Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
Archiwum sklep 1
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Opinie

Hit  Zaleje nas za 100 lat albo jutro

Autor: Sławek Rybicki
Data:16.12.04 22:12
Ocena:9.63 hit (35)
Czytano:4067

(rozmowa Adama Wajraka z Januszem Żelazińskim) “Gazeta Wyborcza”, 13.08.2002 r. - REFLEKSJE I PODSUMOWANIE SYTUACJI PO WIELKIEJ POWODZI "STULECIA" 1997 r. (w tym porównanie sytuacji w innych krajach np. REN w Niemczech, USA...) -cytat za: www.fzgo.eko.org.pl/new/articles.php?id=85 *


Dr inż. Janusz Żelaziński, inżynier budownictwa wodnego, hydrolog, autor 80 publikacji z dziedziny, hydrologii, gospodarki wodnej, teorii sterowania, był współautorem ekspertyz dla sejmowej komisji ochrony środowiska dotyczących ochrony przeciwpowodziowej Wrocławia po powodzi w 1997 r. oraz oceny wpływu Zbiornika Czorsztyńskiego na ochronę przeciwpowodziową.

Plany są takie, że zbiornik raciborski ma ułatwiać podwyższanie na jesieni wody w Odrze w celach żeglugowych. Oznacza to, że w lecie - kiedy mogą zdarzyć się największe powodzie - zbiornik, zamiast pozostawać pusty, będzie zbierał wodę.

Powódź sprzed pięciu lat pokazała, że wały i zapory nie ochronią nas, gdy nadejdzie naprawdę wielka woda. Ona przelewa się, przerywa wały i wdziera się z siłą górskiej rzeki - wtedy nie ma czasu na ratunek. Dlatego zamiast odgradzać wodę od człowieka, sensowniej i taniej jest odsunąć człowieka od wody - z hydrologiem Januszem Żelazińskim - rozmawia Adam Wajrak.

Powódź na Odrze w 1997 r. była katastrofą, straty po powodzi w zeszłym roku są niewiele mniejsze. Co rok Polska zamiera w oczekiwaniu na kolejną powódź. Nie potrafimy ujarzmić rzek? Nie mamy dość pieniędzy na zapory i wały?

Janusz Żelaziński: Raczej zbytnio wierzymy w skuteczność wałów i zapór, a ta wiara jest złudna.

Przecież w 1997 r. rząd ogłosił, że tama w Czorsztynie spełniła swoją funkcję. Uchroniła przed powodzią dolinę Dunajca, nawet Kraków.

- Prawda jest taka, że tama w Czorsztynie uchroniła jedynie niżej położone budynki w kilku miejscowościach poniżej zapory, może jeden most i niektóre odcinki szosy między Krościenkiem a Łąckiem. Jeżeli tamę w Czorsztynie wybudowano tylko po to - koszty są niewspółmierne do korzyści. Za pieniądze utopione w tej zaporze moglibyśmy przenieść zagrożone budynki i drogę trochę wyżej, a na dodatek postawić właścicielom wywłaszczonych nieruchomości budynki o o wiele wyższym standardzie.

Jak to?

- Zapora i zbiornik w Czorsztynie zbierają wody z tatrzańskiej części zlewni Dunajca o powierzchni około 1000 km kw., ale zlewnia tej rzeki poniżej zapory, w Nowym Sączu - pierwszej dużej miejscowości w dolinie Dunajca poniżej zapory, ma już 4360 tys. km kw. Oznacza to, że zbiornik czorsztyński nie ma żadnego wpływu na wielkość fali powodziowej, która powstaje w zlewni poniżej zbiornika w Gorcach, Beskidzie Sądeckim i Beskidzie Wyspowym i przechodzi przez takie miasta jak Stary czy Nowy Sącz, o Krakowie nie wspominając. Dunajec uchodzi do Wisły kilkadziesiąt kilometrów poniżej Krakowa i wypowiedzi w mediach o "uratowaniu Krakowa przez zbiornik czorsztyński" świadczą o nieznajomości geografii na poziomie elementarnym. Tak też było w 1997 r. Owszem, zbiornik zmniejszył szkody powodziowe w kilku miejscowościach, ale poniżej niego na skutek bardzo dużych opadów uformowała się druga fala powodziowa, która spowodowała bardzo duże zniszczenia w dolinach dopływów Dunajca Ochotnicy i Kamienicy oraz w okolicach Starego i Nowego Sącza. Niektóre miejsca wyglądały jak po bombardowaniu.

Jednak bez zbiornika mogłoby być gorzej?

- Nie sądzę. Na zamówienie sejmowej komisji ochrony środowiska przygotowaliśmy wraz z Panami Erykiem Bobińskim i Andrzejem Kadłubowskim z IMGW symulację komputerową ówczesnej sytuacji powodziowej. Założyliśmy, że zbiornika czorsztyńskiego nie ma. I co się okazało? Fala powodziowa na wysokości Nowego Sącza byłaby zaledwie o 5 cm wyższa! 5 cm to żadna wartość, granica błędu. A to wysokość fali decyduje np. o zagrożeniu, o tym, czy przeleje się przez wały, czy nie. Nikt nie podważył tej ekspertyzy, choć wszyscy na około powtarzają, że zbiornik czorsztyński coś uratował.

