Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
Archiwum sklep 1
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Opowiadania

Hit  Torus cz. II

Autor: Ryszard Siemiński
Temat: Przygody
Data:12.1.05 11:50
Ocena:9.81 hit (69)
Czytano:3486

Luty i marzec tego roku były wyjątkowo kapryśne. Wiosna czaiła się cały czas za horyzontem, ale nie miała zamiaru przyjść na dobre. Śnieg stopniał, rzeczki niosły dużo wody, zaczynały się pojawiać pierwsze wiosenne ptaki, ale nocne chłody skutecznie opóźniały przyjście tej wspaniałej Pani na dobre.


Torus cz. I

Aż wreszcie koło połowy kwietnia pogoda się ustabilizowała i zrobiło się w miarę ciepło, a i noce były bez przymrozków. Czas było ruszyć na pstrągowe łowy!!! Sprawdzony i skompletowany sprzęt był gotowy do wyjazdu już od kilku dni, ale czekał na odpowiednią pogodę. Wreszcie jest!!!


Prognozy są optymistyczne!! Kilka dni suchej i umiarkowanie ciepłej pogody. To jest to! Zaczął pakować sprzęt do plecaka i wyciągać ciuchy z szafy. Następny dzień załatwił sobie jako wolne, ale żałował, że na tym pierwszym wypadzie na rozpoczęcie sezonu nie będzie Smętka - był na długiej delegacji służbowej. W miarę upływania wieczornych godzin poziom adrenaliny wyraźnie rósł - nerwowo przejrzał sprzęt i teraz dopiero dotarło do niego dziwne zachowanie się Torusa. Pies nie leżał na swoim posłaniu pod stołem w kuchni, ale warował przy wieszaku z jego wędkarskimi ciuchami i od czasu do czasu je obwąchiwał. Co ja z tobą mam zrobić? - odezwał się do psa. Zabrać ze sobą - żona odezwała się z kuchni ze złośliwością w głosie. Dobrze, zabieram cię ze sobą - powiedział i ... w tej chwili dotarło do niego jaki kłopot wziął na siebie! Wtedy, podejmując tę decyzję, jeszcze nie wiedział, że zyskuje największego przyjaciela na świecie i jak wielkim „źródłem kłopotów” będzie to czarne wielkie monstrum na czterech łapach, a trzeba stwierdzić, że Torus podrósł „nieco”.

Poranny rozgardiasz przed wyjazdem tym razem był straszny - przecież zabierał dodatkowego „wędkarza”!! Teraz po raz pierwszy był zadowolony z faktu, że Marcin nie może jechać. Nie wiadomo jak by zareagował na Torusa. Podróż PKS-em przebiegła bez większych problemów, bo pies wiele razy jeździł autobusem. Wysiedli na zapomnianym przez Boga i ludzi przystanku. Tylko rozwalająca się wiata świadczyła o tym, że czasami bywają tu ludzie. Przez chwilę popatrzył na kompas i ruszyli na przełaj przez las. Pies swoim starym zwyczajem zrobił kilka kółek, złapał świeży trop i pognał w las. Po chwili wrócił zziajany i już od tej chwili nie oddalał się od swego pana. Szli przez wiosenny, budzący się do życia las. On nasłuchiwał uważnie chcąc usłyszeć jakiegoś wiosennego ptaka, a pies szczególnym zainteresowaniem obdarzał mało ruchliwe wiosenne żaby. Dobrze, że kupiłem ci karmę - pomyślał - inaczej one musiałyby być twoim głównym daniem i zaśmiał się w duchu. Dotarli nad mały potoczek, który był do niedawna zupełną pustynia, ale po tych kilku latach można było mieć nadzieję na „wymiar”. A ten sam indywidualnie ustalił na 35 cm!!

