Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
Archiwum sklep 1
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Opowiadania

Hit  Torus cz. I

Autor: Ryszard Siemiński
Temat: Przygody
Data:18.12.04 12:49
Ocena:9.79 hit (61)
Czytano:3688

Od redakcji: Z dużą przyjemnością publikujemy dziś pierwszy fragment opowiadania, które autor nadesłał na nasze ręce. Całość opowiadania jest dość długa więc zapraszamy do czytania również kolejnych odcinków. Mamy nadzieję, że przyjmiecie naszego debiutanta ciepło i wyrazicie swe opinie, na czym autorowi szczególnie zależy.



Ciche skrzypniecie drzwi sali obudziło go, ale z przyzwyczajenia nie otworzył oczu. Powoli delikatnie rozchyli powieki. Pielęgniarka robiła rutynowy obchód - poprawiała przykrycia tych, którzy się w nocy odkryli. Miła dziewczyna - przemknęło mu przez myśl - tylko ona się tak stara. Przechodząc obok jego łóżka poprawiła koc, ale on nawet nie drgnął. Dziewczyna wyszła cicho zamykając za sobą drzwi. Teraz słychać było tylko równomierne oddechy śpiących. Trzeba zmienić położenie-pomyślał i usiłował przekręcić się na plecy. Poczuł ostry ból pod żebrami. W jednej chwili wydarzenia ostatnich dni stanęły mu przed oczami. Bójka w parku, ostry ból żeber prawej strony, patrol policji i ... film mu się urwał - stracił przytomność. Odzyskał ją na izbie przyjęć miejscowego szpitala, gdy jakiś łapiduch usiłował go rozebrać i zbadać - zawył wtedy z bólu. Diagnoza była jednoznaczna - złamane trzy żebra, podejrzenie o wstrząśnienie mózgu i wielki guz z tyłu głowy - kilka dni w szpitalu! To się szef ucieszy - nie ma co! Żona specjalnie nie przejęła się „wypadkiem”. Pomimo pozornej małżeńskiej harmonii już dawno nic ich nie łączyło. Każde z nich żyło teraz własnym życiem. Zaraz, zaraz, ale jak to się zaczęło? Myśli jak spięte konie pobiegły gdzieś w przeszłość i usiłowały zatrzymać się na jakimś konkretnym wydarzeniu, ale nic z tego. Nie mógł sobie przypomnieć nic szczególnego-ot szare życie rodziny wojskowego. W dość dalekiej już przeszłości był oficerem „czerwonych beretów” i gościem w domu. Zarabiał nieźle, ale cały ciężar prowadzenia domu i wychowania dzieci był na jej głowie. Na całe tygodnie znikał „gdzieś w Polsce” ze swoimi zwiadowcami, a taka rozłąka nie cementuje uczucia - był tego świadom. Z natury był wyjątkowo spokojnym człowiekiem i aż dziw, że ciągnęło go do wojaczki. Podwładni lubili go wyjątkowo jeśli w wojsku istnieje słowo „lubić” Sam siebie w duchu nazywał komandosem - pantoflarzem. Kiedy po raz pierwszy przyszło mu do głowy to skojarzenie zaczął się okropnie śmiać, a towarzystwo przy stole patrzyło na niego podejrzliwie - były to imieniny żony. Czasami miał wrażenie, że dzieci w rozmowach między sobą nazywały go podobnie chociaż żadne z nich nie powiedziało tego głośno. Przez prawie sześć lat „latał po lasach i polach udając groźnego komandosa” aż zdarzył się wypadek, w którym omal nie stracił życia. Musiał odejść z armii. Względy zdrowotne - tak brzmiało oficjalne stanowisko, a jak było naprawdę wiedział tylko on i jego dowódca. Na początku brakowało mu „tego biegania”, ale z czasem się przyzwyczaił. Znalazł sobie pracę w cywilu. Zawsze lubił matematykę więc informatyka wydała mu się najodpowiedniejsza. Skończył kilka kursów programowania i podjął pracę. Zaczął nieźle zarabiać i miał teraz czas, aby zająć się czymś co było zawsze jego pasją - wędkowaniem.

