Wszystkie KWI Spotkania i wyprawy

Hit  Na wariackich papierach

Autor: Bogdan Ziółkowski KWI
Temat: Przygody
Data:08.6.04 18:08
Ocena:8.17 hit (18)
Czytano:2329

Nie planuj, jedź, życie jest pełne niespodzianek często miłych.


Choć zawody w tym roku wyjątkowo wypadały w sobotę wyjechałem już w piątek. To bardzo towarzyskie spotkanie nazywane zawodami spiningowymi organizowane przez mojego znajomego strażnika wodnego Sławka na Zalewie Żur w Borach Tucholskich.

Miejscowi - Olek i Wojtek tradycyjnie już wyprowadzili się na trzy dni z mieszkania Olka i zamieszkali w stanicy wędkarskiej przy brzegu zalewu, był też z nimi Marcin - sąsiad Olka. W tym gronie odbył się wieczorny grill, nieco zakrapiany, prawie zaspałem na sobotnie zawody, dotarłem w chwili startu. Pogoda nie nastrajała optymistycznie, padało. Jako że w rywalizacji uczestniczę wyłącznie dla towarzystwa - nie zgadzam się, by zawody były prowadzone ?na martwej rybie" - puściłem wolno kilka dość ładnych okoni. Wcale nie zmartwił mnie fakt - jak się później okazało przywożąc je mogłem zająć drugie miejsce na pudle. W połowie czasu przeznaczonego na łowienie dobiłem łodzią do brzegu jednej z zatok na posiłek i mini ognisko dla podsuszenia mokrych rękawów koszuli i swetra, również nieco przemokniętych ciała i duszy. Wszystko wokół ociekało wodą, ogień rozpaliłem używąc kawałka palnego tworzywa. O 14:00 koniec zawodów potem tradycyjnie już ? nagrody, prócz nich i uścisku dłoni prezesa zwycięzca dostaje napełniony piwem po brzegi spory puchar, który duszkiem musi opróżnić ?i niestety oddać. Ceremonia ta odbywa się na bardzo wąskim i chybotliwym, pływającym pomoście długości od brzegu ok. 7 metrów, po wypiciu piwa trzeba po nim wrócić na stały ląd. W części nieoficjalnej kiełbaski, drinki? niektórzy po kilka razy wracali pożegnać się, ja postanowiłem nie korzystać z napojów mocniejszych od herbaty, mając na uwadze, że dziś w sobotę wieczór znów będzie kolacja w stanicy. Tym razem przy zabranym z Łodzi żeliwniaku.
Przygotowanie gara to osobna historia. Na początek zginęła nam kiełbasa, gdy Olek poruszył już niebo, ziemię i telefonicznie nieobecnego z nami gospodarza - Sławka w tej sprawie, kiełbasa się znalazła, zabraliśmy się do roboty. W dużym skrócie wyglądało tak: Wojtek kroił i podawał, ja układałem, Olek suchą ręką sypał przyprawy, sól i pieprz. Zamiast zgodnie z planem na 22-gą pieczenie gara udało nam się skończyć już o pół do pierwszej w nocy. Chłopcy byli nim zachwyceni. Olek, dwumetrowy chłop obiecywał, że nic z niego nie zostanie, biedak nie zdawał sobie sprawy jaki to syty posiłek i po trzeciej dokładce dał za wygraną, 1/3 zawartości została na rano.


Niedziela
Co za radość! Zostało mi jeszcze dwa dni pobytu pośród wiosennej natury! Spędziłem je na łodzi, gdy już ręka zaczynała mnie boleć od machania spiningami, usadawiałem się w trzcinkach obok ośrodka Rybitwa i łowiłem wzdręgi, płocie oraz niewielkie okonie.
Jeszcze przed wyjazdem z Łodzi Sławek proponował mi udział w nocnym, (ze środy na czwartek) patrolu wód zalewu. Wyraziłem wielką ochotę, ale tłumiła ją niestety perspektywa powrotu do domu. Tak się też stało. W poniedziałek wieczorem powrót, we wtorek z rana zstąpiłem z niebios i znalazłem się przy obowiązkach zawodowych. Koniec ekapady, jedynie podłoga i łóżko jeszcze bujają się pode mną po całych dniach na łódce. Nagle, w środę w południe Sławek nieświadom tego, że jestem już w Łodzi śle mi sms-a z pytaniem:

-Co z dzisiejszym patrolem, będziesz?

Zupełnie niepotrzebny był ten jego sms.
Niewiele myśląc, po południu wskoczyłem w auto i o 19 - tej byłem przy stanicy nad zalewem.
-Wrócę w czwatek ? pomyślałem, gdy się trochę prześpię po patrolu.
Przed dwudziestą drugą zjechaliw wszyscy strażnicy: Sławek, Darek, Stasiu, zapakowaliśmy się w dwie łódki z silnikami i na wodę, jedni na północ, drudzy ? my na południe. Mieliśmy bezpośredną łączność, ponadto uprzedzeni policjanci czekali na ew. wezwanie. Nie znaleźliśmy na szczęście sieci, wyciągnęliśmy tylko jeden ciężarek (kotwicę chyba) przypominający minę przeciwczołgową. Gdy ją wydostałem ponad lustro wody i Sławek rzucił na nią okiem, wrzasnął:
- Puszczaj! i mina poszła na dno.