Powoli, sycąc swoje zmysły oznakami wiosny, zmontował sprzęt. Robił to powoli, z namaszczeniem jakby obawiał się spłoszyć te tylko jemy znane doznania. Chłonął wiosnę całym swoim „jestestwem”. Pies, jakby czując niezwykłość sytuacji położył się u jego stóp i patrzył na rzekę. Czwarty rząd, trzeci wobler w rzędzie w pudełku! - tym sposobem na pierwszej wyprawie wybierał przynętę. Padło na mało chodliwy wobler mniej znanej firmy! Trudno. Założył co wypadło. Podszedł do najbliższego dołka i rzucił, a .... co się stało potem, to żadne pióro nie jest w stanie tego opisać! Zanim jeszcze wobler dotknął powierzchni jakaś wielka czarna kula runęła z brzegu do wody robiąc wielki rumor. Hamulec kołowrotka zagrał rozpaczliwie popuszczając wiele metrów żyłki, ale na wiele się to nie zdało!!! Nadal w głęboczku coś się straszliwie kotłowało, aż w pewnej chwili ... wszystko znieruchamiało i z wody wynurzył się łeb Torusa kompletnie oplątany metrami żyłki, a w uchu tkwił grot kotwiczki woblera!! Sytuacja była jednocześnie komiczna i tragiczna! Zaczął się okropnie śmiać. Już dawno nie śmiał się tak serdecznie jak dzisiaj. Pies oplątany żyłką wyglądał komicznie chociaż wobler wbity w jego ucho zwiastował kłopoty. Wydanie komendy „siad” było zbyteczne, bo pies był przerażony i nie miał zamiaru się ruszyć. Wszedł do wody i objął psa nogami. Pies ani drgnął jakby wiedział, że nie chce zrobić mu krzywdy. Delikatnie wyjął grot z ucha - na szczęście nie tkwił zbyt głęboko. Chwila wahania jak psa wyplątać ze zwojów żyłki - przeciąć? A jak się ruszy? Zaryzykował. Szybkim wprawnym ruchem przeciął największe kołtuny i zachęcił psa do wyjścia z wody. Torus wyprysł na brzeg jakby tylko czekał na to polecenie, otrzepał się z wody i przysiadł na zadzie przyglądając mu się wesoło. Widać na nim ta przygoda nie zrobiła większego wrażenia. Przywołał psa i wydezynfekował ranę. Była rzeczywiście niewielka. Teraz zdał sobie dopiero sprawę, że biorąc psa na ryby popełnił wielki błąd. Zadowolony był z faktu, że nie ma z nimi Marcina. To by było gadania!!! Ale po tym incydencie perspektywy wędkowania były więcej niż kiepskie. Zastanawiał się przez chwilę i przyszedł mu do głowy szaleńczy pomysł. A gdyby psa wyszkolić, aby nie reagował na rzut i na woblera!?!? Nie zastanawiał się długo. Z plecaka wyciągnął przybornik wędkarski, a z niego kombinerki. Bez wahania odciął kotwice od woblera. A teraz próba - rzekł do siebie!! Komendą posadził psa na brzegu, a sam zaczął przygotowania do rzutu jednocześnie obserwując go uważnie. Pies aż drżał ze zniecierpliwienia i na najmniejszy nawet ruch spiningiem podrywając się do biegu. Będą kłopoty - skontatował. Zrobimy przerwę i przemyślimy sprawę!

Szybko zjedli śniadanie - on kanapkę, pies część karmy. Nie mam innego wyjścia jak tylko odzwyczaić cię od aportowania woblera - zaśmiał się sam do siebie. Powtórzył sytuację sprzed kilkunastu minut, ale tym razem przed rzutem pogroził psu palcem i poskutkowało, ale tylko na chwilę! Za moment czarna kula kotłowała się w głęboczku! Bezradnie rozłożył ręce - koniec wędkowania na dziś!!! Przysiadł na zwalonym pniu i popatrzył na psa - leżał w szybkim strumieniu bystrza, wybierał z dna kamienia i swoim zwyczajem wynosił je na brzeg. Kto cię nauczył „takich sztuczek”? Skoro ktoś nauczył cię czegoś to może i ja potrafię? Dotychczas nauczył go tylko kilku podstawowych komend, a i tak pies nie zawsze na nie reagował !Jednak tym razem by zdeterminowany nauczyć czegoś Torusa! Wiedział, że żona nie pozwoli zostawiać psa w domu. Wziąłeś raz i dało się wędkować to zabieraj stale! -powie, a i wspólne wyjazdy z Marcinem chyba były w tej sytuacji mocno zagrożone. Z kanapek wyjął całą wędlinę i „przystąpił do szkolenia”.

Początki były wyjąąąąąątkowo trudne, ale albo pies był wyjątkowo pojętny albo nauczyciel znakomity, bo pod koniec dnia udało mu się rzucić parę razy bez „burzy w głęboczku” .Sytuacja z „atakiem” powtórzyła się gdy za którymś rzutem na woblerze uwiesił się „krócak” taki ze 24-26 cm i zaczął chlupotać!! Był zrozpaczony!! A już miał nadzieję!! Zdenerwował się i zaczął wydzierać się na psa, który leżał na brzegu położywszy „uszy po sobie” i cichutko skomlił. A co ty jesteś temu winien, że masz taką naturę - pomyślał i potargał psa za ucho. Pies radośnie zaskowyczał!!! Powoli zbliżała się pora powrotu, ale postanowił jeszcze „przejrzeć” kilka głęboczków. Pies myszkował po pobliskich krzakach i postanowił wykorzystać ten moment. Rzucił pod drugi brzeg tuż za wystający korzeń i ... zaczęło się piekło, ale piekło, które każdy pstrągarz chciałby przeżyć. W momencie gdy wobler dotykał wody, okazały pstrąg wyskoczył spod karpy. Spining wygiął się do granic nieprzyzwoitości, a kołowrotek z trudem popuszczał żyłkę. Hamulec!!! Poluzował , a pstrąg tymczasem młynkując spływał na pobliskie bystrze robiąc wiele hałasu. Jeśli spłynie w tę plątaninę korzeni to będzie koniec-pomyślał i rzucił się w kierunku płytkiej wody zwijając jednocześnie żyłkę. Pstrąg wyraźnie słabł, desperackim ruchem chwycił go ręką tuż za łbem i podniósł i ... dopiero teraz zdał sobie sprawę, że żaden czarny pocisk nie wpadł do wody i nie usiłował schwytać pstrąga!!! Spojrzał na brzeg i ... łzy pojawiły się w jego oczach - Torus leżał na samym skraju wody, patrzył na swego pana i drżał cały jak w febrze, ale nie ruszał z miejsca! Nic go już w tej chwili nie interesowało - nawet śliczny czterdziestak, tylko Torus!! Tego dnia obaj osiągnęli wielki sukces - on i pies.

