Pod ochroną


Wszystkie KWI Spis Nieregularników KWI Nieregularnik nr 10

Hit  V-te Roztoczańskie SWI

Autor: Andrzej Trembaczowski
Temat: Pstrąg i Lipień
Data:30.6.04 23:14
Ocena:8.93 hit (46)
Czytano:10282

Jak i w poprzednich latach postanowiliśmy odwiedzić wspólnie Roztocze w czerwcu, bo i meszka już mniej uciążliwa, i wędkarzy nad wodą mniej, no i można łowić lipienie. W dodatku zwykle o tej porze roku pada, a nawet leje, co znakomicie wpływa na aktywność kropkowańców.



L. Mysłowski, M. Sobstyl, M. Wojtan i 'pstrągi Last Minute'
Do końca nie było wiadomo kto pojedzie. Jedni zgłaszali się, inni w ostatniej chwili rezygnowali. Marek i Leszek, którzy organizowali spotkanie i zarezerwowali domki w ośrodku „Relaks” w Zwierzyńcu, musieli więc korygować listę na bieżąco. Na szczęście przed wakacyjnym najazdem miejsc w domkach nie brakowało i można było pozwolić sobie na elastyczność.

18 czerwca, piątek
Pierwsi wyjechali z Lublina niezależnie od siebie Leszek i Piotr, w swoje miejsca, po te upatrzone pstrągi. Były, ale jak się okazało tylko króciaki. Jednak do południa Leszkowi udało się złowić ładnego czterdziestaka. W tym czasie Sylwek zaprzyjaźniał się z Wieprzem koło Żurawnicy. Inni przenosili się na Roztocze metodą teleportacji, fizycznie pozostając w różnych mniej atrakcyjnych miejscach.

M. Sobstyl z pstrągiem
Dopiero po piętnastej udało nam się wyjechać z Lublina. Głupia pora – kompletnie zakorkowane ulice, a zapowiadająca się burzowa pogoda (oraz ta wiadomość o Leszkowym czterdziestaku) już nas trochę podekscytowała. Po drodze nerwowo spoglądaliśmy z mostków na Por: był nieco trącony. W Żurawnicy dostrzegliśmy samochód, jak się okazało Sylwka. Łowił kilometr poniżej mostu. Trochę żal mu było zostawić wodę – po lekkim deszczu pstrągi żerowały i miał brania króciaków na swoje śliczne, świeżo zrobione woblerki – pojechał jednak razem z nami do Zwierzyńca.
Leszek już czekał na miejscu. Zakwaterowaliśmy się, rozpakowaliśmy manatki (i beczkę piwa) i nie tracąc dobrej pory dnia pojechaliśmy na górny Wieprz. Po drodze otrzymaliśmy wiadomość od Pawłów i od Lecha: wyjechali z Warszawy, są już za Lublinem.

M. Sobstyl z pstrągiem
Wieprz wodę miał niską, a mój ulubiony odcinek w Obroczy okazał się mocno spłycony. Pstrągi jednak nadal były aktywne i Sylwek natychmiast zapiął króciaka – te łowne nadal pozostawały w ukryciu. Wieczorem wbrew oczekiwaniom brania całkiem ustały.
Spotkaliśmy nad wodą obu Pawłów – szli w górę od Rudki. Przypadł im bagnisty odcinek, więc wystawili się na żer komarów i meszki. W tym czasie Lech rozpoznawał Białą Ładę. Wszyscy spotkaliśmy się o zmierzchu. Przy ogniu i piwku gawędziliśmy prawie do rana snując „opowieści o pstrągach” oraz plany na jutro. Co chwila odzywały się telefony – koledzy choć w ten sposób starali się być razem z nami. Już w nocy przyjechały Krzyśki z Rzeszowa. Wyjechali późno, więc nie połowili po drodze. Tym bardziej więc słuchali „pstrągowych opowieści”.

