Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
ARchiwum sklep
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Z przymrużeniem oka

Hit  Tak se tworze

Autor: Niezalogowany
Data:30.12.04 23:27
Ocena:5.29  (17)
Czytano:3166

Hej Moczy... - kije!
Bladzac po ostepach Inetu trafilem tu - do Was i przegladajac coscie natworzyli pragne i ja swojego kawalek polana dorzucic do tego tak pieknie jarajacego sie ogniska.


? jedno i ? drugie pomijam. Sorry, ale za glaba sie nie uwazam.

Do rzeczy!
Mili moi!
(dlaczego tak wlasnie zaczynam? - ano dlatego ze jeszcze mi sie NIEzdazylo bym wspolplemiencowi z pod znaku; "Recznika i mydla" przypierdolil - albo, on mnie).
'Rybalka', juz we wczesnym dziecinstwie probowal zarazic mnie dziadek (s.p.), namietny moczykijocholik - niestety, proby okazaly sie przykre. - Oczywiscie dla mnie, kop w dupe za zlamanie leszczynowej (mozolnie szukanej przez dziadka po krzakach przez dwa tyg.) szczytowki, zakonczyl proby wdrozenia mnie w lapacza "TAKIEJ RYBY".
Po tym kopniaku nabralem okropnej awersji do wszystkich ludzi chodzacych z kijami - nawet inwalidow a juz widzac takowych nad jakims bajorem dostawalem dreszczy.

Minely lata. Bedac kiedys w Rimini (Italia) i widzac jak pomiedzy gesto zacumowanymi lodziami tudziez plywajacymi po przybrzeznej powierzchni cieplego morza Egejskiego kondomami wielu tubylcow z wielka uciecha wyciaga (na jakies tylko sznurki) ryby.
Zaciekawil mnie ten sposob lowienia - ryb podobnych do wegorza tyle ze blekitnej?

Zas minelo kilkanascie lat (nie, nie jestem stary zgred). Los pogonil mnie do Kanady i do tego, na dalekie rubierze Ontario a wiadomo ze Kanada pachnie nie tylko zywica ale i ogromnym zasobem jezior i rzek - w ktorych... - tak, jest mnostwo ryb.

Pierwszym moim zakupem byla wedka z kolowrotkem m-ki "Shimano" (tak poradzil mi tu juz od dawna zasiedzialy ziomal).
Pierwsza ryba jaka wyciagnalem (ku niezmiernej radosci; "w kazdym mezczyznie drzemie lowca") byl szczupak rozmiarow gigantycznych na moja wyobraznie. Troche rozczarowalem sie przy patroszeniu bo okazalo sie ze ta ryba NIE MA pecherza plawnego (jam nie Ichtiolog, jam szofer). Pomyslalem ze to jakas "falszywka". Dopiero pozniej, wytlumaczono mi ze wszystkie kanadyjskie rzeki splywajace do Hadson Bay wlasnie takich sa pelne falszywek.

Dzis, smieje sie i z siebie i z mojego dziadka (swiec Panie nad jego dusza) ktory czul w kosciach czy beda braly czy nie.

Jest piekna, malowniczo polozona rzeka w pn. Ontario, nazywa sie Groundhog a w niej, czego dusza lapacza zapragnie. Od okonia, poprzez roznego rodzaju pstragi po... no wlasnie! Sturgeona (w narzeczu miejscowych) a po polsku jesiotra. Zlapanie i wyciagniecie tej ryby na brzeg mozna porownac do... "podrywu" i osiodlania od dawna wybrana i ubostwiana. Piekna sprawa!

Moj rekord, to 28 kg. osobnik tego gatunku.

Wedkarstwo to nie hobby, to namietnosc.

Pozdrawiam - zyczac; Dosiego!

Edward Pleva


Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
By na ryby, trzeba i by...
Edward Pleva 07.1.05 03:59
Juz po swietach, po jazgocie. Jeno siedzi kruk na plocie i kraaaczcze! W starych dziadach rzezi prochno. Starym babom pizdy cuchna. Kaca ma wyblakly aniol ze tak sprzedal sie za tanio. Obszczywaja portal sznurem rozne chuje szarobure.
I ja tyz.

Przylazlem tu do Was znowu - dlaczego? Ano dlatego ze mam jeszcze do poniedzialku luz - tz. moja bryczka jest przegladana dokumentnie (OTR3, po dwu latach na zlom) a ja, coz ja, ja se bimbam i.... ciiiii - od czasu do czasu cus przelkne pod rolmopsa (to taki sledz bez glowy - ktora zezarl Zyd i dlatego rzadzi swiatem).

Ale, co to ja chcialem - Acha!
Chcialem was moczy.... kijow - jesli laska (kto chce niech czyta, kto nie - wont) zaznajomic czym przecietny moczy... kij w Kanadzie czy Usiech (w moim wypadku Kanada) porusza sie by wylowic, dajmy na to; pstraga - teczowego w dodatku by bylo jasne. - Otoz (jestem w kropce jaki rodzaj wozidla w tym miejscu zarekomendowac? - chodzi o pstraga i do tego teczowego) skarup do jedzdzenia tu je mnostwo a wiem ze kazdy wedkarz to i samochodziarz. Prawda?