To może mamy po prostu za mało zapór? Może powinno się budować ich więcej?

- Żeby skutecznie bronić się przed powodziami, trzeba by na górnej Wiśle zbudować 50 zbiorników wielkości takiej jak czorsztyński. Przecież to nierealne, nikt nie udźwignąłby kosztów podobnej inwestycji, przesiedleń ludzi, bo te tereny są gęsto zaludnione.
Większość polskich zbiorników, m.in. Czorsztyn, to zbiorniki wielozadaniowe. One nie czekają puste na falę powodziową. Zwykle jest w nich spiętrzana woda do innych celów, np. do produkcji energii. Oznacza to, że zapas, jaki mają, aby przejąć falę powodziową zwany rezerwą powodziową, jest niewielki. Pojemność Czorsztyna to 250 mln m sześc. A rezerwa powodziowa, czyli fala, jaką może złapać, to 50 mln m sześc. Oczywiście można opróżniać zbiornik, ale powódź to tak nagły kataklizm, że nie ma na to czasu.

Są kraje, które stać na takie zapory i wały. One mogą czuć się bezpiecznie?

- Nie ma takich krajów. Przynajmniej w Europie i Ameryce. Na terenach słabo zaludnionych i w krajach rozwijających się powstają oczywiście zbiorniki giganty, które są w stanie pomieścić całoroczny lub kilkuletni dopływ z rzeki. Zbiornik utworzony na Nilu przez zaporę w Asuanie ma pojemność 157 km sześc., podczas gdy średnioroczny dopływ Nilu wynosi około 72 km sześc. Ten zbiornik rzeczywiście może złapać nawet największą falę powodziową, tyle że ma on 500 km długości i zajmuje powierzchnię ponad 5 tys. km kw. Budowa czegoś takiego wiąże się z wysiedleniami na olbrzymią skalę. Konsekwencje społeczne, ekonomiczne, no i oczywiście ekologiczne budowy takich gigantów są nie do przełknięcia dla żadnego demokratycznego i cywilizowanego państwa. W Polsce w przełomie Wisły, w okolicach Kazimierza, miał powstać zbiornik o pojemności około 1,5 km sześc., ale nawet w latach 70. uznano to za niedorzeczny pomysł właśnie ze względu na gigantyczne koszty, w tym wywłaszczenia.

W Stanach Zjednoczonych istnieją olbrzymie budowle hydrotechniczne, które chyba spełniają swoje zadanie i chronią przed powodziami?

- Czyżby? Na Missisipi wybudowano 29 stopni wodnych, głównie na odcinku powyżej połączenia z Missouri. Do tego doszło 36 olbrzymich zbiorników wodnych na dopływach Missisipi. Na tysiącach kilometrów wzniesiono obwałowania, o których my nie możemy nawet śnić. I co z tego? Po ośmiu miesiącach obfitych opadów w 1993 r. przyszła taka fala powodziowa, że olbrzymie wały zaczęły pękać na długości setek kilometrów. Woda zalała tereny rolnicze o obszarze 5 mln ha. Zniszczeniu i uszkodzeniu uległo 40 tys. budynków, 47 osób zginęło, a prawie 40 tys. trzeba było ewakuować. Straty obliczono na 15 mld dol. Na Missisipi wały przerywane są średnio co 30 lat. Rozwój infrastruktury w ciągu 30 lat powoduje na terenach, które te wały mają chronić dziesięciokrotny wzrost szkód w czasie kolejnej powodzi.

Missisipi to olbrzym. Może nasze rzeki da się ujarzmić? Przecież mówi się, że katastrofalne powodzie to efekt tego, że nigdy nie mieliśmy funduszy na regulację Odry czy Wisły.

- Doświadczenia zachodnie pokazują, że to błędne rozumowanie. Regulacje rzek - które zwykle miały służyć rzecznemu transportowi - nie zmniejszają zagrożenia, one zwiększają ryzyko powodzi! Na przykład Ren. Próbowano go ująć w karby od stuleci. Najpierw wznoszono obwałowania, a potem zaczęto go "prostować". Odcinano meandry i regulowano koryto. Długość tzw. górnego Renu, czyli odcinka poniżej Bazylei, skrócono z 354 do 273 km. Na Renie mamy też osiem stopni wodnych, których zadaniem jest produkcja energii i ułatwianie żeglugi. Do tego doszły potężne budowle hydrotechniczne na dopływach rzeki. Obszar naturalnie zalewany przez Ren został zmniejszony - głównie odcięty przez wały i zabudowany - i skurczył się z 1000 do 140 km kw. Ren nazywany jest sztuczną rzeką. Efekty są tragiczne. Czas przepływu fali powodziowej na odcinku Bazylea - Karlsruhe zmniejszył się z 64 do 23 godzin. Woda po prostu tam gna. Na dodatek to olbrzymia woda. Regulacja sprawiła, że największy chwilowy przepływ wody pojawiający się w czasie powodzi na wysokości Kolonii zwiększył się o 800 m sześc. na sekundę - to tak jakby poza wodą Renu zaczęła tam płynąć jeszcze ilość wody prowadzona przez dolną Wisłę w przeciętnych, nie powodziowych warunkach.
Częstotliwość powodzi też się zwiększyła. Maksymalny poziom wody, który zdaniem badaczy z początku XIX w. miał zdarzać się raz na sto lat, dziś pojawia się co 30-40 lat. Olbrzymia powódź w grudniu 1993 r. zalała Koblencję, Bonn i Kolonię. Miała to być powódź stulecia. Jednak 13 miesięcy później, w styczniu 1995 r., przyszła kolejna, jeszcze większa. Pod wodą znalazła się nawet starówka w Kolonii. Niemcy kosztem setek milionów euro starają się teraz przywrócić tereny zalewowe Renu. W końcu ktoś tam doszedł do wniosku, że to pewniejsze zabezpieczanie przed powodziami niż nowe wały i zapory. Kolejny przykład uregulowanej i wylewającej rzeki to Odra, którą już w XVIII w. skrócono z 1020 do 860 km i odcięto wałami od lewobrzeżnej niziny tzw. Łęgów Odrzańskich - terenów zalewowych o powierzchni 800 km kw. Jeszcze przed wojną na Odrze powstały zbiorniki: Turawa, Dzierżno i Otmuchów oraz kilkanaście mniejszych. Po wojnie doszły zbiorniki: Nysa, Mietków i Dobromierz.