W domu nawet nie wspomniał o swoim sukcesie, chociaż żona pytała o zachowanie psa, ale zbył ją jakimś zdawkowym bąknięciem - W porządku!! Już w drodze powrotnej planował kolejny wypad za kilka dni. Aura okazała się jednak mniej łaskawa i na krótko wróciła słaba zima. W tygodniu zdzwonił Marcin z pytaniem - Jak było? W kilku zdaniach opowiedział zdarzenia całego dnia i odniósł wrażenie, że Smętek sceptycznie zapatruje się na pstrągowanie z psem. On po prostu nie lubił psów!! Czyżby to oznaczało koniec ich przyjaźni?? Przebieg ich rozmowy nie wskazywał na to, aby brał pod uwagę ich wspólny wypad, a i pożegnanie było zdawkowe. Trudno - pomyślał. W jego głowie już rodziły się plany następnych wyjazdów nad okoliczne rzeczki, a także pojawiło się marzenie - kilkudniowy wiosenny wypad na Kaszuby na pstrągi! Ale jak to zwykle bywało w jego życiu i tym razem los „wyciął mu numer” i wielkie plany spaliły na panewce. Za to wyjazdów na bliższe i dalsze rzeczki nie brakowało!!

Naturalnie Torus towarzyszył mu we wszystkich eskapadach i zdarzało mu się od czasu do czasu „wyciąć jakiś mały numerek”, ale generalnie wędkowania przebiegały już bez ”zakłóceń”. Wystarczyło, że zaczynając wędkowanie pod prąd pokazał psu palcem rzeczkę za sobą i pies trzymał się cały czas za nim. Wtedy gdy znudziło mu się bobrowanie w rzece zapuszczał się w nadbrzeżne krzaki, ale bacznie śledził swego pana będąc gotów do „pomocy”. W czasie popasów kładł się obok pnia na którym siedział jego pan i pomrukując z cicha dopominał się swoją porcję karmy. I tak w miarę jak wiosna rozkwitała w pełni, przyjaźń miedzy zwierzakiem i człowiekiem krzepła coraz bardziej. Po pierwszej fascynacji psem i wariackich zabawach w mieszkaniu rodzina przestała się interesować psem zupełnie. Jedynie mała Ania spędzała mnóstwo czasu z psem kiedy tylko przyszła z odwiedzinami do dziadków. I tylko ją pies zaakceptował bezkrytycznie jako swoją panią nr2. Bardzo chciała wyprowadzać psa na spacer, ale była na to za mała. Jak trochę podrośniesz to będziesz mogła go wyprowadzać! - obiecywał. Tymczasem z każdą wizytą pies przywiązywał się do niej coraz bardziej i chodził za nią jak cień. Wiosna miał się już ku końcowi i wielkimi krokami zbliżało się lato i ... wakacje i ... urlop!!


