluszcze się w wodzie. Bezceremonialnie wszedł do łazienki i zgarnął jego łachy do plastikowego worka. To do wyrzucenia na śmietnik -rzekł głosem nie znoszącym sprzeciwu. W kuchni przygotował kolację i usiadł w półmroku przy stole czekając aż Muchomor skończy te „ablucje”. Smród jaki przyniósł „jego znajomy” był tak nieznośny, że żona nawet nie chciała słyszeć o zbliżeniu się do niego. Dla „swojego gościa” ty będziesz kucharzem - rzekła z nieskrywaną satysfakcja w głosie. Usiłował sobie przypomnieć początki znajomości z Muchomorem.
To było tak dawno!! Młodzi żołnierze z różnych środowisk - pełny koloryt postaci i z ”tego materiału” trzeba było zrobić spadochroniarzy - zwiadowców. Z założenia powinni mieć średnie wykształcenie, ale rzeczywistość była zgoła różna - tylko nikły procent miało maturę, a gro z nich było po zawodówkach.

Muchomor był z zawodu cieślą, ale pierwsze lata przemian w Polsce wygoniły go w świat z małej bieszczadzkiej wioski, aż w końcu trafił do armii. Braki w wykształceniu nadrabiał pracowitością i ciekawością świata. Gdy rynek pracy skurczył się jeszcze bardziej i pojawiła się możliwość pozostania w wojsku dłużej, skorzystał z niej skwapliwie-został kapralem i dowódcą drugiej drużyny trzeciego plutonu. Ale dlaczego Muchomor??? Kiedyś usłyszał przypadkiem jak żołnierze rozmawiali, że jakiś „młodzik” zapytał go co to są barwy maskujące, a on ze zdenerwowania, bo to były jedne z pierwszych jego zajęć jako dowódcy drużyny powiedział: muchomor ma barwy maskujące. Towarzystwo ryknęło śmiechem, ale przezwisko zostało. Na poczatrku walczył z nim zawzięcie, ale z czasem się przyzwyczaił. Brzmiało tak swojsko. Z łazienki wychyliła się głowa Muchomora, która powiedziała: jezdem goły!! Zapomniał o tym zupełnie pochłonięty wspomnieniami. Zaraz - ryknął i zaczął grzebać w tapczanie. To powinno być dobre - skontatował. Uchylił drzwi do łazienki i wrzucił „łachy”. O Jezu! - usłyszał jęk Muchomora. Po chwili wyszedł ubrany w wojskową bieliznę i nowiutki plamiasty mundur z biało - czerwona chorągiewką na lewym ramieniu. Nie mówił nic tylko oglądał się w lustrze. To jest twoje Muchomor! - powiedział tonem, który nie tolerował sprzeciwu. Ja, ja, ja nie mogę tego wziąć, panie porucniku! Za nic w świecie! - jąkał się niemiłosiernie. Spojrzał na niego wtedy tak, że Muchomor tylko machnął z rezygnacją ręką i pokornie usiadł przy stole. A teraz jedz i opowiadaj - powiedział już nieco łagodniej. Muszę wypuścić psa, bo szaleje w pokoiku. Siedź spokojnie to ci jaj nie odgryzie. A może się boisz i założyć mu kaganiec? Co pan, panie porucniku? Ja mam się bać? - mundur wyraźnie go podbudował moralnie. Trorus z wyraźną rezerwą obwąchał przybysza, ale szczególnie nieufnie obszedł się z workiem z ciuchami Muchomora - podchodził do niego kilkukrotnie głośno warcząc, aż wreszcie uwalił się u nóg właściciela wora i zaczął drzemać. Pilnuje mnie? - spytał cicho. Nie. On każdego nowego tak traktuje, ale teraz jedz i opowiadaj. I Muchomor zaczął opowiadać. Zara po pana wypadku, panie porucniku, zrobiło się straśnie głośno o sprawie, ale też bardzo sybko chtóś kciał łukręcić sprawie łep. Dowódcą grupy remontowej był synalek dowódcy pułku, łachudra i karciarz i to on był odpowiedzialny za stan techniczny transportera, w którym miał pan wypadek. Naturalną więc rzeczą było, że dobry tatuś ukręci sprawie łeb prędzej czy później. Okoliczności wypadku zaczęły tonąć w powodzi papierków i ... utonęły. Wojsko trochę gadało, ale dostało rozkaz - milczeć i milczało. Tymczasem w plutonie zaczęło się dziać źle. Nowy dowódca plutonu - Chaberek nie miał takich chodów jak pan, panie porucniku. Zaczęli go się cepiać dlaczego pluton ma „skandalicznie małe upartyjnienie”, a oficer polityczny pułku znacząco kręcił głową. Drugi pluton był „zbyt mało ideowy” i zaczęto więcej czasu poświęcać na ... zebrania partyjnej grupy inicjatywnej niż na szkolenia w polu. Pluton definitywnie „schodził na psy”. Rozformowanie kompanii wisiało na włosku-była tylko kwestia kiedy. I stało się. Z dnia na dzień jednym rozkazem kompania dalekiego zwiadu przestała istnieć!!! Tych chłopaków, którzy mieli technicne skoły to psenieśli do innych jednostek , a reszta na zasiłek!! - zakończył Muchomor. Nie miał odwagi pytać o jego dalsze losy, bo miał je wypisane na twarzy. Nalał w kieliszki nalewki wiśniowej, którą kiedyś dostał od pana Gustawa i powspominali „stare dobre czasy” jak to określił jego rozmówca. Spał w pokoiku dzieci, a Torus rozciągnął się na dywaniku obok i kiedy zajrzał do nich rano przed pójściem do pracy to sytuacja nie uległa zmianie.