Tamy i wały nie zabezpieczają nas przed niczym? To chyba przesada?

- Owszem, zbiorniki, wały i wszelkie inne zabezpieczenia znakomicie zabezpieczają nas przed powodziami małymi i średnimi. Natomiast zawodzą podczas wielkich powodzi. Tak właśnie zawiodły nas w czasie powodzi w 1997 r. wielkie zbiorniki na Nysie Kłodzkiej - one po prostu szybko się przepełniły. Powtarzam: większość naszych zbiorników jest wielozadaniowa i ma mały zapas na wypadek powodzi, do tego zlewnie rzek poniżej zbiorników są zwykle kilkakrotnie większe od zlewni powyżej zbiorników. Jedynym zbiornikiem, którego rola w zapobieganiu powodzi może być poważna, jest projektowany zbiornik w Raciborzu. Głównie dlatego, że Odra poniżej tego zbiornika na odcinku 140 km nie ma dużych dopływów. Poza tym tam są tereny gęsto zaludnione. Ale ten zbiornik może chronić przed powodzią pod warunkiem, że nie będzie wielozadaniowy. Niestety, plany są takie, że zbiornik raciborski ma ułatwiać podwyższanie na jesieni wody w Odrze w celach żeglugowych. Oznacza to, że w lecie - kiedy mogą zdarzyć się największe powodzie - zbiornik, zamiast pozostawać pusty, będzie zbierał wodę. Wały mogą być niebezpieczne, jeśli są blisko rzeki. Im szerszy obejmują teren, na którym rzeka może się swobodnie rozlać, tym mniejsze prawdopodobieństwo ich przerwania. Czasami nawet brak wałów może mieć zbawienne skutki. W czasie powodzi w 1997 r. Odra swobodnie rozlała się między Chałupkami a Koźlem, bo na tym 55-km odcinku rzeki jeszcze nie wybudowano wałów. Dzięki temu fala, która dotarła do Wrocławia, była mniejsza. Z kolei wały powyżej Raciborza, które dość ciasno obejmują Odrę, tylko pogorszyły sytuację.
Wały tak jak zapory czy zbiorniki spełniają swoją funkcję, dopóki nie nadejdzie wielka woda. Potem woda po prostu przez nie się przelewa. A jeśli nawet się nie przeleje, to wały - zbudowane przecież z piasku, ziemi - po kilkunastu godzinach zaczynają przesiąkać i w końcu woda je przerywa. Przez taką wyrwę w wale woda wdziera się z siłą i szybkością górskiej rzeki, wtedy nie ma czasu na ewakuację, na ratowanie dobytku, który wał miał ochronić.

Twierdzi Pan, że wały i zapory mogą przyczyniać się do zwiększenia strat. To chyba dość naciągana teoria.