Za część zupełnie niezłego odszkodowania kupił sobie wysłużoną wfm-kę i robił wypady na pobliskie łowiska. Zawsze lubił „dłubać okonie” na małe obrotówki, ale najbardziej lubił „to robić” na jeziorach kaszubskich. Spróbował kiedyś tej metody będąc na wczasach z żoną i dzieciakami. Wodery, lekki spining i komplet obrotówek to było to, co było mu potrzeba do szczęścia podczas pobytu na Kaszubach! Gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych zaczął sobie robić dłuższe wypady wędkarskie, z czasem aż na Kaszuby. Podczas powrotu z jednego z takich wypadów stary motocykl odmówił posłuszeństwa. Nie skutkowały żadne „zaklęcia” ani znane mu sposoby. Motocykl był martwą kupą złomu. Zepchnął motor z drogi i oparł o drzewo. Szybkim krokiem ruszył szosą biegnącą świerkowym lasem w kierunku najbliższej wioski. Był koniec maja. Pogoda piękna, ale kilkudniowa włóczęga dawała o sobie znać zmęczeniem. Z daleka spostrzegł poręcze niewielkiego mostka. Odpocznę przy nim chwilę - pomyślał. Kilka minut marszu i ulga. Oparł sprzęt o balustradę i zaczął schodzić po stromym zboczu nasypu drogi ku rzeczce. Nie była zbyt wielka. Miała tylko ze trzy metry szerokości, ale za to bystry i kręty nurt. Opłukał twarz, obmył ręce. Woda była wyjątkowo zimna. Nagle w tym monotonnym szumie świerków usłyszał trzask łamanych gałęzi. Dziki? Zamarł w bezruchu i czekał. Pomiędzy drzewami, ku swemu zdumieniu, ujrzał wędkarza z wędką sunącego powoli brzegiem rzeczki. Nieznajomy też go spostrzegł. Pokręcił z rezygnacją głową i podszedł. Jak kropkowańce? Tu w pobliżu drogi już wszystkie wybrali. To przecież najlepszy okres i pogoda dopisuje. Złapał pan coś? A widząc głupawy wyraz jego twarzy spytał: Pstrągi! Pytałem o pstrągi! To w takich rzeczkach żyją pstrągi - myślał - wyraz niedowierzania musiał malować się na jego twarzy, bo nieznajomy potwierdził: Tak, tak. Tu są pstrągi!! Przegadali jeszcze ze trzy godziny rozmawiając tylko o rybach. Nieznajomy pokazał gdzie i jak łowić pstrągi, a także skrót do wioski. Nie bez trudu uruchomił motocykl.


W pogoni za pstrągami
Wracając do domu całą drogę rozmyślał o małej rzeczce i pstrągach. Jeszcze wtedy nie zdawał sobie sprawy, że „zachorował”!! Pierwsze wyjazdy były nieśmiałymi próbami, ale końcówka lata to było szaleństwo z kilkunastoma wypadami!! Wyniki były marne, ale dopiero usiłował ogarnąć problem! Czytał, kompletował sprzęt, ”konferował” z mądrymi ludźmi i próbował to wszystko ”wcielać w życie” podczas wypadów nad małe rzeczki. W tych wariackich wyjazdach odnajdywał cząstkę poligonowych przygód z lat gdy był spadochroniarzem. Powoli zdobywał doświadczenie, poznawał wody i zwyczaje ryb. Poznał też, zupełnie przypadkiem, takich „trafionych” jak on i z jednym z nich zaprzyjaźnił się. Ten kolega miał na imię Marcin i był kontrolerem w firmie, w której razem pracowali. Nie wiadomo dlaczego koledzy z warsztatu nazywali go Smętek. Był posiadaczem zdezelowanego dużego fiata , a to znacznie podnosiło "mobilność wariackiej dwójki”. I to właśnie przyjaźń ze Smętkiem była przyczyną wydarzeń, które tak zmieniły jego życie. Ale po kolei. Niepisane ustalenia ze Smętkiem były takie: wyprawy pstrągowe są zawsze wspólne natomiast wszystkie „inne wypady” zupełnie dowolne. I jak dotąd tak udawało im się kombinować, że żaden z nich nie złamał zasady. Aż do pewnego listopadowego piątku.

Ten piątek był wyjątkowo wstrętny od samego rana, a i cały tydzień specjalnie nie odstawał od tej normy. Wrócił z pracy późno, zupełnie „wyprany z życiowej energii”, a żona ze złośliwym uśmiechem dobiła go ostatecznie. Jutro Workowie przychodzą na obiad - powiedziała z satysfakcją w głosie. Znowu!! - jęknął. Wiedziała, że ich nie lubi i dlatego zapraszała dość często. To byli typowi nowobogaccy i jedyne o czym potrafili mówić przy stole był „byznys” i ich sklep. Zmieniał buty na kapcie w przedpokoju, gdy żona dodała - dzieciaki przyjadą na obiad w niedzielę. Mruknął coś na znak zrozumienia, a jego myśli mimowolnie rozpoczęły pracę na temat-co zrobić, żeby się urwać!!! Żona nadal ciągnęła swój monolog, ale jej nie słuchał zajęty kombinowaniem. Z tej paplaniny, jego mózg wyczulony na pewne słowa, wyłowił słowo „smutas”.