I kolejny obrazek z jeziorem w tle..
Przez ostatnich kilka lat nie planował urlopu - zdawał się na przypadek, ale wyjątkowo w tym roku snuł pewne plany. Kilka lat wstecz, gdy był na zorganizowanych wczasach na Kaszubach, a dzieciaki były już na tyle dorosłe, że nie musiał się nimi zajmować, sporo włóczył się kajakiem po sąsiednich jeziorach połączonych małymi siurnikami z tym, nad którym miał swoją bazę. Podczas jednego z takich wypadów zatrzymał się dla nabrania wody przy starej chacie stojącej nad sporym jeziorem. W tej chwili nazwy jeziora nie pamiętał, ale odszukanie go na mapie nie stanowiło problemu. Otóż gdy on wtedy nabierał wody ze studni jak spod ziemi pojawił się starszy brodaty pan i coś do niego zagadał. Nie rozumiał go zupełnie, ale domyślił się, że to właściciel chaty i ma do niego jakieś pretensje. Zaczął się mocno tłumaczyć i... tak zaprzyjaźnił się z panem Gustawem, Kaszubem z dziada pradziada. Jeszcze kilkakrotnie w tym turnusie odwiedził pana Gustawa spędzając z nim wiele uroczych godzin słuchając jego opowieści i ucząc się podstaw kaszubskiego. To właśnie pan Gustaw pokazał mu „okoniowanie” - brodzenie w woderach po płyciznach jeziora i spiningowanie „ogryzkami” - tzn. małymi obrotówkami, woblerami, ripperami i twisterami. Z czasem ten sposób łowienia stał się jego jedynym na kaszubskich jeziorach. Cały rok nosił pod powiekami obrazy jeziora o wschodzie i o zachodzie słońca, gdy tak stał w woderach na środku chłonąc jego spokój i niepowtarzalność tych godzin. Tylko on, jezioro, cisza i Kosmos!! A gdyby tak do pana Gustawa!! Pomysł wydawał się być trafiony. O kontakcie z panem Gustawem nie było nawet mowy chyba, ze za pomocą sygnałów dymnych. Do najbliższego telefonu było 5 km, a o posiadanie komórki pana Gustawa nie posądzał! Lipiec przewalił się jak lawina w nawale codziennych zajęć. Uważał ten miesiąc za martwy sezon spiningowy i tylko wypady na pstrążki na pobliskie wody łagodziły nudę tego miesiąca. Wreszcie sierpień ... i Kaszuby. Kompletowanie sprzętu trwało tydzień, a pakowanie dwa dni. Żona wróciła wypoczęta i opalona z urlopu z córką, zięciem i wnukami. Teraz on z Torusem „ruszał w Polskę”.

Pociągiem dotarli do Kościerzyny, a autobusem do Bytowa. Wszędzie wzbudzali sensację, bo Torus zupełnie nieprzyzwyczajony do kagańca obijał nim jego nogi prosząc o zdjęcie. Jego wystające z krótkich spodni nogi były okropnie posiniaczone i podrapane tymi „psimi kajdankami”. Jakiś kierowca - wędkarz zabrał te dziwną dwójkę do swojego TIR-a i bezpiecznie podwiózł ich do krzyżówki. Już na miejscu zastanawiał się co skłoniło tego „ryzykanta” do ulitowania się nad tą „zbójecką dwójką”, bo swoim wyglądem nie wzbudzali zaufania. Teraz wreszcie cieszyli się prawdziwą swobodą. Pies buszował po pobliskich krzakach swoim starym zwyczajem, a on odpoczywał przez chwilę. Czekała ich długa droga. leśnymi duktami i przesiekami. Było już dobrze po południu kiedy wyszli na wzgórze, z którego widać było jezioro i chatę pana Gustawa. Bliskość odpoczynku dodawała mu sił i w ciągu kilku minut byli przed chatą. Złożył plecak i sprzęt pod wielka lipą i zaczął rozglądać się za gospodarzem. Ledwie zrobił kilka kroków gdy pojawiła się młoda dziewczyna Zastałem pana Gustawa? - zapytał drżącym głosem i z niepokojem czekał na odpowiedź. Obawiał się, że mógł już nie zastać go wśród żywych. Dziadziuś jest w sadku - odpowiedziała. Zaprowadzę pana. Nie trzeba - odpowiedział. Znam drogę i ruszył do sadku za chatą. Uściskom i łzom w oczach obu nie było końca. Nie widzieli się przecież długie cztery lata!!!

Wspominkom nie było końca i dopiero niecierpliwe trącanie nosem przez Torusa, który tym sposobem przypominał, że jest głodny, przywróciło ich do rzeczywistości. Zmierzchało i trzeba było pomyśleć o noclegu. Pan Gustaw „ostro” zaprotestował gdy chciał w sadku rozbijać namiot. Proszę do domu - rzekł stanowczo. Ale on uparł się nocować z psem w szopie na sianie. Mimo zmęczenia jeszcze długo w nocy nie mógł zasnąć i wsłuchiwał się w odgłosy jeziora. Obok niego na swojej derce Torus powarkiwał przez sen-pewno gonił jakiegoś kota. To był najwspanialszy z urlopów jakie zapamiętał. Całe ranki i wieczory „dłubał okonki” na płyciznach jeziora, a trzeba było przyznać, że drapieżniki w tym sezonie brały nieźle. Pies w tym czasie nie odstępował pana Gustawa i jego wnuczki Eli, albo bobrował w trzcinach nieopodal miejsca gdzie wędkował. Do późna w nocy przesiadywali przy ognisku, a w gorące południa pławili się w jeziorze lub wypoczywali w cieniu wielkiej lipy rosnącej obok chaty i słuchali brzęczenia pszczół. Nowym nabytkiem pana Gustawa była stara łódka, a on pewnego dnia spróbował zabrać Torusa na łódź i pospiningować. Skończyło się to fatalnie. Kompletnie skotłowany sprzęt, porwane żyłki i niemal skończyło się to niespodziewaną kąpielą gdy łódka zachybotała się gwałtownie. Po tych doświadczeniach zupełnie zrezygnował z zabierania psa na łódkę. Był zbyt młody, zbyt pełen energii!!