- To nie jest moja teoria. Po tragicznej powodzi w 1993 r. w USA Biały Dom powołał specjalną komisję, która miała wskazać, dlaczego doszło do tak ogromnych strat. Komisja stwierdziła, że przyczyniły się do tego budowle hydrotechniczne, które dały ludziom złudne poczucie bezpieczeństwa. Podobne stwierdzenia można znaleźć w raporcie Światowej Komisji ds. Zapór, nad którym pracowali najlepsi specjaliści. Ludzie bardzo wierzą w siłę wałów i zapór. Ta wiara powoduje, że budują w dolinach rzecznych. Potem przychodzi katastrofalna powódź, wały i zapory zawodzą, straty są olbrzymie, więc buduje się jeszcze więcej wałów i zapór, ludzie znów czują się bezpiecznie i znów budują, i znów przychodzi powódź. W latach 70. obwałowano dolinę dolnego Bugu między Małkinią a Szuminem. Powstało prawie 90 km obwałowań po obu stronach rzeki. Przed powstaniem wałów tamtejsza ludność budowała domy na tzw. terpach, naturalnych lub sztucznych wzniesieniach. Gdy nadchodziła powódź, nawet bardzo wielka, budynki pozostawały nietknięte. Jedyne utrudnienie, jakie mieli rolnicy, było natury komunikacyjnej, zresztą niewielkie, bo każdy miał przy domu łódkę. Gdy tylko powstały wały, ludzie poczuli się bezpiecznie i zapomnieli o swoich terpach. Domy zaczęły powstawać na terenach, które kiedyś były zalewane. To jest właśnie złudne poczucie bezpieczeństwa, które dają nam budowle hydrotechniczne. Ale to jeszcze nie wszystko: kiedy projektowano te wały nad Bugiem, została przeprowadzona symulacja, z której wynikało, że gdy wały wreszcie staną, poziom wody podczas wysokich wezbrań podniesie się od 170 cm w okolicach Małkini do 140 cm w okolicach Szumina. Są to w terenie nizinnym bardzo poważne wzrosty powodujące w przypadku przerwania wałów zwiększenie zasięgu zalewów powodziowych o tysiąc i więcej metrów. Wyniki te były znane projektantom i niestety nie zapobiegły realizacji obwałowań. Poza tym utrzymywanie setek kilometrów wałów w przyzwoitym stanie kosztuje ogromne pieniądze. Wały odgradzają wodę od człowieka, odsuwają ją, a znacznie sensowniej i taniej byłoby odsunąć człowieka od wody.

Przecież to zupełnie wbrew historii. Człowieka zawsze ciągnęło do wody. Najwspanialsze cywilizacje, miasta powstawały nad rzekami.

- To prawda, ale te cywilizacje dobrze radziły sobie z wylewami, nie próbowały ujarzmić rzek. Dla starożytnych Egipcjan wylewający Nil był dobrodziejstwem, podobnie zresztą jak Bug dla mieszkańców jego doliny, którzy przed obwałowaniem rzeki mieli znakomite plony traw na zalewanych terenach. Wszyscy jednak wiedzieli, że z rzeką nie ma żartów.

A miasta powstające nad rzekami: Paryż, Londyn, Warszawa?

- Te miasta, a właściwie ich stare centra, wcale nie leżą bezpośrednio nad rzekami. Warszawskie Stare Miasto jest położone przecież na wysokiej skarpie. A jak jest usytuowany Wawel? Na wzgórzu. Podobnie na wzniesieniu położona jest najstarsza część Opola, miasta którego nowsze dzielnice bardzo ucierpiały w 1997 roku. Średniowieczny Wrocław też był położony powyżej znanego wówczas poziomu wody zalewowej, na wzniesieniach w zakolu Odry. Od strony rzeki otoczono go fosą. W czasie powodzi woda wdzierała się do fosy, zatapiając osiedla biedoty położone za murami miasta.

Z czasem jednak miasta rozrastały się i wkraczały na tereny zalewowe - niektóre części Warszawy były kiedyś wiślanymi wyspami. Wystarczy wymienić takie nazwy jak Kępa Potocka czy Saska Kępa - słowo "kępa" oznacza wyspę.

Proponuje Pan przenieść gdzieś Saską Kępę?

- Ależ nie - ani Saskiej Kępy, ani katedry w Kolonii nie da się przenieść. Filozofia odsuwania człowieka od wody powinna dotyczyć przyszłych budowli. Nie powinno się budować na terenach zalewowych, a jak się buduje, to właściciele takich budynków muszą wiedzieć, czym to grozi. Na takich terenach mogą powstawać tereny rekreacyjne, ale nie osiedla. W czasie powodzi w 1997 r. pewien polityk powiedział, że ludzie powinni byli wcześniej ubezpieczyć swój majątek. Ta wypowiedź wywołała burzę, jednak polityk miał rację, choć może powiedział to w złym momencie. Zamiast inwestować ogromne pieniądze w wały i zbiorniki, powinniśmy raczej unikać strat, chociażby właśnie ubezpieczając się i budując tak, by woda, jeśli przyjdzie, poczyniła jak najmniejsze zniszczenia. Przydałby się też sprawny system ratowniczy, który powoli powstaje. Po 1997 w oparciu o pożyczkę Banku Światowego przystąpiono do generalnej modernizacji systemu prognoz hydrologiczno - meteorologicznych IMGW. System ten istniał w czasie powodzi 1997 roku, ale ze względu na wieloletnie niedofinansowanie, IMGW był oparty wyłącznie na pracy obserwatorów i łączności telefonicznej i radiowej. Co zrozumiałe, zarówno czynnik ludzki jak i sama łączność sprawiały, że był dość zawodny. Teraz będzie to system automatyczny, całkowicie skomputeryzowany. Użyte mają też być efektywniejsze modele meteorologiczne wykorzystujące informacje z radarów i czujników burz. Pozwoli to na skuteczniejszą ewakuację ludzi i części mienia z terenów zagrożonych. Ale to jeszcze nie wszystko. Ludziom żyjącym na terenach zalewowych trzeba to uświadomić. Oni muszą wiedzieć, gdzie żyją i że kiedy przyjdzie taka potrzeba powinni natychmiast opuścić swoje domy. Jest to szczególnie ważne, bowiem dotychczas mieszkańcy terenów zagrożonych nie byli uświadamiani o zagrożeniu, a wręcz odwrotnie - wmawiano im często, że budowane wały i zbiorniki likwidują zagrożenia. Zresztą - wracając do sprawy przesuwania miast - był taki przypadek: w 1972 r. obfity deszcz wystąpił w górskiej zlewni rzeki Rapid Creek w Dakocie Południowej. W ciągu ośmiu godzin spadło od 300 do 430 mm. Największe natężenie opadu zaobserwowano w zlewni rzeki poniżej zbiornika - nie mógł on więc przechwycić całej fali powodziowej. Fala o olbrzymiej sile w kilka godzin dotarła nocą do miasta Rapid City. Zginęło 239 osób, zniszczonych lub uszkodzonych zostało 1500 domów mieszkalnych oraz kilkaset obiektów przemysłowych. Z tej katastrofy władze wyciągnęły właściwy wniosek - teren zalewowy nie jest odpowiednim miejscem do mieszkania i do pracy. Podjęto decyzję o wykupieniu gruntów w terenie zalewowym, przesiedleniu mieszkańców i przeniesieniu przedsiębiorstw na nowe, położone wyżej miejsca. Lokalizację zmieniło 1100 domów i 157 przedsiębiorstw. Oczyszczono obszar długości 8 km wzdłuż rzeki i szerokości czterech kwartałów ulic. Powstał tam park i boiska sportowe.
Oczywiście w Polsce nie da się tak przesuwać miast. Jednak zamiast próbować chronić każdą wioskę i każde pole, wszystkie dostępne środki techniczne - wały z systemem odwadniania, kanały, ulgi czy poldery - powinniśmy skoncentrować właśnie na ochronie miast i centrów przemysłowych. Tam, gdzie skupiska są niewielkie, ludzie powinni usunąć się z terenów zalewowych albo nauczyć się na nich żyć - zamiast co roku zatykać coraz bardziej dziurawe wały.