Zareagował natychmiast. Mówiłaś coś o Smętku - spytał. Żona jak zwykle celowo przekręciła „pseudo” Marcina. Tak. Dzwonił z drogi. Jedzie w delegację i kazał ci coś przekazać. Zaraz, zaraz gdzie ja położyłam tę „komunikat” - rzekła z przekąsem. Ścigane, krótkie fiolety na starej tamie na dembowej - przeczytała krztusząc się śmiechem. Dla niego wiadomość ta była oczywista - na tamie przy starym młynie na Zawartej pojawiły się niewymiarowe tęczaki, prawdopodobnie uciekinierzy z hodowli!! Nie zareagował na śmiech żony, ale podskoczył jak ukłuty w tyłek szpilką. Szansa!!! - wrzasnęła jego dusza. Jadę jutro rano połazić trochę po lesie - zakomunikował. Wrócę zanim Workowie się zjawią. Szybko zjadł kolację, wysłuchał w dzienniku prognozy pogody. Nie była obiecująca, ale przecież to koniec października! Szybko skompletował potrzebny sprzęt. Nie było tego wiele - kij, kołowrotek, trochę obrotówek, kilka tonących woblerów. Już miał zapinać plecak gdy przypomniał sobie o gumach - wziął całe pudełko. Wstał dużo za wcześnie. Wyszedł na balkon i spojrzał w niebo. Gwiazd ani śladu. Powietrze pachniało chłodną wilgotną jesienią. Czyżby miał zamiar padać śnieg? Miał kiedyś w plutonie „domorosłego meteorologa - hobbystę”, od którego „uczył się czuć” pogodę. Bez pośpiechu ubrał się, wziął sprzęt i wyszedł z domu. Ulice były zupełnie puste. Miał jeszcze sporo czasu, ale przezornie dotarł do przystanku przed czasem. A nuż przyjedzie chwilę wcześniej! Przyjechał planowo. Był jedynym pasażerem, a kierowcę znał z widzenia. Widząc sprzęt spytał - Na Zawartą? Tak, trochę połazić. Wymienili jeszcze kilka zdawkowych zdań. Wsiadali nowi pasażerowie i kierowca był zajęty. Szarzało już gdy dojechał na miejsce. Wysiadł z autobusu i od razu ogarnął go przenikliwy chłód. Zrobił kilka przysiadów dla rozgrzewki i szybkim krokiem „na przełaj” przez las ruszył w kierunku rzeczki. Czekał go prawie godzinny marsz przez wertepy. Trochę spocony dotarł do rzeczki. Uśmiechnął się sam do siebie - przypadkiem dotarł w to miejsce, od którego chciał zacząć „skubanie”. Pociągnął duży łyk kawy z termosu i zmontował sprzęt. Dokładnie przyjrzał się wodzie - była „trącona”, ale nadawała się do spiningowania. Kolejny dylemat - co „uwiesić”. Założył prawie białego mepsa jedynkę i zaczął „orać”.


Cisza, spokój i żadnego obcego dźwięku. Plusk wody i szum drzew-oto to, czego mu brakowało od dłuższego czasu. Szedł pod prąd rzucając z rzadka, zmieniał przynęty, zmieniał sposoby prowadzenia przynęty, ale nic z tego, ryby nie brały tego ranka. W pewnej chwili wydało mu się, że widzi w polaryzerach błysk atakującego pstrąga, ale „po kiju nic nie poszło”. Spojrzał na zegarek. Była prawie jedenasta. Kiedy ten czas zleciał-nie miał pojęcia i wtedy usłyszał w oddali znajomy szum wody na tamie starego młyna. Już wiedział, że to koniec jego dzisiejszej włóczęgi. Ploso poniżej tamy było rozległe i głębokie. Szum spadającej wody zagłuszał wszystkie inne dźwięki. Po stromej skarpie zszedł nad sam brzeg. Już tu ktoś łaził - skontatował. Ślady protektorów było widać wyraźnie na piasku. Nic tu po mnie - przemknęło mu przez głowę. Spojrzał na zegarek - robiło się późno. Jeszcze kilka rzutów i „zwijam interes”. Z obowiązku raczej niż z konieczności wykonał kilka „zwiadowczych” rzutów. Znowu nic. Składał sprzęt, a jednocześnie lustrował okolicę. Takie miejsca jak te dawały szansę na rybę, ale jednocześnie na brzegach było doskonale widać ile „wszelakiego dobra” ludzie są w stanie wrzucić do małej rzeczki. Jakiś „bogacz” wrzucił do wody futro - chyba karakuły. Baran! Jeszcze energiczniej zaczął przygotowywać się do „odwrotu”. Nagle kątem oka zobaczył, że „karakułowe futro” poruszyło się!?!? Odruchowo sięgnął do szelek plecaka gdzie wzorem amerykańskich żołnierzy z Wietnamu, nosił nóż. Ale noża nie było. Odpiął go, żeby nie wzbudzać sensacji w autobusie!