A sierpień toczył się tymczasem przez świat. Totalny luz! - tak nazwałby te niemal trzy tygodnie urlopu gdyby go ktoś poprosił o nazwanie tych dni jednym zdaniem. Nieuchronnie jednak zbliżał się koniec swobody i powrót do codzienności. Ostatni wieczór u pana Gustawa był bardzo smutny. Sprzęt był już spakowany, bo wcześnie rano musiał ruszyć do przystanku PKS. Siedzieli przy ognisku gdy nagle pan Gustaw wstał i bez słowa poszedł w kierunku domu. Obraził się!! - przemknęło mu przez głowę. Ale nie. Po chwili ponownie ukazał się niosąc dziwna butelkę - chyba glinianą. Podał mu i rzekł tylko jedno słowo: Nalej!! Odruchowo spojrzał na kawałek kartki przyklejonej niezdarnie i zobaczył datę: sierpień 1936!! Sześćdziesiąt lat - policzył szybko. Nic nie mówiąc wyciągnął korek i nalał do szklanek. Bez słowa wypili po długim łyku. Doczekała się wreszcie wielkiej okazji - rzekł pan Gustaw i znowu zapadła cisza na długie minuty. Obaj wpatrywali się w ogień jakby w nim szukali pocieszenia przed zbliżającym się pożegnaniem. Opróżnili butelkę wypowiadając zaledwie kilka pojedynczych słów i szarzało już na świecie gdy w ciszy poszli spać. Ci dwaj mężczyźni, którzy różnili się znacznie wiekiem, wykształceniem i jeszcze wieloma innymi rzeczami teraz rozumieli się bez słów.


Świt, jak to świt..
Wstał skoro świt. Sprzątnął swoje posłanie na sianie i derkę Torusa. Przepakował plecak tak, aby dokumenty i pieniądze były pod ręką. Zarzucił go na plecy i gwizdnął na psa. Ruszyli w długą drogę. Przechodząc przed chatą pana Gustawa coś mu kazało przystanąć. Szybkim ruchem ściągnął plecak. Z zakamarków wydobył mały woreczek foliowy, a z portfela fotografię swoja i Torusa jak leżą na nadmorskiej plaży. Poprosił kiedyś jakąś turystkę, by cyknęła to zdjęcie. Popatrzył na nie jeszcze raz, schował do folii i położył na maleńkim parapeciku okna chaty pana Gustawa. Szybko ruszyli w drogę, ale pies jeszcze kilkukrotnie zatrzymywał się i odwracał w kierunku chaty, ale on ze szklistymi oczami parł zdecydowanie naprzód. W czasie całego urlopu zrobił kilkanaście zdjęć i obiecywał sobie wywołać zaraz po powrocie. Codzienny młyn w jaki wpadł spowodował, że wywołał te zdjęcia dopiero po Nowym Roku. Jedno z tych zdjęć stoi teraz na półce regału w jego pokoju. To jest amatorski portret dwu drogich mu istot -niestety z dwoma czarnymi wstążkami!! Ale to już znaaaacznie późniejsza historia.

Teraz wielkimi krokami zbliżała się jesień i „dłubanie okoni” na pobliskich kanałach i rzeczkach. Przedtem niemal w każde wolne popołudnie wskakiwał na starego wysłużonego „Tourist”-a i po dwudziestu minutach był na miejscu. Teraz sprawy się komplikowały. Żeby dotrzeć w te same miejsca z Torusem musiał planować całą wyprawę jak na pstrągi. Dwie przesiadki autobusami miejskimi, a jeśli chciał dotrzeć na mniej uczęszczane łowisko to czekał ich półgodzinny marsz albo łapanie okazji. Ale kłopoty z tym związane opłaciły się. Ryby brały jak zwykle - raz lepiej raz gorzej, ale za każdym razem relaks mieli obaj znakomity. Raz tylko, gdy na małego rippera połakomił się kilogramowy szczupaczek i narobił wiele hałasu, Torus nie wytrzymał i rzucił się do wody. Oczywiście szczupak się spiął, a Torus całe popołudnie nie chciał wyjść z wody i o dalszym wędkowaniu nie było co marzyć. Zanim przyszła zima zrobili razem tylko kilka wypadów na okonie. Żona namówiła go na kupno działeczki rekreacyjnej i razem z psem jeździli przygotować ją do zimy. Torus tymczasem mężniał i z miesiąca na miesiąc zmieniał swój „charakter”. Nie był to już rozbrykany szczeniak, ale szanujący się dorastający pies chociaż jeszcze zdarzały mu się chwile „szczeniackiej beztroski”.