Jadac dzis, po rownym i prostym hayghweyu po Kanadzie czy Usiech, nasuwa sie pytanie jak do tego doszlo ze jest wlasnie tak?

Historia amerykanskich autostrad zaczela sie w roku 1956, owczesny prezydent - Dwight D. Eisenhower przedstawil Kongresowi projekt budowy sieci autostrad, ktore umozliwilyby wygodna i szybka podroz samochodem do kazdego zakatka Ameryki. Planisci przewidzieli budowe autostrad o lacznej dlugosci 41,000 mil za sume 27 miliardow dolarow. Przewidywany czas - 13 lat. Oczywiscie wycena okazala sie znacznie zanizona. Z wielu powodow, glownie politycznych, plan przebiegu i czas budowy tez sie wydluzyl. Obecnie, mimo wydania 116 miliardow dolarow projekt nie jest skonczony. Jednakze wybudowano dotychczas okolo 43,000 mil autostrad, ktore wygodnie prowadza do kazdego wiekszego miasta w USA. Budowa ciagle trwa i prawdopodobnie bedzie jeszcze dlugo trwala.

Za kadencji Prezydenta Clintona, Kongres Amerykanski zatwierdzil wydatek dalszych pieniedzy. Tak zwany "Transportation Bill" na sume 217 miliardow dolarow na wydatki zwiazane z transportem, w tym 173 miliardy dolarow przeznaczone jest bezposrednio na budowe autostrad. Nalezy sie wiec spodziewac znacznej poprawy stanu autostrad w najblizszym czasie.

Wiekszosc autostrad jest w USA bezplatna. Bezplatnymi sa praktycznie wszystkie autostrady znajdujace sie w zachodniej czesci Stanow, natomiast w rejonach srodkowych i wschodnich czesc autostrad nazywanych zwykle Tollway lub Turnpike, wymaga uiszczenia oplaty, ktora uzalezniona jest od ilosci przejechanych mil i waha sie zwykle w okolicy 2-3 dolarow za 100 mil. Oplata ta pobierana jest zwykle przy zjezdzie z autostrady. W rejonie niektorych wiekszych miast za uzywanie autostrad placi sie w rozmieszczanych co kilka mil na autostradzie punktow platniczych.

Predkosc maksymalna. W 1996 roku Kongres amerykanski przeglosowal ustawe, ktora po wielu latach federalnie kontrolowanej predkosci maksymalnej (55 mil/godz w obszarach podmiejskich i 65 mil/godz. na obszarach mniej zaludnionych) pozwolila poszczegolnym stanom na ustanowienie swoich wlasnych limitow predkosci. W efekcie zdecydowana wiekszosc stanow zachodnich przeszla na limit 75 mil/godz. Stan Montana probowal przez jakis czas nie ograniczac predkosci maksymalnej.

Duza czesc ludzi w USA i Kanadzie zyje z motoryzacji w roznej tego postaci. Nie sa rzadkoscia salony samochodowe prowadzone od 70/80 lat. Amerykanie jezdza amerykanskimi samochodami, ktore uwazaja i slusznie za najlepsze na swiecie, swiadczy o tym wspaniala historia i tradycja amerykanskiego przemyslu samochodowego. Najlepiej sprzedaja sie samochody koncernu General Motors, Forda i Chryslera, glownych producentow samochodow w USA.

Z marek europejskich amerykanie kupuja jedynie drogie samochody jak : Mercedes Benz, BMW, Porsche, Volvo, Jaguar z bardzo ekskluzywnych Rolls Royce, Bentley, Aston Martin, Lotus, Ferrari, Maserati, Laborghini. Duzy tez udzial w zaspakajaniu gustow nabywcow maja firmy japonskie jak Toyota, czy Honda. Samochod to rzecz tak normalna, potrzebna, bez ktorej nie sposob sie obejsc. Przecietna rodzina ma dwa samochody minimum, jezeli ktos lubi wyjazdy na weekend za miasto czy dluzsze wyjazdy urlopowe to nieodzowny jest station wagon (combi) lub van. Chetnie tez w amerykanskich rodzinach uzywa sie jeepa czy pickupa, dla lubiacych sportowa jazde - coupe.

Mysle, ze obok niemieckiego, amerykanski przemysl samochodowy wniosl najwiecej w dzieje swiatowej motoryzacji. To wlasnie Amerykanie wymyslili takie typy samochodow jak: jeep, pickup, station wagon, van. Typowym obrazkiem amerykanskich drog sa taksowki Checkera, szkolne busy , wielkie pociagi drogowe czy autobusy dalekobiezne, miedzystanowe. Nie bede tu przytaczal nowinek i rozwiazan czysto technologicznych, ktorych jest tysiace.