”Futro” poruszyło się znowu, ale nie zmieniło swego położenia! Trzymając plecak jako tarczę i „dół” jigówki jako dzidę powoli zbliżał się do czarnej plamy. Zamarł z przerażenia i ze złości. To był pies, a na dodatek przywiązany drutem do korzeni podmytego drzewa. Jakiś sadysta założył mu pętlę na szyję i psiak szarpiąc się zaciskał ją sobie na szyi. Był tak wyczerpany, że z trudem unosił łeb z ziemi. Nie zdając sobie sprawy na jakie ryzyko się naraża powoli podszedł do „skazańca”. Pies nie zareagował. Odłożył „tarczę i „dzidę” i zajął się ofiarą. Obejrzał psa dokładnie. Oprócz sporej rany na głowie przy lewym uchu nie widać było żadnych innych zewnętrznych uszkodzeń. Pies pewno skamlał gdy go obmacywał, ale szum wody tłumił wszystko. W innej sytuacji nie miałby sumienia tak męczyć zwierzęcia! Spojrzał na zegarek! Cholera, jak późno! Co z tobą zrobić? - myślał intensywnie, ostrożnie rozciągając zaciśniętą pętle i zdejmując ją powoli z szyi psa. Wiem! Bez chwili wahania ściągnął plecak z pleców. Wywalił niemal całą zawartość, aż na dnie znalazł pelerynę! Jak dobrze, że nie zostawił jej w domu jak pierwotnie zamierzał! Szybko zapakował wyrzucone „rupiecie” do plecaka, a pelerynę rozpostarł obok psa. Teraz dopiero dotarło do niego co ryzykował! Pies był duży, czarny i chociaż nie miał nigdy do czynienia z tym „futrzakami” to poznał od razu, że jest młody. I był ciężki!! Powoli wziął go na ręce i położył na pelerynie. Jak się sprężysz to zdążycie na ostatni autobus - przemknęło mu przez myśl. Początki zawsze są ciężkie powiedział złodziej kradnąc kowadło z kuźni – powiedział do siebie głośno i ruszył w kierunku odległej szosy niosąc psa przed sobą w pelerynie. Już po kilku minutach zdał sobie sprawę, że chyba przecenił swoje siły. Pies sporo ważył, a on nie był młodzieniaszkiem. Ręce mu mdlały, pot spływał po plecach i nie tylko, nogi odmawiały posłuszeństwa, ale nie miał innego wyjścia - musiał iść naprzód. Co kilkaset metrów robił postój. Kładł wtedy psa na ziemi, rozprostowywał kości i łapał oddech. Nerwowo spoglądał na zegarek - czasu do odjazdu autobusu pozostawało coraz mniej. Widać już było szosę, gdy nagle z małego pagórka ujrzał nadjeżdżający autobus. Ostrożnie położył psa na ziemi i biegiem, mając czarne plamy zmęczenia przed oczami, ruszył w kierunku przystanku. Dopadł go niemal równocześnie z autobusem. Ze zmęczenia nie mógł otworzyć drzwi. Jakiś pasażer widząc jego totalne zmęczenie przyszedł mu z pomocą. Z trudem, łapiąc powietrze zapytał kierowcę -Zaczekasz pan minutkę? A co się stało? - zapytał kierowca. Zostawiłem tam kogoś w lesie - i nie czekając na decyzję kierowcy ruszył biegiem na wzniesienie. Znalazł pelerynę z „pasażerem” bez trudu. Wziął ją ponownie „przed siebie” i zaczął iść do szosy. Nieliczni pasażerowie przyglądali mu się ciekawie. Już w drzwiach zachwiał się niebezpiecznie, ale „zebrał się w sobie” i dźwignął na wysoki stopień. Dysząc ciężko opadł na fotel tuż przy drzwiach.

Co pan tam tak targasz - wesoło zapytał kierowca ruszając z przystanku. Znalazłem psa - oznajmił. Jak to „znalazłem” - spytał kierowca. Zwyczajnie - jakieś bydle przywiązało go do drzewa i psiak już zdychał - syczał z oburzeniem. Pasażerowie kręcili głowami z niedowierzaniem, a wzrok młodej dziewczyny wyrażał wdzięczność. To pewnie ktoś od animalsów - tak nazywał tych, którzy zajmowali się zwierzętami w telewizji. Nagła myśl spadła na niego jak grom z jasnego nieba. Zabrałeś go stamtąd i co dalej? Żona na pewno nie pozwoli trzymać psa. I co ty na to komandosie - pantoflarzu - zaśmiał się w duchu sam z siebie. Tymczasem odpoczął trochę, a i pies spał na jego kolanach, na których się z trudem mieścił, zwinięty w kłębek przykryty rogami peleryny. Wygląda jak obwarzanek - pomyślał. Co z nim zrobić? Pytanie to nie dawało mu spokoju. Może schronisko? I wtedy wzrok jego padł na duży wilgotny nos, na półprzymknięte oczy, na oklapnięte uszy. W jednej chwili powziął decyzję. Autobus zbliżał się do przedmieść, gdy kierowca zapytał - Podrzucić pana do weterynarza. Pies chyba potrzebuje takiej wizyty? Znam adres takiego jednego. Moje dzieciaki chodzą tam z kotem. Ma otwarte w sobotę i jest niemal na trasie. I nie czekając na odpowiedź zwrócił się do pasażerów - Kto wysiada przy Janowskiej? Nikt? Ze względu na „wiadomego” pasażera pojedziemy na dworzec trochę inną trasą, więc się państwo nie denerwujcie! Wysadził go niemal przed drzwiami lecznicy, a dziewczyna pomachała ręką. Podszedł do drzwi i chciał wejść, ale były zamknięte. Stał zaskoczony gdy drzwi gabinetu się otworzyły i ukazał się pan doktor ubrany do wyjścia. Co pan tam ma - spytał wyraźnie niezadowolony z faktu, że będzie musiał się „czymś” zająć. Ale zaledwie zerknął do peleryny jego niechęć znikła jak ręką odjął. Kazał „zawiniątko” położyć na stole, a sam szybko się przebrał pytając o szczegóły znalezienia. Badał go kilka minut powtarzając kilkukrotnie jakby do siebie - piękny, piękny.
Dobrą chwilę wypełniał coś w grubej książce, aż nagle zapytał: Jak się wabi? A widząc jego zaskoczenie jeszcze raz zapytał - No jak się nazywa? Obwarzanek - przemknęło mu przez myśl. Nie! Nie!