Musiał tego dnia zostać w pracy trochę dłużej i kiedy wrócił do domu Muchomora już nie było. Zjadł śniadanie, zabrał worek z ciuchami i poszedł. I pożyczył 20zł - żona dodała ironicznie - i powiedział, że zjawi się za kilka dni. Żona nie mogła powstrzymać się od złośliwości. On ma chyba jakieś imię i nazwisko - rzekła - a nie tylko Muchomor i Muchomor!!! Przez kilka następnych dni pogoda była paskudna. Zima była w odwrocie i zupełnie nie miał ochoty biegać po tym błocie.
Późno wieczorem któregoś dnia zdrzemnął się przed telewizorem i ostry dźwięk dzwonka do drzwi postawił go na nogi. Otworzył i zamarł z przerażenia. Stał tam Muchomor, ale w „starym wydaniu” - obdarty, brudny i śmierdzący. Wchodź - rzekł do niego. Posłusznie wszedł, ale nic nie mówił. Jak się nazywacie żołnierzu? - spytał. Kapral Witold Piekoś, panie porucniku! Jadłeś coś? Wchodź dalej!! Ale tym razem Muchomor się zaparł i żadna sił nie mogła go zmusić do wejścia. Z kieszeni brudnej kurtki wyciągnął 20 zł i podając mu je, druga ręką szukał czegoś głęboko za pazuchą. I po dłuższej chwili wyciągnął ... nóż spadochroniarski. Chłopaki go zrobiły z pióra resora tego bewupa co się pan porucnik rozwalił. Mieli dać kiedy pan porucnik odchodził, ale nie zdązyli. Cóżeś zrobił z ciuchami? Jadłeś coś? Masz pracę? Może chcesz jakieś ubranie? Zalał go lawina pytań, ale Muchomor zbywał go zdawkowymi odpowiedziami: przechlołem panie porucniku: jadłem, jadłem; wiosna idzie panie porucniku - złapie cóś na budowie; nie kcę, bo i tak zara zamienię na wińsko. O pozostaniu nawet nie chciał słyszeć. Potargał tylko za ucho Torusa, który na jego widok nieomal oszalał z radości i wił się jak piskorz wokół jego nóg, wrzasnął tylko - odmeldowuje się i ... zniknął za drzwiami. Nie zapalając światła wszedł do kuchni, położył pieniądze i nóż na stole. Podszedł do okna i zobaczył postać Muchomora jak wychodzi z klatki, podchodzi do dwu postaci stojących opodal i razem znikają za rogiem. Przez chwilę wydało mu się, że skądś zna te sylwetki - ale skąd? Zamyślił się stojąc przy oknie - jak potoczyły się losy „jego ludzi” w cywilu? Losy jednego, chociaż w części, właśnie poznał. Nagłe zapalenie światła poraziło na chwilę jego wzrok - żona weszła do kuchni. Masz swoje 20zł - rzekł i wzrok jego padł na nóż.

Wziął go w rękę i przyjrzał uważnie. Na metalowym futerale wytłoczona była postać ..rosomaka. Zainteresowało go to bardzo i obejrzał nóż uważniej. Z tyłu wytłoczony był napis tej treści: Smrekowi - dowódcy drugiego plutonu trzeciej kompani dalekiego zwiadu na pamiątkę - Rosomaki. Łzy pojawiły się w jego oczach. Płaczesz - żona zapytała zgryźliwie? Nie - odparł, to światło podrażniło mi oczy! Żona za chwilę wyszła z kuchni, a on zgasiwszy znów światło pogrążył się we wspomnieniach. Przypomniał sobie jak na którymś z biwaków uzasadniał „chłopakom” dlaczego kryptonimem ich plutonu będzie „rosomak”, a nie „brzoza” czy „klon”. Musiał im nawet pokazać zdjęcie tego walecznego zwierzątka. Widać jego argumenty ich przekonały, bo zgodzili się na ten ”dziwny” kryptonim. Ale skąd wziął się jego pseudonim to nie miał zupełnie pojęcia!!! Może kiedyś przeczytał im wiersz Kasprowicza czy Staffa - nie pamiętał zupełnie takiego zdarzenia, ale tak prawda uwielbiał góry i wszystko co było z nimi związane.

Jeszcze kilkukrotnie próbował znaleźć Muchomara na nieużytkach. Raz nawet spotkał trzech obwiesi i wydawało mu się, że poznaje jednego z nich, ale nie chcieli nawet z nim rozmawiać o Muchomorze. Od tego czasu już nigdy nie czuł czyjegoś wzroku podczas biegania po wertepach. Uznali go za „swojego”!

Torus cz. IV

cdn.


Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
ok
Jarek Łozak 15.2.05 20:54
Opowiadanie warte dychacza.Wysiliłes się ,ale było warto. Czyta się szybko i naprawdę z przyjemnością.

Pozdrowienia Jarek
Przepiekne..
hadrzi 15.2.05 01:18
Czytając już III czesc tego opowiadania znów sie tradycyjnie wzruszyłem....Oby publikowano wiecej tego typu opowiadań które łącza tematy zwiazane z przyrodą i wedkarstwem z wrażliwościąna drugiego człowieka...
Co tu komentować...
Piotr Łopaciński 14.2.05 19:46
Co więcej można powiedzieć?
Piękne...Pozdr...Piotr



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Firma "Wszywka" zaprasza producentów odzieży oraz hurtownie dodatków krawieckich do współpracy, patrz: Wszywki i metki żakardowe pragnie zinteresować swą ofertą metek i wszywek odzieżowych również osoby prywatne