Samochod na tym kontynecie to kult. W temacie samochodow czesto przejawia sie zbytni snobizm, swiadcza o tym liczni kolekcjonerzy starych samochodow, kluby sympatykow samochodow, zloty, zjazdy, rajdy. Amerykanie, czy Kanadyjczycy lubia wszelki show, zabawe, sa wierni swoim markom, zrzeszaja sie w rozmaite towarzystwa i kluby, lubia podkreslac swoja przynaleznosc.

Samochod to narzedzie, jezdza nim tak dlugo jak na to pozwala stan techniczny samochodu. Moda na starsze samochody trwa i bedzie trwala. Marka samochodu ktora znika z rynku samochodowego jest od razu cenna i poszukiwana. Tak sie stalo z powojennymi markami, ktorych juz nie ma, a ktorych samochody osiagaja czesto astronomiczne ceny, przytocze tu marki Hudson (1957r.), Packard (1958r.), Edsel (1959), De Soto (1960r.), czy Rambler, Imperial z ostatnich firm, ktorych juz nie ma.

Sam legendarny Elvis Presley zapoczatkowal kolekcjonowanie samochodow gromadzac kilkanascie modeli Cadillaca Eldorado. W cenie jesli chodzi o samochody sportowe sa modele firm angielskich: MG, Triumph, AC, Alvis, Aston Martin, Lotus, Morgan, Austin Healey. Caly czas mowie o samochodach po 1945r., modele i firmy przedwojenne to juz zupelnie inny przedzial kolekcjonerski, przede wszystkim cenowy! Legendarny dla Amerykanow jest tylko jeden samochod Chevrolet Corvette, przedmiot westchnien i marzen wielu, legenda i mity o tym samochodzie sa wciaz zywe. Najbardziej poszukiwany jest model z lat 1956 -1962 obowiazkowo czerwono-bialy. Wspolczesna nowa korweta, kosztuje w salonach, w zaleznosci od wykonania od 35 do 70 tys. dolarow. Jest samochodem drogim, ktory zaspokoi kazde wymagania, to boild i rakieta. Inne koncerny amerykanskie produkuja rowniez znane modele sportowe owiane takze legenda jak: Mustang (Ford) czy Viper (Chrysler) ...

Ale! Jesli juz jetesmy w smrodzie spalin, to i pochwale sie w czym ja robie - wlasnie!
Amerykanskie ciezarowki. Kazdy, z poza pn. amerykanskiego kontynentu widzial na filmach, czy ogladal w TV. Mniej wtajemniczeni, uwazaja te auta za mityczne i legendarne i niesamowite. Ogladane na zywo robia ogromne wrazenie. Przytlacza ich wielkosc, wyglad, czesto przepych wyposazenia, koloryt. Sa po prostu piekne i jak twierdza sami Amerykanie "the world's best" - najlepsze na swiecie. Dla Europejczyka nieporownywalne z autami ze starego kontynentu.

Ameryka jest wielka takze w temacie ciezarowek. Czolowke najlepszych firm produkujacych ciezarowki otwiera legendarny Kenworth, jest bez watpienia Rolls Roycem wsrod amerykanskich i swiatowych ciezarowek. Modele tej firmy owiane sa legendami, podkresla sie ich wytrzymalosc, niezawodnosc i milosc jaka darza go wszyscy kierowcy, jest marzeniem kazdego drivera. Charakterystyczna cecha wizualna wielkich amerykanskich ciezarowek jest przod pojazdu, zwany przez kierowcow "long noses". Kenworth zaslynal z modeli W 900:W 900B:T 600: Nowa linie lifting otwiera model T 2000. Jak sie okazuje jednak, tradycyjna sylwetka W 900 to dzielo doskonale w kazdym calu, ogromne wyprodukowane serie (od 1961r. sprzedano 185 tys. szt.) jest liderem wsrod wszystkich modeli Kenwortha.

Driverzy bardzo przywiazuja sie do swoich bryk, dbalosc o te kolosy jest godna podziwu, piekne lakiery, liczne malowidla, wszedzie chrom na zderzakach i felgach, wszystko dopieszczone i wypicowane. Nic dziwnego, dla wielu kierowcow ich samochody to po prostu domy w ktorych wygodnie mieszkaja - bo standardem wszystkich ciagnikow jest kabina sypialna; "sleeper" (od prostych sleeper box po mobilne studia tzw. VIT Aerodyne) Z faxem, magnetowidem, TV-sat, lodowka, kuchenka microfalowa, obowiazkowo z klimatyzacja, CB-radio, Lap-Topem plus wyszukane wyposazenie. Czesto sleepery to dwu metrowe noclegownie, bo tez kierowcy tych aut sa na trasie czasami kilka tygodni i to... 24 godziny na dobe.

Nie przesadzam, kierowce amatora przeraza wielkosc tych boildow i nachodzi pytanie jak takie monstrum mozna prowadzic?! I to jeszcze z ogromnymi naczepami. W Ameryce podstawa sa dobre drogi, miedzystanowe autostrady, pozwalaja na uzytkowanie takich pojazdow, jest to takze niezwykle ekonomiczne dla samych spedytorow. Duzy sklad zabiera wiecej!