Niech będzie Torus!


Weterynarz nieco zaskoczony imieniem popatrzył na niego, a on dodał - To taka bryła geometryczna. Czy to będzie duży pies? - spytał z niepokojem w głosie. Czy duży? - spytał weterynarz. Panie to piękny labrador retriver. Tylko półgłówek pozbywa się takiego psa. Gdybym nie miał dwóch swoich chętnie bym go od pana kupił, a i znajomych obdarowałem już różnymi „prezentami”. Prawie godzinę byli w lecznicy. Pies „naszpikowany” zastrzykami dość szybko odzyskiwał siły. Dostał kilka recept. Zapłacił za poradę. Dobrze, że miał kilka „awaryjnych” banknotów. Pies był w coraz lepszej kondycji., ale o tym żeby poszedł za nim nie było nawet mowy. Trzeba było wziąć taksówkę. Dobrych kilka minut musiał przekonywać taksówkarze, aby wziął go razem z psem i „psi wróg” wreszcie uległ jego namowom. Na dodatek podwiózł ich pod samą klatkę pomimo znaku zakazu wjazdu!! Powoli wchodził na schody niosąc psa tak jak poprzednio - przed sobą i zastanawiał się co z tego wyniknie. Kładąc psa na podłodze przed drzwiami spostrzegł, że...... pies zasypia!! Kluczem otworzył drzwi i wniósł psa. Usłyszał gwar rozmowy i pytanie żony - Już wróciłeś? To rozbierz się, umyj i choć do stołu!! Już, już - odkrzyknął. W tym momencie wpadł na szatański pomysł. Przecież może go schować w dawnym pokoju dziecinnym pod łóżkiem Elżbiety. Pies jest wpółżywy, naszpikowany lekarstwami i pewnie będzie spał cała noc, a rano spróbuje „tę sprawę” jakoś załatwić. Nie wahając się ani chwili wniósł „nieżywego” psa do pokoju dzieciaków, położył na jakimś dywaniku i delikatnie wsunął pod łóżko. Zadowolony z siebie umył się szybko i usiadł do stołu. Jak zwykle jego dzisiejsze wędkowanie było obiektem żartów i żony i Worków, ale znosił to ze stoickim spokojem. Bardzo chciał, aby żona była w dobrym humorze. Powiedział Workowej jakiś płaski komplement i wypił do kawy dwa kieliszki koniaku. Po jakimś czasie zmęczenie i przeżycia ostatnich godzin dały znać o sobie. Jego powieki zrobiły się ołowiane i jedyne o czym w tej chwili marzył to „strzelić komara” choć przez kilka minut. Na szczęście Workowie też gdzieś jeszcze byli umówieni i ich bytność nie trwała już długo. Wreszcie poszli sobie. Żona zajęta była zmywaniem naczyń w kuchni gdy wykorzystując jej nieuwagę wślizgnął się do pokoju dziecinnego i zajrzał pod łóżko. Pies spał spokojnie tylko od czasu do czasu łapy mu drgały jakby we śnie gdzieś biegł lub kogoś gonił. Uspokoił się wreszcie. W gościnnym pokoju położył się na kanapie i usiłował oglądać telewizję Tańczyły tam jakieś skąpo ubrane dziewczyny i ...... zasnął. Na „baczność” poderwał go wrzask przestraszonej żony i ... otrzeźwiał w ułamku sekundy .Żona stała w drzwiach dziecinnego pokoju w dziwnej pozie i usiłowała coś powiedzieć. Podszedł szybko i spojrzał jej przez ramię. Cccco to jeeeeeest - wyjąkała wreszcie. Ponownie spojrzał przez jej ramię i normalnym głosem powiedział: Torus.