Jednak skąd przeciętny człowiek ma wiedzieć, gdzie jest teren zalewowy?

- Wyznaczanie takich obszarów powinno być obowiązkiem władz i stosowne działania podjęto już po powodzi 1997 roku, korzystając z pożyczki Banku Światowego. Dla większych rzek powstają mapy takich terenów. To oczywiście kosztowne, ale nie aż tak jak obwałowania na całej długości rzeki. Problem jednak w tym, że trudno się to przekłada na plany zagospodarowania przestrzennego. Nawet obecnie władze mogłyby na podstawie map i istniejącego prawa ograniczać zabudowę terenów zalewowych, ale na ogół tego nie robią.

No właśnie jeśli to, co Pan proponuje, jest takie oczywiste, to dlaczego - poza nielicznymi wyjątkami - wszyscy chcą budowy zbiorników i wzmacniania wałów? Jakoś nie słychać, by ktoś w Polsce chciał stosować się do zasady odsuwania człowieka od wody.

- Zasada odsuwania człowieka od wody jest z trudem wdrażana na całym świecie. Ludzie, nie tylko w Polsce, oczekują od państwa, że stworzy im warunki do bezpiecznego życia, a w przypadku klęski przyjdzie z pomocą. Są to uzasadnione oczekiwania, natomiast pogląd, że pełne bezpieczeństwo można osiągnąć budując wały i zbiorniki jest szkodliwą technokratyczną utopią. Państwo musi chronić życie ludzi poprzez informacje, edukację i budowę sprawnych systemów ratownictwa, natomiast ochrona mienia (może za wyjątkiem skarbów kultury) powinna być oparta na rachunku ekonomicznym. Trzeba przerwać "błędne koło ochrony przeciwpowodziowej" wynikające z beztroskiego inwestowania na terenach zalewowych w przekonaniu, że państwo - to znaczy ogół podatników - pokryje ewentualne szkody. O ile wiem tylko w Anglii nie zaliczono ochrony przed powodzią do obowiązków państwa, pozostawiając rozwiązanie problemu odszkodowań za straty materialne towarzystwom ubezpieczeniowym. A dlaczego tak trudno jest walczyć z technokratycznymi poglądami? Odpowiedź jest prosta: bo to wielu wpływowym lobby nie na rękę. Jeżeli wskażemy tereny zalewowe, uświadomimy ludziom, że budowanie tam jest ryzykowne, że wały i zbiorniki nie są wystarczającym zabezpieczeniem, to nieruchomości na takich terenach stracą na wartości. Gdyby jeszcze doszły do tego obowiązkowe ubezpieczenia, to momentalnie taki teren stanie się mniej atrakcyjny do inwestowania. Poza tym właściciele terenów i nieruchomości, które utracą wartość wskutek zaliczenia do obszarów zagrożonych, mogą domagać się odszkodowań od władz ustalających te obszary. To nie jest na rękę lokalnym władzom, które stracą dochody z podatków i być może zostaną zmuszone do wypłaty odszkodowań. Nie jest to również korzystne dla olbrzymiej armii ludzi, którzy żyją z projektowania, budowania i utrzymywania zbiorników i wałów. To lobby, które powstawało na całym świecie przez ostatnie dwa wieki, jest silnie krytykowane w ostatnich latach przez ekologów, ale również przez ekonomistów i niektórych polityków. Dostrzeżono bowiem mechanizm "błędnego koła ochrony przeciwpowodziowej" powodujący, że publiczne wydatki na ochronę przeciwpowodziowa, to worek bez dna. Wielka powódź jest dla tych środowisk jedyną skuteczną okazją, aby sięgnąć do kieszeni podatników. Takie inwestycje to ogromne pieniądze, i to łatwe pieniądze - bo kto będzie stało się niezwykle wpływowe i ma wiele do stracenia. Takie inwestycje to ogromne i to łatwe pieniądze - bo kto będzie żałował na ochronę życia ludzi? Urzędnicy i politycy nie grzeszą nadmiarem wyobraźni. Z przerażeniem patrzyłem, gdy po powodzi w 1997 r. we Wrocławiu zaczęto rozbudowywać i budować nowe osiedla na terenach, które dopiero co zostały całkowicie zalane. Wcześniej zabudowano poldery, które powstały po powodzi w 1903 r. Dlaczego? Bo od tego czasu nie zdarzyła się tam żadna większa powódź. Wrocławianie zapomnieli, że taki kataklizm jest nieprzewidywalny - tak jak trzęsienie ziemi. No i stało się. Powódź w 1997 r. była dwa razy większa niż katastrofalna powódź w 1903 r. Władze samorządowe zapewniają, że nie ma się czym martwić, bo ktoś wyliczył, że taka powódź jak w 1997 r. może zdarzyć się raz na dziesięć tysięcy lat, a do tego czasu na pewno coś się wymyśli. To bzdurne wyliczenia, ale sumienie urzędnika, polityka jest spokojne - dziesięć tysięcy lat, ba, nawet 150 lat to wiele razy więcej niż każda kadencja. A wielka powódź może przyjść za 50 lub za 100 lat, ale równie dobrze może się zdarzyć jeszcze tego lata. Nikt tego nie potrafi przewidzieć.