Jednostka napedowa sa silniki w zaleznosci od zamowienia; Detroit Diesel, Cummins, Caterpillar o mocy od 380 do 550 KM, super wspomagania kierownicy, skrzynie biegow od 12 + 1 do 16 + 2 (wsteczny) biegow. Masa samego ciagnika siodlowego 7-9 ton, z naczepa od 27 do 120 ton (z ladunkiem)!

Odglos silnika budzi respekt i trwoge. Charakterystyczne rury wydechowe - kominy, skierowane ku gorze, zewnetrzne filtry powietrza, ogromne lusterka, radiowe anteny, owiewki, spoilery i szereg bajerow wprawia w oslupienie. To jest istne cacko!

Kenworth - to legenda ale ta legende tez tworza kultowe inne marki "long noses" i COE (kabiny nad silnikiem) jak: Freightliner (modele Century Class, 110). International (modele 9800, 9400, 9300, 8000), Peterbild produkujacy pojazdy typowe dla amerykanskich truckerow o klasycznej juz linii czego przykladem jest model 379. Zaklady Peterbilda mieszcza sie w Nashville (Tennessee) - stolicy muzyki country, przyjeta stad jest moda na swoisty styl country road, gdzie kierowcy kowboje lansuja swoj wlasny styl (ubior, akcesoria, malowidla na kabinach) siodlajac kilkuset konne rumaki.
Mack - inna legendarna marka dla amerykanow (modele CH, CL, CBE), Sterling (model HN 80), Autocar (Conventional), Marmon (54 F), Western Star (model 4964 EX)
Piekna liste amerykanskich boildow zamykaja Ford (A/AT 9522 Aeromax) i GMC Truck (modele C Series):
Od 10 lat produkowane jest w Stanach Volva. Poza nazwa niczego szwedzkiego w tej ciezarowce nie znajdzie. Takie ujezdzam wlasnie. Volvo VN770.

Jest i male polonicum o ktorym warto wspomniec. Otoz doskonale ciezarowki Rapid wytwarzal w 1904 roku Polak Max Grabowski, firme ta przejal pozniej General Motors.

Styl, moda, muzyka to rowniez atrybuty amerykanskich driverow. Tworza oni niebywala zgodna rodzine, pomagaja sobie w roznych sytuacjach, wsrod tych kierowcw nie rzadko mozna spotkac kobiety!
Trucker - to zawod z tradycjami, piekny i odpowiedzialny. Malownicze autostrady amerykanskie, wielkie przestrzenie miedzy stanami, rozne sfery klimatyczne to romantycznosc amerykanskich drog. Zajazdy, motele, stacje benzynowe i obslugowe wszystko podporzadkowane jest truckerom i ich naszynom. Tworza rodzine solidarna i ogromna. Czesto razem z lokalnymi rozglosniami radiowymi sa bohaterami licznych przygod na szosie. Maja liczne fan kluby swoich marek samochodow. Podkreslaja swoja przynaleznosc, ubieraja sie w stylu country. Dla nich spiewaja i komponuja najwieksi; Willie Nelson, Kenny Rogers, o nich nakreca sie filmy.

Trucker - to sposob na zycie, moda, styl, muzyka, praca i przywiazanie. Trucker to koloryt amerykanskich drog, to kawalek Ameryki. Zyjac na pn. amerykanskim kontynecie nie sposob tego nie zauwazyc...

Go! Truck, go ! ! !

E. Pleva
Ps. Moglbym, udokumentowac to wsio co 'in up' fotami ale, za cholere nie wiem jak? Je to ktos coby glomba poduczyl? - Jesli, oczywiscie to, co tu wyskrabuje kogos wogole interesuje.
     Odp: By na ryby, trzeba i by...
Dariusz Krystosiak 07.1.05 07:48
    
Mieszkając przed dłuższy czas w Torontowie tak mi się podobały ciężarówy że zrobiłem sobie prawo jazdy na te pojazdy.Na początku uczyli nas na czymś niedużym ale później przesadzili na Kenwortha z bodajże 15-biegową skrzynią.Super zabawa a najbardziej podobał mi sie sygnał dziwiękowy.Nie pracowałem jednak jako kierowca
bo chyba jakiś miesiąc czy dwa po kursie zaproponowano mi inne dosyć interesujące zajęcie.
Wedkarstwo i nie tylko. "Muszka"
Edward Pleva 31.12.04 21:20
Jako ze dzis jest ostatni dzien roku i szykujemy sie do wystepow na balu (juz sie gruntownie wykapalem i namascilem balsamami by nie smierdziec chlopem - z goleniem, odczekam do ostatniej chwili) Przypomnial mi sie taki sam dzien ale, jeszcze w PRL-u.

Wrocilem byl do chalupy, z jakiejs podrozy w zachodnie strony - w dniu wlasnie - ostatnim roku.
Rzegotka mi rzecze ze jestesmy zaproszeni na ogromiasty bal sylwestrowy do "Lutni". Taka knajpa w Lubinie gdzie wowczas wegetowalismy. Wiec, by tradycji stalo sie za dosc trzeba bylo jakos godnie wystapic. Garnitur mialem - jaki zostal mi po slubie z Rzegotka. Jakos sie wcislem w ten uniform przymierzajac do gali - ale, co pod szyje? - Krawat jaki posiadalem, syn uzywal do wyprowadzania psa na spacery i po obejzeniu go, Rzegotka stwierdzila ze jak ten krawat se uwiesze przy szyji to ze mna nie pojdzie na impreze. Co robic?