Wigilia jak zwykle była u nich. Zjechały się dzieciaki z wnukami. Dzieci od razu zajęły się psem zapominając o choince i Mikołaju. Dopiero dzwonek do drzwi i tubalny głos Grubego Pana przywrócił je do rzeczywistości. Zaczęło się szaleństwo rozpakowywania prezentów. Wigilia przebiegała w miłej rodzinnej atmosferze, a dzieciaki nie mogły się nacieszyć prezentami. Były już wyraźnie zmęczone, ale tradycyjnie deklarowały pójście na Pasterkę. W miarę upływu czasu z gromadki tej ktoś ubywał w objęcia Morfeusza. W pewnej chwili zauważył brak Ani. Ona nie wykazywała specjalnego zainteresowania prezentami. Ilekroć była u dziadków obiektem jej zainteresowania był Torus, a i teraz nie było żadnego z nich. Pewno bawią się w dziecinnym pokoju - pomyślał i zajrzał. To co zobaczył zaskoczyło go zupełnie. Na miękkim dywaniku koło wersalki, na boku leżał Torus, a Ania ... spała zwinięta w kłębek między jego wyciągniętymi łapami. Kiedy wszedł nawet nie drgnął, tylko podniósł łeb, żeby sprawdzić kto przeszkadza we śnie jego ulubienicy!!! Nakrył Anię miękkim kocykiem i wyszedł. Nie poszedł na Pasterkę. Zresztą nie lubił tej mszy, ale za to uwielbiał Rezurekcję i jej wiosenny nastrój. A wiosna kojarzyła mu się tylko z jednym - z wiosennymi pstrągami. Teraz jednak był środek zimy i dla niego martwy sezon. Wnuki dość często zaglądały do dziadków, a mała Ania szczególnie marudziła przed każdym powrotem do domu. Chciała koniecznie zostać z Torusem i którejś soboty została na noc. Do późnego wieczora „męczyła” Torusa swoimi pomysłami na zabawę, a pies ze stoickim spokojem znosił te „katorgi”. Pozwolił się jej ubrać w fartuszek i czepek Czerwonego Kapturka!! W niedzielny poranek wpadł na pewien pomysł. Poszedł do piwnicy po stare sanki dzieci, umył je dokładnie i oczyścił z rdzy. Próba miała się odbyć w południe. Zabrał Anię, psa i sanki do pobliskiego parku na niewielkie górki. Ania zjeżdżała, a Torus biegał za nią, poszczekiwał i delikatnie chwytał za kożuszek. Teraz przyszła pora na realizację jego planu. Przywiązał sznurek sanek do obroży Torusa, a Anię posadził na nich. Wziął psa za obrożę i zaczął biec. Torus bez najmniejszego problemu ciągnął sanki, a Ania zaśmiewała się radośnie. Kłopoty pojawiły się wtedy gdy w biegu z psem stracił oddech i przypadkiem wypuścił obrożę. Pies ruszył naprzód „całą mocą swoich silników”, a sanki z Anią niemal frunęły za nim. Na moment zdrętwiał z przerażenia. Stóóóóóóój - to jedyne słowo jakie był w stanie wywrzeszczeć i ... Torus zwolnił, a po kilku susach stanął!! Ogarnęła go wściekłość, ale zanim dobiegł do psa przyszła chwila refleksji! Przecież to on zachował się nieodpowiedzialnie. To on popełnił wielką głupotę i ryzykował życie wnuczki. Klął sam siebie w żywy kamień, a Ania tym tymczasem była w siódmym niebie. Zeszła już z sanek i tuliła się do psa. Pobiegniesz jeszcze raz tak szybko Torusku - szeptała. Następnego dnia kupił psu szelki i w piwnicy zmodernizował je na swój sposób tak, aby pies bez przeszkód mógł ciągnąć sanki. Cały tydzień odbywały się treningi „na sucho”, a w niedzielę Ania jeździła psim zaprzęgiem po parku wzbudzając powszechne zainteresowanie.Za parkowe harce zapłacił zadyszką i przepoconymi do ostatniej nitki ciuchami.