więcej http://zieloni.osiedle.net.pl/rzeka.htm#zalejenasza100latalbojutro

PS. Nie jestem specem od wody ani (przepraszam za słowo) inżynierii środowiska. Do wszystkich rzeczy staram się stosować podejście zdroworozsądkowe i właśnie dlatego bardziej do mnie trafia powyższa diagnoza. Teoria przepływów, napięcie powierzchniowe itp. są dobre do opisywania zjawisk w szklance wody. W skali makro są równie głupie jak biczowanie morza przez niejakiego Kserksesa.
PS. Pod podanym wyżej linkiem są wyliczone (podpisane przez Polskę) a nagminnie łamane przez IŚ, meliorantów i bóg wie jeszcze kogo ustawy o ochronie wód, dolin rzek, roślinności brzegowej itd.


Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
I tak przegramy
Tomasz Statek 21.12.04 12:04
Pracowałem kiedyś na lotnisku. W chwili, gdy ono powstawało, znajdowało się na peryferiach miasta, oddzielone od mieszkańców pasem lasu, stanowiącego tereny rekreacyjne. Wraz z rozrastaniem się miasta pas lasu zwężał się, a zabudowania zbliżały do lotniska. Ludzie chętnie osiedlali się w tym terenie, bo działki były tańsze (lotnisko to jednak uciążliwa sprawa), a teren bardzo ładny. W końcu zabudowania stanęły wzdłuż płotu pasa startowego, a nawet planowano wykrojenie z terenu lotniska jeszcze paru działek pod domki jednorodzinne.

Mieszkańcy zaczęli protestować przeciwko lotnisku. Bo hałas, huk, spać po nocy nie można, krowy mleka nie dają, ściany pękają itd., itp., etc. Na skutek tych działań początkowo ograniczono ilość lotów, a później lotnisko zamknięto. Ja zaś straciłem pracę.

Ten przydługi wywód spowodowany jest chęcią uświadomienia pewnego mechanizmu tożsamego z sytuacją rzek i powodzi. LUDZIE NAJPIERW, MAJĄC PEŁNĄ ŚWIADOMOŚĆ ZAGROŻEŃ I NIEDOGODNOŚCI OSIEDLAJĄ SIĘ TAM, GDZIE CHCĄ, A PÓŹNIEJ DOPOMINAJĄ SIĘ OCHRONY SWOICH PRAW.

Tak samo jest z rzekami. Ludzie zasiedlają tereny zalewowe mając świadomość czających się niebezpieczeństw. Ziemia jest z reguły tańsza, więc przyciąga inwestorów. Kiedy zaś dojdzie do powodzi, do strat, do nieszczęścia - podnoszą głos, że władze im nie zapewniły odpowiedniej pomocy i odpowiedniego bezpieczeństwa. W swoim zaślepieniu szukają winnych wszędzie, tylko nie w sobie samych. Premier Cimoszewicz mówiąc, że treba się było ubezpieczyć miał 100% racji i wielką odwagę, by powiedzieć coś tak niepolitycznego w chwili, gdy wszyscy nad powodzianami biedzili i cały kraj zrzucał się na paczki. I za tą szczerość godną Janusza Korwina Mikke położył głowę na politycznym pieńku.