Zalozylem kurtke i udalem sie do PDT-u by dokonac zakupu potrzebnego do sylwestrowych wystepow eksponatu podszyjnego - czyli; MUSZKI (co mi szczelilo do laba, do dzis nie wiem?). Zakupu dokonalem i se wracam do chalupy w dobrym humorze - naraz! Ktos mie klepie w ramie. Kolezka! Ucalowalismy sie z "dubeltowki" i... no wlasnie. Nie raz z kolesiem "lowilismy szprotki" dobry byl w tych polowach - zreszta i ja mialem sukcesy. Mniejsza z tym. Jako ze Sylwester przypada akurat w ostatnim dniu grudnia, cieplo nie bylo - wiec, weszlismy do restauracji by omowic pewne nurtujace nas sprawy. Kelner, ktoremu dalem napiwek w postaci; 5 "marek" wywodzacych swoj rodowod z NRFju byl na skinienie palca. Tak nam zeszlo kilka godzin az w koncu, kolezka zaproponowal bym poznal jego rodzine. Poszlismy wesolo do jego domu. Po drodze, by spodobac sie kolegi zonie kupilem w kwiaciarni odpowiedni wiechec ktory zrobil ogromne wrazenie na kolesia polowicy. Ach-om i Och-om nie bylo konca. Ino mig i "Czym chata bogata".

Obudzilem sie. Leb napierdalal jak bym mial co najmniej migrene angielskiej krolowej. "Rufa" (psica moja) przyglada sie moim niemrawym manewrom jakie probuje wykonac by wrocic do rzeczywistosci. Ni jak nie moge podniesc lba wyzej od horyzontalnej linii. Co kurwa jest?! Co sie stalo? Cisza gwizdze mi w uszach niebezpiecznie. Zyje... czy nie? Nie moge podniesc reki by sie ugrysc w palec? Wszystko mnie boli a leb chce pec.
Raz mam ciemno przed oczami a raz same iskry. Co jest do jasnej cholery?
Cos mnie pije pod szyja. Macam i... Muszka.

Dosiego Wszystkim!
Ryby, i nie tylko
Edward Pleva 31.12.04 04:38
Moja Rzegotka 'przylatuje" z synem o 11.30 na Mac Person z Costarica, na ktorej bedac trzy miechy temu zakupilem chalupe z falistej blachy (takie cus na starosc, gdzie nie potrzeba zadnego opalu by bylo cieplo i gdzie wystarczy podkoszulek i sandaly z opony by dokonac zywota)

Dzieciaki sie ciesza ze ze starymi nie bedze "trobla". Po jaki... robic nastepcom problemy. Swoje sie zrobilo i fakt najwyzszej rangi by sie usunac (dziadek stoi mi przed oczyma) bez jakich kolwiek ubocznych aczkolwiek zbednych poczynan. Dzieci, to kupa szczescia - z przewaga kupy - pozniej... a z reszta.
Tak, ze jeszcze kilka godz. i Rzegotka bedzie w domie a ja dopiero jutro dowiem sie jak wytapetowala nasz przyszly zlobek?

Nara!
Koncze, bo mam kupe do zrobienia.
Pa, pa Wsiech!
Dziadko
Tomasz Statek 31.12.04 04:25
Mnie również, ku sromocie swojej, ryb łowić nauczył Dziadko. Banalnie. Jeszcze gluta u nosa nosząc wyskrobano mi pierwszą wędkę z leszczyny. Pamiętam, że gdy ojciec w poszukiwaniu odpowiedniej witki zagłębił się w leszczynowy zagajnik zaklął okrutnie, gdyż przez nieuwagę swoją wdepnął w licznie rozsiane w tej okolicy ekstrementa. Utrzymywał później fałszywie, że to z ofiarności jego wynikło, ale pewien jestem, że ze zwykłego gapiostwa.

Dziadko uzbroił mi wędkę w żyłkę, z jaką dziś na sumy się nawet nie wybieram, hak okrutny rozmiarów zatrważających oraz korkowy spławik pomalowany olejną. Moim wkładem w wyprawę było to, że w pocie czoła spod progu domku wygrzebałem kilka glizd za pomocą łyżki. Glizdy te z leśnej ziemi były, blade i cienkie, o wyglądzie wprost chorobliwym, ale innych i tak nie było. Dziadko zabrał sprzęt swój i leszczynę moją i poszliśmy nad jezioro.

"Dziadko, Dziadko, gdzie idziemy?" męczyłem całą drogę. A Dziadko spokojnie odpowiadał "Tędy, owędy i do komendy...". Nie wzbogaciło to mojej wiedzy zanadto, ale było przykładem doskonałym na stoicki charakter Dziadka, którego ogólnie do jakiejkolwiek wypowiedzi nakłonić było trudno.