L. Mysłowski, A. Trembaczowski, M. Sobstyl
Mądrość zbiorowa – wiadomo – przewyższa wiedzę pojedynczego człowieka, nic więc dziwnego, że na takich spotkaniach można się zawsze dowiedzieć czegoś nowego. Po dłuższej dyskusji (i kilku piwach), gdzieś nad ranem, wprowadziliśmy nową, bardzo praktyczną klasyfikację gatunkową pstrągów. Pstrągi podzieliliśmy na: jadalne i niejadalne. Na te, które się zapinają i te, które zawsze spadają. Na takie, które dadzą się złowić każdemu i takie, które dają się złowić tylko niektórym. Tych podziałów było chyba jeszcze więcej, ale nie wszystkie spamiętałem. W końcu ktoś rozsądny zaproponował, byśmy zdążyli się zdrzemnąć przed porankiem. Na koniec próbowaliśmy jeszcze ustalić: „kto gdzie jutro rano będzie łowił”, ale w końcu zostawiliśmy decyzję na ranek.

19 czerwca, sobota

Przy ognisku..
Jak ja nie lubię rannego wstawania...
O brzasku zastukał w okno Paweł – brama ośrodka okazała się zamknięta, a gospodarz nie zostawił nam klucza! Klops... I jak tu wyruszyć na świtańca? Poradzili sobie; sforsowali bramę górą. Niestety, zostawili samochód i na łowisko dotarli per pedes. To zresztą dobra poranna rozgrzewka. Przed szóstą próbował wydostać się z ośrodka Krzysiek. I chyba jakoś mu się to udało, bo później już nie dzwonił. Zaraz potem obudził się Marek. Przypomniał, że planowaliśmy poranne łowy na Tanwi. Coś tam pomruczałem, że „zamawiany deszcz jednak w nocy nie popadał, więc nie ma sensu jechać do Paar, a do lasu nie musimy jechać o świcie”. Zgodził się – nie przepada za tamtym górnym odcinkiem. W końcu, jeszcze przed ósmą, bez śniadania, wyruszyliśmy we czterech: Marek, Sylwek, Lech i ja na leśny odcinek Tanwi. Obiecaliśmy wrócić na południe.
Tanew... Są rzeki w których przyjemnie jest nawet nie złowić pstrąga...

L. Mysłowski z pstrągiem
Samochody zostawiliśmy koło leśniczówki i rozdzieliliśmy się. Razem z Sylwkiem pomaszerowaliśmy leśnym traktem górę, Marek i Lech zaczęli łowić od dołu. Szliśmy więc na spotkanie.
Tanew. Woda niezbyt wysoka, w woderach wszędzie ją można przekroczyć. Przejrzysta. Pstrągi – wiadomo - pochowane po dziurach i do woblera nie wyjdą. Jigiem przypominającym utopionego ćmucha wywabiłem spod kłody czarnego smoluszka. Pofajtał, potańczył i spadł. I dobrze, miał może 26 cm. Łowny pokazał mi się dopiero w głębszym dołku, w miejscówce „dla pięćdziesiątaka”. Wylazł raz tylko, też do jiga, i zignorował wszystkie inne jigi, woblerki i obrotówki. Duży nie był, nie miał czterdziestki, ale takiego warto już było kusić. Tego trzeciego nawet nie zobaczyłem. Siedział w ciemnej dziurze, pomiędzy kłodami, w cieniu, pod nawisami gałęzi. Capnął wpuszczonego tam jiga, targnął końcówką, przygiął ją mocno i puścił, aż odskoczyła i niczym zwolniona sprężyna posłała jiga w gałęzie. I tyle było moich spotkań. Podobnie powiodło się kolegom: kilka wyjść, trąceń i żaden łowny. Spotkaliśmy się około jedenastej i przerwaliśmy łowy. Wędki poszły do pokrowców. Odwiedziliśmy rezerwat „Szumy” i „Czartowe Pole”, a potem, mocno spóźnieni, wróciliśmy do Zwierzyńca. Koledzy od godziny czekali już tam na nas, głodni i zniecierpliwieni – umówiliśmy się w końcu na południe. Wszyscy musieliśmy poddać się jeszcze dalszej próbie cierpliwości - zjedzenie obiadu potrwało nieco dłużej, niż mogłoby się nam wydawać...