Jaki tonus? - wyjąkała żona. Nie tonus tylko torus. Mój pies - sprostował. Torus w międzyczasie zdążył ”totalnie zgruzować” pokój dziewczynek i na dodatek na środku była wielka kałuża. O tym co się później stało lepiej nie pisać, bo użyto zbyt wiele zbyt niecenzuralnych słów. W tym czasie znudzony wielogodzinnym pobytem w zamknięciu Torus teraz „zwiedzał” mieszkanie obwąchując przedmioty z zainteresowaniem. Gigantyczna awantura trwała z przerwami aż do wizyty dzieci z wnukami. Następnego dnia wyprowadził psa na spacer. Trochę śmiesznie to wyglądało, bo prowadził go na sznurku. Była niedziela i nie miał gdzie kupić tych „psich akcesoriów”. Kupił też w dyżurnym sklepie karmę dla psów, a mleko było zawsze w domu. W czasie powroty było też „zapoznanie” z podwórkowymi burkami. Wszystko odbyło się w atmosferze nieufności, stroszenia sierści i cichego warczenia, ale szczęśliwie zakończyło rozejmem. Prawdziwe szaleństwo zaczęło się gdy na obiad przyszły dzieci z wnukami. Nikt nie miał zamiaru jeść obiadu, zapomniano o telewizji i filmach na video, a najgorszą karą dla „delikwenta” był zakaz zabawy z Torusem. O oddaniu psa do schroniska, jak w złości proponowała żona, nie było nawet mowy. Wnuki zamęczały Babcię pocałunkami i za nic w świecie nie chciały jej puścić dopóty dopóki nie zgodzi się na „zamieszkanie Torusa na Śnieżnej u Dziadków”.

I tym sposobem Torus stał się pełnoprawnym kolejnym członkiem rodziny. Nie raz przyznawał , że gdyby nie wnuki, „przeboje” z pozostawieniem psa byłyby znacznie większe, a być może byłoby to zupełnie niemożliwe!!! I zaczęło się zwyczajne szare życie z psem, a właściwie „pod dyktando” psa. Zaraz w poniedziałek kupił mu obrożę, smycz i kaganiec. Kolczatkę ocenił jako barbarzyństwo. W kilka godzin „pochłonął” broszury na temat wychowania i tresury psa, które kupił w księgarni, ale nadal nie miał sumienia ”katować” psa komendami. Ten szczeniak bez smyczy i kagańca naprawdę żył na spacerach biegając wokół niego i zachęcając do zabawy. Powoli rodziła się między nimi jakaś tajemnicza więź. Od pierwszych chwil można było dostrzec, że pies tylko jego uznał za swego pana. Innych owszem tolerował, ale komendy ich wyraźnie puszczał ”mimo uszu”. Nawet wtedy gdy przychodziły jego wnuki, z którymi wściekał się po całym mieszkaniu, gdy siadały mu na kolanach lub wieszały na szyi wyrażał swoją dezaprobatę tym faktom powarkując cichutko, a gdy to nie skutkowało chwytał delikatnie zębami za ubranie i szarpał z pasją szczeniaka.

Tymczasem wielkimi krokami zbliżała się zima - dla niego martwy sezon wędkarski. Nigdy nie gustował w wędkowaniu pod lodem, a szczególnie „przeszkadzał” mu zwyczaj „rozgrzewania się” wędkarzy na lodzie. Siłą rzeczy częściej bywał w domu i coraz więcej czasu spędzał z psem. Robili razem długie wypady do lasu -szczególnie w niedzielne poranki. Torus nie znosił kagańca i po wyjściu z autobusu i zdjęciu tego ”żelastwa” prze dobrych kilku minut szalał po krzakach jak nieprzytomny, a pewnego razu nawet go przeraził!! Był to początek lutego i trzymał siarczysty mróz. Nie miał najmniejszej ochoty jechać za miasto, ale Torus kręcił się jak bąk i skomlił. Wreszcie zdecydował się jechać i pies z wyraźną radością w oczach obserwował przygotowania. Podróż nie trwała długo i już po pół godziny pies starym zwyczajem szalał po krzakach zataczając pętle. W pewnej chwili zamyślił się i .... gdy się ocknął psa nie było!?!? Zaczął wołać i gwizdać - ale bez skutku - pies się nie zjawiał!! Troszkę zaniepokojony zaczął go szukać zataczając coraz większe koła - i nic! Już porządnie wściekły ruszył w kierunku pobliskiego jaru i po kilku krokach zdębiał. To co zobaczył przeraziło go na dobre. Dnem jaru płynął mały potoczek tworząc miejscami głębsze miejsca i w takim właśnie miejscu leżał Torus cały zanurzony w wodzie i od czasu do czasu zanurzał cały łeb wyciągając kamienie z dna potoku i z pasją wyrzucając je na brzeg! Skamieniał z przerażenia - to był luty i mróz trzymał tęgi! Weterynarz i następne wydatki! - przemknęło mu przez głowę. Twoja „pani” zmyje mi głowę jak nic! Mam to jak w banku!! Pies jednak wydawał się bardzo zadowolony z faktu kąpieli i po chwili wyszedł na brzeg, otrząsnął się z resztek wody i podbiegł do niego radośnie skamląc.