Całą zimę wymyślał sobie „zajęcia zastępcze”, a wiosna zbliżała się powoli acz nieubłaganie. Torus tymczasem doroślał i doroślał. Nie był to już rozkoszny szczeniak, ale „pies z klasą” jak go w głębi ducha nazywał. Czy ty wiesz jaki jesteś śliczny - pytał go gdy byli sami, a pies jakby rozumiejąc co do niego mówi przechylał na bok łeb i machał ogonem. I tak według podobnego schematu przebiegały kolejne lata. Wiosna to wyprawy na pstrągi, lipiec spędzali na działce dysząc od upału w cieniu drzew i krzewów, polewali się wodą z węża i chlapali w pobliskim niewielkim strumyku. Obaj nie znosili upałów i dopiero wieczorem tak naprawdę się ożywiali no a w perspektywie był sierpień. A sierpień to jezioro pana Gustawa!! Oczywiście w międzyczasie zdarzały się jakieś utarczki z lokalnymi kundlami bądź z piwnicznymi kotami, ale z racji swojej wielkości nikt nie był w stanie dotrzymać mu pola.
Pobyt u pana Gustawa to było wielkie święto dla nich obu i to święto, które trwało nieprzerwanie trzy tygodnie. Nie było żadnych zakazów ani nakazów. Robili co chcieli i kiedy chcieli, a pan Gustaw patrzył na tę „zbójecką dwójkę” wyjątkowo przychylnym okiem. Podczas ostatniego urlopu uważniej przyjrzał się panu Gustawowi i jego niepokoje potwierdziły się w całej rozciągłości - pan Gustaw, ich kochany pan Gustaw gasł. Zdawał sobie sprawę z tego, że pobyt w szpitalu czy nawet w sanatorium niczego by nie zmienił. Zresztą nie miałby odwagi zaproponować mu nawet tego. Poznali się przez te lata na tyle dobrze, że rozumieli się bez słów w wielu sprawach i podświadomie czuł, że jedynym miejscem gdzie pan Gustaw chciałby spędzić swoje ostatnie chwile jest jego ukochana chata nad jeziorem. Ostatnie pożegnanie było wyjątkowo smutne - tak jakby wiedzieli, że widzą się po raz ostatni.


Żegnali się kilka razy, ale kiedy odszedł kilkaset metrów od domu to coś kazało mu wracać, a pies po prostu gnał z powrotem. Wreszcie pan Gustaw wziął go pod rękę, smycz Torusa w drugą i powolutku poszli w kierunku wzgórza, z którego zawsze obserwował jezioro i jego okolicę. Gdy byli już na szczycie pagórka pan Gustaw odwrócił się i obaj patrzyli na to co obaj tak kochali. Trwali tak w milczeniu z pół godziny, gdy nagle pan Gustaw zdecydowanym krokiem ruszył w drogę powrotną do chaty. Nie obejrzał się ani razu aż zamknęły się za nim odrapane drzwi. Podniósł rękę w geście pożegnania jakby wiedział, że to ostatni raz i ruszył drogą w kierunku lasu. Pies biegł za nim, ale kątem oka widział, że kilkukrotnie przystawał i patrzył za siebie.

Po powrocie do domu wpadł w codzienny rytm. Znajomy zaproponował mu kupno samochodu - wysłużonego dużego fiata, ale za niewielkie pieniądze. Kupił go tylko po to, aby znikły problemy związane z zabieraniem Torusa na wędkarskie wyprawy i z dojazdami na działkę.
Śmierć pana Gustawa spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Był na spacerze z Torusem gdy odezwała się jego komórka. Już przy pierwszym dzwonku coś go tknęło, ale odebrał. Dzwoniła żona, że miała jakiś dziwny telefon i że ten ktoś zadzwoni za pół godziny, bo sprawa jest bardzo ważna. Raźno ruszył do domu i zasypał żonę pytaniami, ale ona niewiele potrafiła powiedzieć - tylko tyle, że dzwonił jakiś wójt. Oczekiwany telefon zadzwonił dopiero po niemal dwóch godzinach. Telefonował wójt gminy O. - pan Zawada. Na prośbę wnuczki pana Gustawa - Eli powiadamiał go, że pogrzeb pana Gustawa będzie ... jutro na cmentarzu w O. Skamieniał, ale po chwili zdał sobie sprawę, że trzeba działać jeśli chce być na pogrzebie!! Zadzwonił do szefa i poprosił o jeden dzień urlopu. Szef zgodził się bez kłopotów. Spakował ciemny garnitur. Resztę wieczoru nie mógł sobie znaleźć miejsca aż wreszcie wyszedł na balkon. Chłód wieczoru przywrócił go do rzeczywistości. Teraz dopiero tak naprawdę zdał sobie sprawę co się stało i dwie wielkie łzy popłynęły po policzkach. To był koniec fragmentu jego życia. Fragmentu, który był wyjątkowy pod każdym względem. Jak w fotoplastikonie przeleciały mu przed oczami obrazy z pierwszego ich spotkania aż po to ostatnie w sierpniu tego roku, gdy pan Gustaw odprowadził ich na wzgórze i ... wielki żal ścisnął mu serce. To KONIEC!!