L. Mysłowski i P. Lubiarz na Wieprzu - Brody
W końcu, walcząc z poobiednią sennością, wyruszyliśmy na łowy – wszyscy na Wieprz.
Pachniało koszone siano, grały świerszcze, latały owady i było tak pięknie i rozleniwiająco, jak to tylko może być w letni poobiedni czas. Pstrągi nie brały. Widocznie zapadły drzemkę. Dopiero gdy słońce zniżyło się nad wzgórzami, a długie cienie okryły wodę, pojawiły się pierwsze odznaki żerowania: tu i tam rozległy się pluski, gdzieś coś wyskoczyło, coś zebrało owada z powierzchni – wszystko maluchy. Woblerki były ignorowane. Darmo trzepotały przed korzeniami olch – nic do nich nie wychodziło. Zielony, czerwony, bury czy kolorowy – pstrągom było zupełnie wszystko jedno. Udawały, że ich nie widzą.
Do jiga owszem, skoczył trzydziestaczek; szarpnął, zapiął się, zakotłował. Potańczył trochę i uległ. Odpiąłem go delikatnie i zwróciłem wodzie.
M. Sobstyl z pstrągiem

Do zmierzchu przeszedłem może kilometrowy odcinek, odwiedziłem kilka znajomych miejsc. Przypomniałem sobie wszystkie wcześniejsze spotkania z dużymi pstrągami, tymi, które nie dawały złowić się każdemu. Przypomniałem sobie, że ja do tych wybrańców nigdy nie zakwalifikowałem się. Odwiedziłem te miejsca – żaden misio tym razem się nie ujawnił. Nie było ich? Może zostały wszystkie wyłowione? A może jeszcze bardziej ograniczyły grono wybrańców, dla których były przeznaczone? Może nie były przeznaczone nikomu? Możliwe. Przyjemniej było wierzyć w ich istnienie, w to, że gdzieś tam są, że kiedyś znów się pokażą i może kiedyś uda mi się dostąpić zaszczytu spotkania bliższego stopnia. Może... Ale nie dziś, nie tym razem...
Wieczorem znów spotkaliśmy się przy ognisku sącząc piwko i rozprawiając o naprawie wędkarskiej Rzeczpospolitej...


L. Mysłowski z pstrągiem
20 czerwca, niedziela
O świcie zbudził mnie telefon – koledzy dzwonili znad Poru. Wyjechali z Lublina o drugiej, nic nie złowili, za to ich złapał deszcz. Przemokli do bielizny i mają dość. Do nas już nie przyjadą. Szkoda. Szkoda także, że ten deszcz, co ich tak zmoczył do nitki, tutaj nie dotarł. Coś się jednak w pogodzie zmieniło. Niebo zachmurzyło się i nawet zaczęło lekko kropić. Ciężko jednak wstać, kiedy się balowało prawie do rana. Już lepiej było przedłużyć ognisko aż do pierwszego brzasku. Nic, wędkarstwo jest przyjemnością i ma być przyjemne, nie męczące. Jak ktoś nie lubi wstawać rano... łowi te ryby, które biorą w południe. Pojechaliśmy więc po takie pstrągi, które nie biorą o świcie. Lubelska piątka pojechała na górny Wieprz. Pawły w tym czasie dawno już polowały nad Tanwią, jeden wyżej, drugi niżej leśniczówki. Potrafili zmobilizować się do rannego powstania.
A my na te południowe...