W końcu dotarliśmy na pomost. Pomost był długi na kilkanaście metrów i daleko sięgał poza trzciny. "Ty zostaniesz tutaj" zdecydował Dziadko, gdy tylko noga moja na pomoście stanęła. Zrozumiałem, że oto stałem się ofiarą spisku dorosłych: rodzice zostali sobie w domku, Dziadko zaraz pójdzie na koniec pomostu, gdzie jest głęboko i ryb pewnie zatrzęsienie, a ja zostanę samotny przy płachetku wolnej wody o głębokości do kolan. Zdrada!

Tymczasem Dziadko nawlekł mi na haczyk robaka i pokazał, jak się wędką operuje. Nie przypadkowo napisałem "nawlókł", bo Dziadko zwykł wbijać gliździe haczyk w okolicy odbytu (a może głowy), po czym starannie i precyzyjnie przewlekał go do samej głowy (a może odbytu). Tak nałożony robak nie miał szans najmniejszych na jakikolwiek ruch, co jednak w czasach tamtej wyjątkowej rybności wód nie miało najmniejszego znaczenia.

Dziadko nie doszedł jeszcze do połowy pomostu, gdy mój korkowy, pomalowany olejną spławik zaczął sunąć w kierunku trzcin. Nie powiem, że zaciąłem, bo bym skłamał - Dziadko w swojej niewierze w drzemiący we mnie potencjał nie uznał za stosowne poinformować, że się zacina. Wyjąłem więc wędkę z wody. Na końcu dyndał okoń. Oczywiście, nie wiedziałem jeszcze, że okoń to okoń, więc rozdarłem się, żeby Dziadko wrócił, bo złapałem akwariową rybę. Dziadek wrócił i mszcząc mnie w żywy kamień zdjął okonia z haczyka. Nie był to zabieg prosty, gdyż okoń nie zacięty w odpowiedniej chwili zwykł nawlekać się na haczyk tak, jak Dziadko nawlekał robaki. A co dopiero okoń nie zacięty wogóle!... Miejsce okonia na haczyku zajął kolejny robak, wędka została zarzucona, dziadko ruszył na koniec pomostu i znów w jego połowie zawrócił, by uwolnić mnie od kolejnego pasiastego żarłoka. I jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze... Dokąd się glizdy nie skończyły.

Dziś myślę, że Dzadko uczyniłby słuszniej wybierając krótszy pomost. Może zdążyły choć zarzucić wedkę...

Przez całą drogę powrotną Dziadko nie odzywał się słowem. We mnie zaś kipiała radość, bo oto będąc pierwszy raz na rybach pokazałem Dziadkowi klasę. Temu Dziadkowi, który łowił karpie i liny w ilościach nieprzebranych, a raz nawet złowił szczupaka!

I tak oto stałem się stracony dla zdrowej części społeczeństwa...
Ryby, i nie tylko
Edward Pleva 31.12.04 03:41
Nie tylko wedkuje ale i pracuje - powozac taka bryczka:
Ryby i nie tylko
Edward Pleva 31.12.04 03:20
Poworzac bryczka po Kanadzie i Usiech taka wlasnie:
Ryby, i nie tylko
Edward Pleva 31.12.04 02:03
Jak juz pisalem - wedkarstwo to nie tylko hobby ale i namietnosc. Dziadek moj - Jozef, byl dla mnie protoplasta nie tylko rodu ale i wedkarza. Mial astme i okropnie swistal idac przodem nad Szkarpawe albo Wisle przy jej ujsciu do Baltyku. Ale... bywalo ze wracajac z polowu truchtem wiodlem dziadka z karpiem na plecach w strone domu. To byly powroty uwienczone sukcesem. Odbywalo sie pozniej wielkie medium, z wielkim namaszczeniem skrobanie denata i patroszenie posrod zgromadzonej rodziny przy wielkim zachwycie okrzykow; ACH i OCH - co dziadka, wprawialo w stan wielkiego samozadowolenia i z tej okazji nalania sobie z wielkiego, oplecionego jakims badziewiem gasiora "Wisniowki" - jak ja nazywal i sam sporzadzal pod koniec urodzaju wisni w sadzie.

A propo... Dzieciaki sie ucza od starszych. Totez i ja - widzac, zawsze dziadka zadowolonym po wychyleniu z tego gasiora kilku kielichow, sprobowalem kiedys - wlazac do komory. Dobre to tak bylo ze... nie poprzestalem na jednym lyku.

Stal ten gasior na wysokosci mojej glowy - wiec podstawilem sobie jakas skrzynke i... se pociagalem te slodycz - az (nieszczescie sie stalo) obalilem sie z tego prowizorycznego podwyzszenia - razem z gasiorem...