Władze z reguły wolą mieć dupy na stołkach niż głowy na pieńkach, więc produkują "papierowe" zabezpieczenia w postaci wałów, rowów melioracyjnych, zbiorników zaporowych, betonowych brzegów itp. "Papierowe", bo zabezpieczają cokolwiek głównie na papierze. Ale ładnie wygląda, gdy po kolejnej powodzi na krzyki powodzian "Coście zrobili???!!!" odpowiedzą "A zrobiliśmy tyle to a tyle wałów, tyle rowów i dwa zbiorniki". A powinny powiedzieć "Trzeba było myśleć, jak się budowało. Do widzenia!"

Większość prac melioracyjnych prowadzona jest z powodu dążenia do zapewnienia ludziom poczucia bezpieczeństwa. Nie jest istotne, czy poczucie to jest mniej czy bardziej złudne. Jest, i to się liczy. Pozwala zamknąć pyski.
Jeszcze o 1997 roku
Waldek Weiner 21.12.04 07:42
Wszystko ładnie i pięknie. Ala chyba w artykule pominięto fakt, że woda z 1997 była wodą 0,1% czyli wodą tysiącletnią. Nie trzeba być inżynierem żeby wiedzieć, że wały przeciwpowodziwe buduje się na wodę 2%, czyli projektując się je umzglednia się możliwość, że zostaną uszkodzone przez wodę, która statystycznie zdaża się raz na 50 lat. Żadne cywilizowane państwo nie robi inwestycji, które mogą uchronić przed wodą 1000 letnią. Bo i po co. Koszty tej inwestycji wielokrotnie przewyższą straty poniesione w czasie ewentualnej powodzi. Nikt nie mógł przewidzieć rozmiarów i skutków powodzi z 1997 w dolinie odry, po prostu taka woda nie została nigdy wcześniej zarejestrowana. Pozdrawiam
     Odp: Jeszcze o 1997 roku
Sławek Rybicki 21.12.04 09:52
    
Pominąłeś najwazniejszy element tej rozmowy czyli odsunięcie ludzi od rzeki. Najtańszy i najskuteczniejszy sposób na obniżenie kosztów/skutków powodzi
     Odp: Jeszcze o 1997 roku
Waldemar Kantyka 21.12.04 08:10
    
Waldku W.!
Dostrzegam jakąś sprzeczność w Twej opinii, w zestawieniu z poprzednim Twym postem(?).
Jesteś za czy przeciw? Chyba się nie dobudziłem jeszcze ;-) Pozdrawiam, też Waldek!
świetna lektura
Sebastian Wawrzyszak 17.12.04 14:22
Wniosek nasuwa sie jeden- nie da sie "przeskoczyć" natury. Większość budowli daje tylko złudzenie bezpieczeństwa a po obwałowanych rzekach ta sama ilosc wody płynie jak w rynnie- szybko, bardzo szybko czasami morderczo szybko. Czyja to wina? Przyroda się myli, popełnia błędy? Nie sądze :-) Serdecznie pozrdawiam i dziekuje za tak pouczającą lekture.
Lektura obowiązkowa!
Andrzej Trembaczowski 17.12.04 13:37
Dzięki wielkie Sławku za odszukanie tego tekstu!!!Powinien być obowiązkowy dla wszystkich, którzy wypowiadają się na temat rzek i ochrony przeciwpowodziowej.
Cóż dodać więcej? Kto ma rozum, ten sam wnioski wyciągnie.

Za czasów pradawnych człowiek miał respekt przed żywiołem i nikt rozsądny nie budował się w zagrożonej strefie. A potem przyszło złudne przekonanie, że można przyrodę ujarzmić, oswoić, pokonać. W tym przekonaniu utwierdzali jeszcze ludzi różni mądrale (i niestety, dalej to robią).

To co zwykle nazywamy rzeką, to jej koryto. To tylko jej część. Korytem płynie woda podczas stanów średnich, podczas niskich nawet nie wykorzystuje całego koryta. A podczas wysokich nie mieści się w korycie. I to jest normalne.

Kiedy woda nie mieści się w korycie, wykorzystuje dolinę. Nie trwa to zwykle długo, bo te wyższe stany wód są spowodowane bardziej niż zwykle obfitymi opadami lub gwałtownym topnieniem śniegu i nie zdarzają się często. Czasem raz - dwa razy w roku, czasem raz na kilkanaście lat, czasem jeszcze rzadziej. Gdyby były częstsze, to po prostu koryto rzeki byłoby większe.

Potocznie mówi się: "rzeka wylała". To jest takie słowne uproszczenie, ale prowadzi do błędnego myślenia.
TO NIE RZEKA WYLEWA, TYLKO WODA NIE MIEŚCI SIĘ W KORYCIE!
Nie mieści, bo nie może.
A obfitych opadów zahamować nikt nie potrafi. Nie da się zafoliować nieba. Deszczu jeszcze nie uregulowano :)))))

Stan kiedy wody nie mieszczą się w korycie i płyną poza nim częscią doliny rzecznej lub całą doliną nazywa się WEZBRANIEM. Nie każde wezbranie jest powodzią. Wezbranie wód jest czymś normalnym, powodowanym okresowo większymi opadami lub topnieniem śniegów. Powódź jest wtedy, kiedy wezbrane wody powodują straty. Nie jest żadną stratą, gdy woda wyleje się na łąki i spłynie po kilku dniach. To jest nawet korzystne i dla łąk i dla środowiska wodnego. Gorzej, gdy zamiast łąk są pola uprawne, drogi lub budynki gospodarcze.