L. Mysłowski z pstrągiem
Za Guciowem rozdzieliliśmy się. Razem z Markiem Wojtanem zostałem w Bondyrzu, Piotr, Leszek i Marek Sobstyl pojechali z muchówkami w górę. Piotr zresztą wkrótce musiał wracać do domu i pożegnał się z nami.
Są rzeki w których przyjemnie jest nawet nie złowić pstrąga... Ale nie ta. Beee. Kiepski zrobił się ten odcinek koło Bondyrza. Płytko. A jak jest miejscówka, to wydeptana niczym klepisko. Jak jest ścieżka, to prostopadła, od rzeki do najbliższej chałupy. Nie lubię łowić koło chałup...
Brnąłem przez chaszcze, plątaninę pokrzyw, dzikiego chmielu i wszelkiego parzącego i kłującego zielska. Rozgarniałem ostrożnie tę plątaninę bacząc na zastawione przez bobry pułapki-niespodzianki. Wiadomo, bober najgorszy szkodnik. Pstrągów nie było. Ani tych, które lubią woblerki, ani tych, co to wolą jiga. Ani tych co spadają, ani nawet tych, które dają się złowić „nie każdemu”. Tych niejadalnych także nie było. Widocznie nie były takie niejadalne...
Mieliśmy skończyć w południe – tak umówiliśmy się.
Pstrąg
Dwunasta dwadzieścia zadzwonił telefon od Piotra:
- Marek zapiął pięćdziesiątaka na muchę. Nie mają podbieraka. Ja już jestem w Lublinie. Muszą poradzić sobie. Leszek się właśnie rozbiera”.
Odczekałem cierpliwie 10 minut. Zadzwoniłem do Leszka.
- Jest? – zapytałem.
- Jest. – odpowiedział Leszek.
- Ile?
- 46.
Tradycji stało się zadość - organizatorzy uratowali honor. Ładny pstrąg został złowiony.

P. Lubiarz
Spakowaliśmy się i usiedliśmy na łące koło szosy. Czekaliśmy na kolegów. Przyjechali wkrótce, rozradowani, jakby na rauszu. Tak to jest, kiedy się złowi ładną rybę. Wyściskaliśmy ich, zrobiliśmy jeszcze trochę zdjęć, a potem pakowanie, sprzątanie i powrót. V Roztoczańskie SWI zakończyło się. Za rok spotkamy się znowu. Może będzie nas więcej? Może trafią się ładne pstrągi? Za rok zobaczymy. Tuż przed wyjazdem lunęło! I to porządnie, grubymi kroplami. Następny deszcz napotkaliśmy w drodze do Lublina a prawdziwa burza z ulewą i piorunami przyszła dopiero przed wieczorem. Nie mogła o dobę wcześniej?

A oto relacja Marka:


P. Lubiarz i hol pstrąga
W ostatni dzień Roztoczańskiego SWI postanawiamy z Leszkiem poszukać lipieni na muchę w górnym Wieprzu. Andrzej z Markiem zostają między Bondyrzem a Guciowem.
Zaczynamy. Po kilkunastu minutach mam krótkiego lipienia. Podczas brania drugiego dostaje sms "mam 35".
W jednej z rynien zapinam pięknego pstrąga, taki 40+, gruby, Wieprzowy. Miejsce ciężkie, trzeba go trzymać siłowo, żeby nie wszedł w zwalisko, ale wszystko jest pod kontrolą do momentu kiedy żyłka 0,16 nie wytrzymuje na węźle i linka strzela w górę jak z procy...
Myślę: „co za wędkarska niesprawiedliwość. Leszek ma już drugiego łownego na spotkaniu, a tu taki numer”. Idę w górę z marną miną doganiam Leszka. Mówi mi "tu, za tym zwaliskiem, miałem kabana. Chciał mi kija wyrwać. Nie do wyjęcia. Zobacz na miejscówkę. Próbuj"(jak się okazało Leszka mucha była zrobiona na haku do suchej i pękła mu w pysku - nawet nie poczuł).