Ruszyli w drogę powrotną do domu. Przez cały czas przyglądał się psu i zastanawiał się czym to się skończy. Pies tymczasem uwalił się na brudnej podłodze autobusu i wyraźnie nic sobie nie robił z panującego chłodu. Wysiedli jak zwykle w pobliżu parku i pies zaczął znowu to swoje „biegające szaleństwo”, a on obserwował go bacznie szukając oznak choroby. Wchodząc do klatki przyszła mu do głowy myśl by wytrzeć psa do sucha jakimś ręcznikiem. Ale skąd go wziąć ? Pani Wanda, dozorczyni bloku, w którym mieszkał na pewno wykażę krztynę zrozumienia. Zadzwonił. Wyjaśniło co chodzi i starsza pani, acz bez entuzjazmu dała mu dużą suchą szmatę. Lecz gdy tylko pochylił się by wytrzeć psa, Torus chwycił szmatę i przez otwarte drzwi klatki schodowej wybiegł na podwórko. Szarpał ją gryzł i podrzucał zachęcając swego pana do kolejnego etapu zabawy. W pierwszej chwili był wściekły na futrzaka, ale już po chwili mu przeszło, a i na surowym obliczu pani Wandy pojawił się uśmieszek. Bo czyż można się gniewać na baraszkującego szczeniaka?? Wreszcie dotarli do mieszkania, a żona nawet nie zwróciła uwagi, że pies jest mokry!!!

Przez kilka następnych dni bacznie obserwował psa i „zbierał fundusze” na ewentualne leczenie. Ale nic się nie działo!!! Po tygodniu nie wytrzymał, wziął psa i pojechał do „znajomego” weterynarza. Tamten wysłuchał go z tajemniczym uśmiechem, zbadał psa, dał mu chyba dwa zastrzyki i kilka recept właścicielowi. Panie kochany - rzekł pan doktor. Jesteś pan właścicielem ślicznego, zdrowego labradora retriver, a to są jedyne psy, które mogą się kąpać cały rok!! Radzę poczytać trochę na temat tej rasy, bo warto. To młoda rasa, ale dość niezwykła! Zadowolony wrócił do domu i chciał się tymi nowinami podzielić z żoną, ale ona nie zwracała zupełnie uwagi na to co mówił.

W czasie najbliższego rodzinnego weekendowego obiadu chciał podzielić się tą wiadomością z rodziną, ale oni potraktowali go z dobrodusznym pobłażaniem. Tylko Ania, najmłodsza wnuczka - czterolatka słuchała go z wielką uwagą wpatrzona w Torusa swymi wielkimi oczami, w których malował się zachwyt. Tymczasem minęła Wigilia, Boże Narodzenie i Nowy Rok. Przez ten czas „przeżywał” to czego doświadczają wszyscy początkujący właściciele psów - głupie uwagi sąsiadów, skargi do administracji , buntowanie pani Wandy, która po incydencie ze szmatą nie wiedzieć dlaczego wyraźnie przychylniej traktowała Torusa niż inne psy z bloku. Manewr taktyczny zastosował też, gdy w drzwiach mieszkania ujrzał „groźnego pana dzielnicowego”. Wysłuchał jego uwag w spokoju, a potem ... zaprosił do mieszkania na kawę na „krótkie wyjaśnienie”. Pan dzielnicowy okazał się wyjątkowo miłym i wyrozumiałym człowiekiem i wędkarzem i wyszedł od niego znacznie po 22.00 w stanie ”wskazującym”. Od wizyty pana dzielnicowego skończyły się „uprzejme donosy”, za to sąsiedzi zrobili się mniej uprzejmi. Sielskie to jego życie z Torusem jednak nie było!!. Wdawał się w „psie potyczki”. Nie zaczepiał ani mniejszych ani większych pobratymców, ale jeśli który zaszedł mu za skórę-nie darował, a przy jego wielkości i wadze niewiele psów wychodziło z opresji bez szwanku.
Jednak wielkimi krokami zbliżała się wiosna i nawet nie wiedział jakie niespodzianki. spotkają go i Torusa.

cdn. Torus cz. II


Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
Torus cz.2
Waldemar Kantyka 11.1.05 15:07
Obiecanego cd."Torusa" ani widu, ani słychu ;-).
A niecierpliwość rośnie!
Było obiecywać?
Pozdrowienia dla Adminów!!!
Waldek
Gratuluję
Adam Linkiewicz 31.12.04 13:43
Zaczytałem się po uszy... Proszę o drugą część - pozdrawiam :)
Torus
Mieczysław Czapkowski 26.12.04 19:27
Kocham zwierzęta, masz u mnie uznanie,
czekam na dalsze te twoje pisanie.
Innymi się nie przejmuj to tylko z zazdrości
Nie chcą wstawiać dyszki, nie miej dla nich litości.
Jeżeli nie podoba im się taka przygoda,
To nie mają serca – czasu dla nich szkoda.
Taki to nie odwiąże, nie przygarnie psiaka,
nie wypuści ryby, kamieniem rzuci w ptaka.
Myśli, że jest panem, że jest panem świata,
A jest maleńkim ogniwem co w łańcuchu lata.
Nie przejmuj się Ryśku, piszesz dla zabawy,
Debiut masz udany bez żadnej obawy.
Noty są wysokie ma takie niewielu
pisz więc-czekam na resztę drogi przyjacielu !