Wstał wcześnie i tylko przez chwilę zastanawiał się czy wziąć psa ze sobą - spakował smycz i kaganiec. Całą drogę nie włączał radia, pies leżał na tylnym siedzeniu i ani razu nie podniósł łba, żeby wyjrzeć przez okno. Dotarł do O. na długo przed godziną mszy, ale nie wjechał do wioski. Chciał jeszcze raz popatrzeć na jezioro i chatę! Te kilka kilometrów leśnej drogi, które z Torusem pokonywali w blisko dwie godziny sycąc się dźwiękami lasu, teraz w kilka minut pokonał leśny dukt i stanął na skraju lasu. Nie miał odwagi z samochodu popatrzeć na chatę. Wysiadł i wypuścił psa. Wolnym krokiem zbliżali się do szczytu wzgórza, a jezioro i chata powoli ukazywały się ich oczom. Teraz był to widok rozdzierający serce. Smutne, puste jesienne jezioro i ... pusta chata.
Wtedy jeszcze nie wiedział, że zjawi się tu jak zwykle w sierpniu przyszłego roku i wtedy dopiero dotrze do niego naga prawda. Stojąc na wzgórzu będzie łkał wiele godzin patrząc na zarastające trawą podwórze pustej chaty pana Gustawa. Teraz jednak ze szklistymi oczyma odwrócił się na pięcie wrócił do samochodu. Pogrzeb pana Gustawa pamięta jak przez mgłę. Osób było niewiele. Gro z nich nigdy nie widział, a kilka osób tylko przelotnie w czasie tych kilku urlopów. Obawiając się reakcji uczestników przezornie szedł z Torusem na smyczy za ostatnim rzędem. W pewnej chwili Ela, wnuczka pana Gustawa odwróciła się i ruchem głowy pokazała na niego i psa i przywołała ich do pierwszego szeregu. W czasie drogi powrotnej zatrzymywał się parokrotnie, bo łzy samoistnie cisnęły mu się do oczu. Codzienny kołowrót nieco zagłuszył jego żałość, ale ilekroć spojrzał na zdjęcie z czarną wstążką na regale, łzy pojawiały się natychmiast w jego oczach i odruchowo tulił łeb psa.

Ale czas biegł do przodu nieubłaganie. Kolejne Święta, Nowy Rok i ostra zima. Nudził się niemiłosiernie i czekał nadejścia wiosny jak nigdy dotąd. A Torus tymczasem rósł i doroślał. Z małego rozkosznego szczeniaka robił się dorosły pies! A i dla innych członków rodziny czas biegł naprzód. Wnuki dorastały. Mała Ania podrosła nieco, ale nadal Torus był jej najlepszym przyjacielem.
Po przyjściu do dziadków przestawała istnieć dla świata, a tylko był Torus. A trzeba przyznać, że pies traktował ją też w wyjątkowy sposób. To na co pozwalał robić ze sobą temu Orzeszkowi budził nawet jego zdumienie”. Męczarnie” jakimi obdarzała go Ania od innych przyjmował z wyraźną niechęcią wręcz z wrogością i cichym warczeniem. Kolejna wiosna i pstrągowe wypady, lipcowe działkowe lenistwo i ... sierpień.

cdn.

Torus cz. III



Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
super
Mateusz Gałka 28.1.05 22:27
Po prostu wspaniałe. Genialne. Czekam na dalsza częśc.
Torus - ocena
Marek Wrzaszcz 13.1.05 10:31
Piękne!!! Z niecierpliwością czekam na kontynuację.
TORUS
Patrycia Casandra 13.1.05 00:15
co mozna powiedziec?piekne opowiadanie,ktore czyta sie z zapartym tchem.ciekawa fikcja literacka i sposob pisania. sklaniajaca do zadumy i przemyslen.ciekawa jestem czy ,jest to tylko fikcja czy moze.......................?pozdrowienia.i czekamy na ciag dalszy:)
Ocena
Dariusz Krystosiak 12.1.05 22:14
Skala ocen jest za mała!!!Genialne,oczywiście dałem 10.
PS.żeby tylko nie znalazł się ktos kto zapyta czy bohater opowiadania nie był "mięsiarzem" bo Torus napewno był.
Torus
Jurek Buda 12.1.05 14:00
Pyszne. Niezwykle skłoniło mnie do rozmyslań.
ech
Sebastian Kipczak 12.1.05 13:33
Kurde...
Torus
Robert Kamiński 12.1.05 13:30
Po prostu REWELACJA Panie Ryszardzie!!!
Dawno nie czytałem równie ciekawego
i przejmujacego artykułu.
Tylko tak dalej!
pozdrawiam Robert
Torus
Waldemar Kantyka 12.1.05 13:02
Ryszardzie!
To jest GENIALNE!
Poryczałem się jak bóbr...i wcale mi nie wstyd. Czego wszystkim życzę.
Oby tych części było jak najwięcej!
Serdecznie pozdrawiam, Waldek



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Open source ERP i CRM - OpenERP - obecnie nazywany Odoo