P. Lubiarz i hol pstrąga
Samo podejście do miejscówki jest ciężkie, ale podchodzę, choć bez wiary. Myślę: „co to za pstrąg, co bierze dwa razy?” W trzecim rzucie - o ile można to nazwać rzutem, bo muchy można było tylko wstawić – branie. Czuje, że jest duży. Muchówka wygina się w kabłąk, szczytówka znalazła się pod moimi nogami. Pojawia się pierwszy problem: jak utrzymać taką rybę w kwadracie 2m x 2m? Ten obszar otoczony jest kłodami leżącymi w wodzie . Po kilku minutach ryba uspokaja się i pojawia się następny problem: jak ją podebrać? Ja nie mogę się ruszyć z miejsca, w woderach się nie wejdzie, podbieraka nie ma... Dzwonimy do Piotrka - już zjechał z łowiska . Leszek podejmuje decyzje: "wchodzę do wody, ale flacha z ciebie".
Leszek nastawia dłonie, wprowadzam pstrąga jak w podbierak i jest nasz... no, prawie nasz, bo ryba rzuca się i wypada z rąk!
Następuje cisza, a moja mina mówi wszystko...
Ale pstrąg jest na wędce! Odzyskał wigor. W drugiej próbie robimy podobnie. Leszek tym razem mocno ściska rybę, a ja wypuszczam linkę i przechodzę do niego. Biorę rybę w ręce - tym razem jest nasz.
Wiara w wędkarską sprawiedliwość wróciła.
Efekt połowu samiec 46cm 1,12 kg i flacha dla Leszka.
Pstrąg złamał wszelkie reguły zachowania dodajmy jeszcze że było koło południa.

W spotkaniu uczestniczyli:

Sylwester Andrusiak, Lublin,
Krzysztof Fejdasz, Rzeszów,
Krzysztof Hycnar, Rzeszów,
Paweł Kobyłecki, Warszawa,
Piotr Lubiarz, Lublin,
Leszek Mysłowski, Lublin,
Paweł Rojek, Warszawa,
Marek Sobstyl, Lublin,
Andrzej Trembaczowski, Lublin,
Marek Wojtan, Lublin,
Lech Zaluski, Warszawa.


Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
Tak trzymac Panowie;)
Jaroslaw Car 27.7.04 21:12
Jak jestem na wakacjach w kochanej ojczyznie-to zawsze odwiedzam Wieprz - nie zawsze z wedka-lubie sobie pochodzic po krzakach, porobic zdjecia, popytac wedkarzy.Na tej rzece najbardziej fascynuje mnie wedkarstwo muchowe-i lipien oczywiscie-ta ryba ma to w sobie cos,ten charakterystyczny zapach tymianku.W tamtym roku w czerwcu widzialem takiego lipienia-konia jak na ta rybe.Z powaga dalbym mu 50cm-rybka zbierala sobie jakies owady z wody - niestety wedki wtedy nie mialem, a ryba jak nazlosc nic sobie nie robila z mojej obecnosci hehe , nawet nie mialem czasu powedkowac bo moje wakacje trwaly za krotko:(.Mieszkam w Chicago USA,tu jest mnostwo pstragow i lososi-na jeziorze Michigan, jak i na rzekach wplywajacych do jeziora.Ale niestety lipieni nie ma-moze poza alaska i polnocna kanada.Pozdrawiam wszystkich zamojskich pstragarzy, a w szczegolnosci z kola PZW Roztocze w Zamosciu, gdzie kiedys bylem zagorzalym czlonkiem:).
RE ROZTOCZE
Marcin Krajewski 09.7.04 11:32
Bardzo podobał mi się artykół ponieważ znam bardzo dobrze te tereny w leśniczówce przy drodze na Paary mieszka moja rodzina,mam nadzieję że uda mi się do Was dołączyć w przyszłym roku na kolejne święto Roztoczańskie z pozdrowieniami z Gorlic Marcin Cetnarowski
RE ROZTOCZE
Marcin Krajewski 09.7.04 11:32
Bardzo podobał mi się artykół ponieważ znam bardzo dobrze te tereny w leśniczówce przy drodze na Paary mieszka moja rodzina,mam nadzieję że uda mi się do Was dołączyć w przyszłym roku na kolejne święto Roztoczańskie z pozdrowieniami z Gorlic Marcin Cetnarowski
VSWI
Paweł Rojek 02.7.04 13:17
Roztocze tradycyjnie przyjęło gości pięknymi widokami i doskonałym piwem. Tego roku nie połowiłem, same maluchy, ale i tak cieszę się, że odwiedziłem swoje ulubione łowiska. Wszystkim tym, którzy odpuścili sobie, powiem tylko żałujcie. Pozdrawiam i do zobaczenia za rok:)))
PS
Ktoś dał zero?? Pewnie jakiś osiołek.
     Odp: VSWI
Bartosz Rozwadowski 03.7.04 18:09
    
Odpuściłem sobie niestety to spotkanie, ale była to wyższa konieczność. Organizacja SWI w Bieszczadach zajmuje mi praktycznie cały wolny czas, a wyjazdy tam sporo mnie kosztują. W przyszłym roku jednak na pewno nie opuszczę roztoczańskiej przygody. Już teraz oficjalnie deklaruję swój udział. No chyba, że tak mnie coś zmoże, że nie będę mógł dotrzeć tam o własnych siłach.