Jak uniknąć strat?
W prosty sposób: NIE BUDOWAĆ W STERFIE ZAGROŻONEJ.

Niestety, dłuższe okresy suszy pomiędzy tymi okresami obfitującymi w deszcze ośmielają ludzi. Usypiają czujność. Powodują, że ludzie zaczynają zagospodarowywać doliny rzeczne. Zabudowywać je. Najpierw łąki zamienia się w pola uprawne, potem stawia się budynki. A jak za dziesięć - dwadzieścia lat przyjdzie większa woda to jest lament. I całą winą obarcza się... rzekę. Za to, że nie zmieściła tej wody.
A tymczasem winni są ci wszyscy, którzy zezwalają na zabudowę dolin, którzy utwierdzają ludzi w przekonaniu, że mogą czuć się bezpieczni, bo "rzekę opanowano". Uregulowano. Zabezpieczono wałami, zbiornikami itp.
I trwa to błędne koło. Zabudowa dolin, niszczenie rzek, wywalanie pieniędzy w błoto na "ochronę przeciwpowodziową" a potem są straty...

Z przyrodą się nie walczy. Przyrodę trzeba poznać, zrozumieć i umiejętnie dostosować swoje potrzeby do jej praw.
"Praw fizyki się nie zmieni", jak to w pewnym słynnym skeczu powiedział grany przez Jana Kobuszewskiego hydraulik. Chyba... że ktoś jest głąb.
:))))
Andrzej
     Odp: Lektura obowiązkowa!
Sławek Rybicki 17.12.04 15:03
    
Przeraziły mnie wypowiedzi Szakala. Wynika z nich jasno, że młodsze pokolenie też jest uczone w konwencji XIX w. To źle wróży na przyszłość. Zresztą samo pojęcie Inzynieria Środowiska to jakać megalomaniacka głupota. Środowiska się nie kształtuje można tylko do niego się dopasować. Działania w przeciwnym kierunku zawsze będą skazane na porażkę. Tylko kiedy to dotrze do tych betonowych mózgów ???
         Odp: Lektura obowiązkowa!
Andrzej Trembaczowski 20.12.04 11:12
        
To nawet nie dziewiętnastowieczne ujarzmianie przyrody. Tamtą ekspansję techniki można jeszcze zrozumieć. Wtedy nie dostrzegano negatywnych skutków. To współczesna Polska, czasy cwaniaków i powszechnego rozdrapywania kasy.

Nie wiem co trudniej zwalczyć - głupotę czy pazerność? A regulacje rzek czy "mała retencja" albo elektrownie wodne itp. to takie kolejne kawałki tortu do ugryzienia. "Ochrona ppowodziowa" jest tylko pretekstem.

Przyroda, jej piękno - kogo to obchodzi? Dzikie to dzikie, było jest i będzie. Dostrzeganie wartości czegoś, czego się bezpośrednio nie wykorzysta, czegoś, czego się nie zje, albo na tym nie zarobi, to abstrakcja wyższego rzędu, nie każdemu dostępna...
Andrzej
Zaleje nas za 100 lat albo jutro
Kuba Guzowski 17.12.04 13:02
Bardzo dobrze opisano mentalnosc Kowalskiego - on uwaza ze powinno sie walowac, betonowac, prostowac...inne argumenty do nie go nie docieraja, bo sa zbyt slabo naglasniane i przez to nie odslonia klapek na oczach.
Jedyne co pozostaje, to propagowac, propagowac, propagowac...byle mozliwie glosno. Inaczej waly i rynny...:-(
     Odp: Zaleje nas za 100 lat albo jutro
Jurek Kowalski 17.12.04 13:09
    
No, no, no!!

Wypraszam sobie ;-))))

Pozdrawiam serdecznie

Jurek Kowalski
         Odp: Zaleje nas za 100 lat albo jutro
Kuba Guzowski 17.12.04 13:13
        
Ups...:-/
Zaleje nas jak nic!!! Ino pierwej krew!
Waldemar Kantyka 17.12.04 08:51
Szakalu! Przeczytaj ze zrozumieniem powyższe! I tak jeszcze raz...i jeszcze raz...i jeszcze. Potem wydrukuj i zabierz ze sobą na zajęcia. Czekam na kontrargumenty. Waldek
Gdzieœ...
Tomasz Stępniak 16.12.04 23:15
już coœ podobnego czytałem.Sporo tych przykładów ale wydaje mi się że "góra" i tak tego nie zrozumie.Kaska panowie kaska.UE dba o nasze rzeki.A nasi nie chcš być gorsi.Co tam wały z piasku!Za pienišdze Unii wybetonujš te biedne strumyki.Pozdrawiam.10.
sorry
Sławek Rybicki 16.12.04 22:14
Nawt nie mam pojęcia jak to sklonowałem. Wywal poprzednika adminie
S.



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Odoo