Moj Boze, ile ja sie nasluchalem wyzwisk, skarg i utyskiwan na moj przyszly los.
Patrzac z perspektywy czasu dziadek chyba mi nie odpuscil? - Chociaz, juz pozniej bedac doroslym zawsze odwiedzajac Go dostarczalem Mu kilka flaszek Wisniowki i to tej z PEWEXU.
Bylem kierowca PEKAES-u, jezdzilem po calej Europie i BW (Bliski Wschod) wiec moglem dziadka zadowolic - jednak... Pamietal ze wylalem mu to co bylo napedem jego duszy.
     Odp: Ryby, i nie tylko
Tomasz Statek 31.12.04 04:26
    
Mnie również, ku sromocie swojej, ryb łowić nauczył Dziadko. Banalnie. Jeszcze gluta u nosa nosząc wyskrobano mi pierwszą wędkę z leszczyny. Pamiętam, że gdy ojciec w poszukiwaniu odpowiedniej witki zagłębił się w leszczynowy zagajnik zaklął okrutnie, gdyż przez nieuwagę swoją wdepnął w licznie rozsiane w tej okolicy ekstrementa. Utrzymywał później fałszywie, że to z ofiarności jego wynikło, ale pewien jestem, że ze zwykłego gapiostwa.

Dziadko uzbroił mi wędkę w żyłkę, z jaką dziś na sumy się nawet nie wybieram, hak okrutny rozmiarów zatrważających oraz korkowy spławik pomalowany olejną. Moim wkładem w wyprawę było to, że w pocie czoła spod progu domku wygrzebałem kilka glizd za pomocą łyżki. Glizdy te z leśnej ziemi były, blade i cienkie, o wyglądzie wprost chorobliwym, ale innych i tak nie było. Dziadko zabrał sprzęt swój i leszczynę moją i poszliśmy nad jezioro.

"Dziadko, Dziadko, gdzie idziemy?" męczyłem całą drogę. A Dziadko spokojnie odpowiadał "Tędy, owędy i do komendy...". Nie wzbogaciło to mojej wiedzy zanadto, ale było przykładem doskonałym na stoicki charakter Dziadka, którego ogólnie do jakiejkolwiek wypowiedzi nakłonić było trudno.

W końcu dotarliśmy na pomost. Pomost był długi na kilkanaście metrów i daleko sięgał poza trzciny. "Ty zostaniesz tutaj" zdecydował Dziadko, gdy tylko noga moja na pomoście stanęła. Zrozumiałem, że oto stałem się ofiarą spisku dorosłych: rodzice zostali sobie w domku, Dziadko zaraz pójdzie na koniec pomostu, gdzie jest głęboko i ryb pewnie zatrzęsienie, a ja zostanę samotny przy płachetku wolnej wody o głębokości do kolan. Zdrada!

Tymczasem Dziadko nawlekł mi na haczyk robaka i pokazał, jak się wędką operuje. Nie przypadkowo napisałem "nawlókł", bo Dziadko zwykł wbijać gliździe haczyk w okolicy odbytu (a może głowy), po czym starannie i precyzyjnie przewlekał go do samej głowy (a może odbytu). Tak nałożony robak nie miał szans najmniejszych na jakikolwiek ruch, co jednak w czasach tamtej wyjątkowej rybności wód nie miało najmniejszego znaczenia.

Dziadko nie doszedł jeszcze do połowy pomostu, gdy mój korkowy, pomalowany olejną spławik zaczął sunąć w kierunku trzcin. Nie powiem, że zaciąłem, bo bym skłamał - Dziadko w swojej niewierze w drzemiący we mnie potencjał nie uznał za stosowne poinformować, że się zacina. Wyjąłem więc wędkę z wody. Na końcu dyndał okoń. Oczywiście, nie wiedziałem jeszcze, że okoń to okoń, więc rozdarłem się, żeby Dziadko wrócił, bo złapałem akwariową rybę. Dziadek wrócił i mszcząc mnie w żywy kamień zdjął okonia z haczyka. Nie był to zabieg prosty, gdyż okoń nie zacięty w odpowiedniej chwili zwykł nawlekać się na haczyk tak, jak Dziadko nawlekał robaki. A co dopiero okoń nie zacięty wogóle!... Miejsce okonia na haczyku zajął kolejny robak, wędka została zarzucona, dziadko ruszył na koniec pomostu i znów w jego połowie zawrócił, by uwolnić mnie od kolejnego pasiastego żarłoka. I jeszcze raz, i jeszcze, i jeszcze... Dokąd się glizdy nie skończyły.

Dziś myślę, że Dzadko uczyniłby słuszniej wybierając krótszy pomost. Może zdążyły choć zarzucić wedkę...

Przez całą drogę powrotną Dziadko nie odzywał się słowem. We mnie zaś kipiała radość, bo oto będąc pierwszy raz na rybach pokazałem Dziadkowi klasę. Temu Dziadkowi, który łowił karpie i liny w ilościach nieprzebranych, a raz nawet złowił szczupaka!

I tak oto stałem się stracony dla zdrowej części społeczeństwa...
         Odp: Ryby, i nie tylko
Edward Pleva 31.12.04 04:55
        
Oplulem sie przy czytaniu tego... Boskie! Jakis rezyser filmowy od filmow dokumentalnych powinien wziasc to na warsztat i stworzyc dokument dla potecjalnych wedkarzy!