Pozdrawiam,
Bartek
Proszę o wyjaśnienie
Bartosz Rozwadowski 01.7.04 15:59
Witam,

Rozumiem, że coś się może komuś nie podobać, ale jeśli ktoś ocenia artykuł na "0", to przynajmniej powinien to jakoś uzasadnić. No chyba, że ktoś się pomylił, albo jest złośliwym cykorem.
Pozdrawiam,
Bartek
     Odp: Proszę o wyjaśnienie
Ryszard Siejakowski 01.7.04 18:29
    
Musisz przyjąć do wiadomości, że w kwestii oceniania, panuje tu prawo buszu. Zapewniona anonimowość /z wyłączeniem Admina/ gwarantuje całkowitą bezkarność i rozwydrzenie tłuszczy oraz przygłupów. Z tych też powodów, większość autorów artykułów "spadła" z RO lub pisze wyłączając możliwość dokonania oceny aby nie podnosić sobie poziomu negatywnej adrenaliny. Wyłączając możliwość dokonania oceny, oczywiście robisz kuku przygłupowi ale masz 100 procentową gwarancję, że nie napisze słowa krytyki, bo go na to nie stać. I tym miłym akcentem, pozdrawiam rozdrażnionego autora :o)))
Ryszard
         Odp: Proszę o wyjaśnienie
Bartosz Rozwadowski 01.7.04 18:47
        
Tak, to prawda, że na oszołomów nie ma mocnych. Warto może pomyśleć nad jakimiś zmianami, gdyż rezygnowanie z ocen nie jest najlepszym pomysłem. Ja przyjmę każdą krytykę, jeśli będzie ona opatrzona odpowiednim wyjaśnieniem. W ogóle jestem przeciwnikiem wszelkiej anonimowości na forach, a przy ocenach czego kolwiek tym bardziej.
Pozdrawiam,
Bartek
     Odp: Proszę o wyjaśnienie
Andrzej Shulz 01.7.04 16:06
    
Powiem Ci jedno. Są ludzie i taborety, ten delikwent co dał zero to dał na złość, bo albo jest przygłupem albo zazdrośnikiem....albo i tym i tym. Pozdrawiam i nieprzejmuj się tym śmieciem. pozdro
         Odp: Proszę o wyjaśnienie
Mariusz Szalej 02.7.04 18:31
        
Miejsce śmiecia jest w koszu. Oby kiedyś Adminom udało się taki kosz ustanowić.
Zero dają luddzie - oj przepraszam - kretyni, którzy nie mają własnej tożsamości. Sami są zerem więc wszystko przyrównują do siebie i mierzą własnymi, zerowymi kryteriami. Nie ma się co przejmować lepperowszczyzną. Trzeba ich ignorować, olewać, itp. Każdy nasz komentarz sprawia im satysfakcję, delektują się naszymi uwagami. Zatem apeluję o wyzerowanie zerujących. Osoby wrażliwe potrafią wystawić poważną ocenę (czasami jedynkę) i ją uzasadnić. Zawsze potrafią docenić wkład pracy autora i jakiś punkt przyznają.
Pozdrowienia
Mariusz
PS
A może zlikwidować zero, wtedy odbierzemy kretynom możliwość zabawy naszym kosztem???


Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©2004 Stowarzyszenie KWI

Klub gości na Rybim Oku
Reklamy Krokus: Nasze studio DTP dysponuje nowoczesnym sprzętem i doświadczoną obsługą. Świadczymy Przygotowanie druku Zapewniamy profesjonalną i szybką obsługę.