czapek
super!
Łukasz Drążewski 26.12.04 00:30
Naprawdę ładnie napisane - bomba! Już się nie mogę doczekać kontynuacji.
koment
Patryk Kubiczek 25.12.04 22:06
10+10+10+10 b.mi się podoba!!!!!!!!!!!! fajny facet!!!!!!!!!! no i nie pije,tak jak ja
Torus
Jan Przybalka 20.12.04 14:06
Piekne opowiadanie.
Z niecierpliwoscia czekam na ciag dalszy.
Pozdrawiam.
Jan
Torus
Waldemar Kantyka 20.12.04 13:40
Ryszardzie! Cóż za cudowny prezent pod choinkę!!!
Twój debiut wypadł we wspaniałym terminie.
Ścisnęło mi gardło i potrwa to jeszcze jakiś czas. Piszesz sercem i życzę Wam obu z Torusem wielu szczęśliwych chwil nad wodą. Twoja historia jest przykładem na to, że jest sprawiedliwość na tym świecie i nawet niezbyt dobraną żonę można sobie "zrekompensować" ;-)).
Z niecierpliwością czekam na c.d.
Waldek
Pięknie napisane!
Andrzej Trembaczowski 20.12.04 13:00
Szkoda, że nie ma wyższych ocen niż 10.
:)
Andrzej
Super
Jurek Buda 19.12.04 22:16
Znakomite opowiadanie. Czekam na dalszy ciąg.
czy to torus
ramon 18.12.04 22:21
brawo , jezeli to prawdziwa historia to prawie identyczna jak w moim przypadku, z tą różnica że mój lablador jest białym mieszańcem i był szczęnięciem którego ktoś chciał się pozbyć wrzucając do niewielkiej rzeczki ja go wyłowiłem i jest towarzyszem moich wędkarskich wypraw od pięciu już lat.
pozdrawiam
odp.
Nikt Nikt 18.12.04 19:25
Widzicie panowie tylko wystarczy troche uderzyć na forum a ktoś mi zarzuca że się podszywam się pod kogoś - to nie mój styl,czy to jest w porządku przez kogoś!!!!!! ja nic takiego nie mówiłem-klikałem że to ja.
Do przemyślenia????????????????
     Odp: odp.
Piotr Łopaciński 18.12.04 19:42
    
Jak nie masz nic do powiedzenia to klikaj może na innym portalu. Naprawdę trudno zrozumieć o co Ci chodzi. Nie wiadomo do kogo i o co masz pretensje. Jak chcesz pogadać to może przedstaw się jednak. Jakoś tak głupio "nikogo" komentować...
Rafał Borysewicz 18.12.04 16:55
Dla mnie BOMBA.... Rzekłbym nawet rewelacja...

pozdrawiam

mifek
Doskonałe
Tomek Płonka 18.12.04 13:16
Po prostu miodzio.
Pyrsk-T.P.
odp.
Nikt Nikt 18.12.04 13:09
fajnie się pisze,ale ja bylem w wojsku i wiem jak jest.A co do łowiska można wiele napisać-papier wszystko przyjmnie ale wiem jedno jest wszystko ku dołowi-przemyślenie.Ja także mogę opisać wiele zdarzeń,łowisk chyba nikt i kto w to mi uwierzy????????????????????.
Fajnie się czyta a życie jest życiem i zarazem prawda także jest.
Nie potępiajcie mnie za to-to są moje przemyślenia.
     Odp: odp. Nikt?
Tomek Płonka 18.12.04 15:49
    
Te, Nikt, nie podszywaj się pod autora powyższego artykułu!
:)
Pyrsk-T.P.
     Odp: odp. - ale o co Ci właściwie chodzi?
Piotr Łopaciński 18.12.04 13:28
    
artykuł jest świetny i właściwie nie wiem o co Ci chodzi ? /z twojego komentarza wynika, że chyba sam nie wiesz/. Jeżeli możesz coś ciekawego opisać - to zrób to, a nie filozofuj.
A tak z drugiej strony...czy wstydzisz się swojego nazwiska...?
     Odp: odp.
Nikt Nikt 18.12.04 13:20
    
????????????????????????????



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Staramy się wykonywać dobre pozycjonowanie stron. Przykładowo tę stronę, firmy zajmującej się nadrukiem etykiet tekstylnych, Etykiety samoprzylepne pozycjonujemy od dłuższego już czasu z sukcesem, na słowa i frazy kluczowe: metki odzieżowe, wszywki odzieżowe, etykiety samoprzylepne.