WYSMIENITE!
Tak se tworze
Edward Pleva 31.12.04 00:53
Umieszczajac to, na portalu, co naskrabalem wczoraj zachecil mnie Dowodca tegoz portalu do naskrabania czegos - co, powinno innym przyswiecac. Otoz. Przyszedlem na swiat z koniecznosci (nie bylo innego wyjscia). AK juz nie bylo wiec nie nalezalem. Do Solidarnosci tyz nie zdazylem - zreszta, nie mialem czasu na gardlowanie. Kolaborantem tez nie bylem, nie lubie stada.

Tak sobie roslem, roslem (dziadek tez mial udzial w tym moim wzroscie) az nadszedl czas wyzszej edukacji. Przyjeto mnie (z oporami) do zerowki. Gralem tam w gume, marzylem o helmie strazackim i toporku. Pani przedszkolance opowiadalem oblesne dowcipy a na wycieczki, do butelki po oranzadzie wlewalem babcine wino. Czasami, dawalem jakiemus kolesiowi w palnik a dziewczynom robilem ukrainskie pieszczoty i demonstrowalem jak gryzie kon. - Acha, i zadzieralem im sukienusie z ciekawosci czymze one siusiaja. Czego kurwa nie wiem do dzis?

Nic nie trwa wiecznie. Doroslalem. Z wielkim trudem nauczono mnie czytac. Od tego czasu czytam wszystko z uwaga wyciagajac wnioski. Wpadla mi w rece kiedys ksiazka, glosnego autora: "Dzienniki gwiazdowe". Lyknalem je jak kostke ptasiego mleczka. Usmialem sie i ubawilem, choc nie dotarlo do mnie co autor chcial przemycic.
Niedawno, pomny tych milych wspomnien siegnalem po te ksiazke abaratno. Mniej sie smialem wiecej rozumialem i choc zgadzam sie z innymi; ze Lem jest wielki, to nie dalem rady go strawic. Po jakiego grzyba mam wlazic na 10 pietro po elewacji, jak moge po schodach, albo winda.

Zdecydowana wiekszosc tych ktorzy potrafia czytac, a dokladniej; ktorzy czytaja miast lazic na stadiony robic rozroby lub wydeptywac chodnik pod budka z piwem (mam tu na mysli Polske) sa to ci ktorym czytanie sprawia przyjemnosc. Dla jednych ta przyjemnoscia jest lamanie sobie lba w kwestii; "co autor chcial powiedziec" a innym wrecz odwrotnie, i ja sie do nich zaliczam. Czy to zle? Nie sadze. Jest tyle ambitnej literatury ze mozna by cale zycie tylko taka czytac i jeszcze by sporo zostalo. Ja przynajmniej mam jakies usprawiedliwienie dla siebie. Caly czac wytezam to co mam w czerepie by nikomu w dupe nie wjechac i nie mam najmniejszej ochoty dobijac sie niczym ciezkim i Bog strzez by pisorze przestali "slabo" pisac.
Poza tym, powiedz czytaczu czy jest jakikolwiek temat, watek, problem moralny czy filozoficzny czy spoleczny - cokolwiek co nie zostalo juz poruszone gdzie indziej? Niii-maaa! - Nawet jesli trafisz na cos nowego i sie tym zachwycisz, wydaje ci sie to nowe i odkrywcze, to swiadczy tylko o tym ze miales pecha i wczesniej sie z tym nie spotkales.

Wszystko, absolutnie wszystko juz bylo! To tylko my ciagle ocieramy sie o cienie tych samych rzeczy. To tylko swiatlo pada z roznych stron.

Mnie osobiscie ta swiadomosc oslabia. Wiem ze cokolwiek chcialoby sie napisac, znajdzie sie ktos kto dostrzeze zbieznosc - z czyms co juz bylo. Lecz czyz nie wiecej jest takich dla ktorych bedzie to novum i zachwyca sie tym?
Mysle tez ze Internet jest ostatnim miejscem w ktorym ten co chce pisac, mialby sie wysilac na wynajdywanie realnych "osi" swego dziela. Ktorz to jest w stanie zweryfikowac? - Byloby to swiadome wrzucanie maku i piachu do jednego wora.
Nawet jesli cos pobrzmiewa na novum to za cholere nikt nie da temu wiary.

Wychodzi na to ze bronie tu marna (marna to bardzo zle slowo; latwa - moze lepiej) literature. - Jak najbardziej! - bo jest potrzebna. Daje wytchnienie tym ktorzy jej potrzebuja. Przenosi w fantastyczne swiaty gdzie wszystko jest proste i latwe. Innej czytac nie mysle i nie obchodzi mnie wcale to, ze ktos za plecami bedzie sie ze mnie podsmiechiwal.

A po zatym... przegladajac ten portal dziwie sie, ze w ogole komus chce sie pisac.

Sorry. Taki akurat mam nastroj.

Edward



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Nazwiska Żbikowski i Żbikowska przewijają się często na naszych stronach i są ściśle związane z naszymi firmami. Najlepiej odwiedzić tę stronę: Żbikowski aby zrozumieć dlaczego.