Kanałem zasilającym wpłynęliśmy do elektrowni znajdującej się na końcu zalewu, gdzie nocną szychtę miał nasz wspólny znajomy, Marcin. U niego kawka, herbatka trochę się ogrzaliśmy i dalej w powrotną drogę. Spłynęliśmy ok. czwartej nad ranem.
Chłopcy spieszyli się, bo każdy z nich wcześniej lub później musiał wstać do pracy, ja nie musiałem. Co prawda tęsknie spoglądałem w okno pokoju, gdzie czekało na mnie ciepłe łóżeczko, ale myśl że szkoda życia na spanie przemogła. Akumulator miałem naładowany, zamontowałem do łódki silnik, potem zjadłem conieco, poczekałem na wschód słońca, gdy całkie wypłynęło zza ściany lasu, wsiadłem do łodzi i na wodę. Z każdą chwilą robiło się cieplej i milej, zdążyłem dopłynąć do pobliskiej zatoki? już nie wytrzymywałem? pamiętam, że wcisnąłem dziób łódki w trzcinki... Obudziło mnie nagłe szarpnięcie.
Okazało się, że wiatr wyciągnął mnie z trzcin, poszelątał mną po zatoce, zagnał kilkaset metrów dalej i dopiero puknięcie łodzi o wystające na brzegu korzenie mnie przebudziło. Trwało to godzinę.

Nazwijmy to ? wyspany - zacząłem łowić, do południa miałem jednego szczupaczka - 55 cm i kilka okoni..
Spłynąłem koło 14:00 spakowałem się i wyjechałem od moich gospodarzy z myślą, że przed powrotem do Łodzi jeszcze wpadnę odwiedzić znajomego leśniczego Wacka.
I jego i Sławka z nocnego patrolu spotkałem w siedzibie Parku Krajobrazowego w pobliskim miasteczku , pogawędziliśmy, kawa, herbatka, łapa, wyjeżdżam. Trzy godzinki i będę na miejscu.

Drogę do Łodzi znam na pamięć, ale na krzyżówce dłuższą chwilę zastanawiałem się czy skręcić w prawo, czy w lewo. Wybrałem lewo, jadę. Po godzinie zadzwonił Olek, pochwalił się, że wrócił z Bydgoszczy, gdzie nabył właśnie gar żeliwny, dalej pyta mnie

- gdzie jesteś, odpowiawdam, że...
-Właśnie wjeżdżam do ...Szczecinka-

Olek zaniemówił, po chwili wydukał:

-Gdzie cię tam poniosło? - przecież jedziesz na północ, a do Łodzi trzeba na południe!

Na Pomorzu, gdzieś pomiędzy Czaplinkiem a Szczecinkiem na rybach byli moi dwaj koledzy ? łodzianie, pomyślałem, że ich odwiedzę i jeśli nie dziś to najpóźniej jutro czyli w piątek wrócę do Łodzi.
Ostatni raz tam byłem jakieś szesnaście lat temu, wiedziałem tylko z grubsza, gdzie mogli rozbić obóz, ale w tej okolicy pośród lasów jest dużo jezior, mogli być nad każdym z nich. Bez pytania, telefonów, dosłownie psim swędem wyczułem ich w leśnej głuszy. Długo kombinowali jak to możliwe, że ich odnalzłem. Wieczorem dołączył do nas czwarty, że tak powiem straceniec, (niżej wyjaśniam powód użycia takiego właśnie określenia).
Krótko mówiąc - raj, do późnych godzin przy ognisku nad brzegiem jeziora, gitara, śpiewy, coś mocniejszego na rozgrzewkę, obmyślanie strategii na jutro, po prostu ?nie wypadało zaraz odjeżdżać.

Wydawało mi się, że do tej pory przebywałem w dzikich warunkach, nic bardziej mylnego mój pobyt w Borach to był niedaleki odskok od cywilizacji, tu przekonałem się jak smakuje herbata na wodzie z jeziora, czystego, ale jeziora. Jajecznica smażona nad ogniskiem to rarytas (pod warunkiem, że kucharz nie przesoli, co mi się zdarzyło), żeberka z rusztu, przyprawione czym się dało, a że wyboru przypraw zbyt dużego nie mieliśmy musiały wystarczyć pieprz i ... musztarda.
Płócienny worek z kiełbasą i boczkiem wiszący na drzewie na bezpiecznej wydawałoby się wysokości, w nocy rozerwał nam lis, zarąbał wszystko, do zera, krótko mówią przechytrzył nas cwaniak. Widocznie puścił famę po okolicy o miejscu, gdzie się można za friko nasycić, bo drugiej nocy odwiedził nas inny rudzielec. Musiał być nieźle głodny skoro uparcie krążył wokół obozowiska, buszował bez strachu w śmieciach w poszukiwaniu jakiegoś kęsa i nie dawał się odpędzić. Podejrzewaliśmy, że może jest wściekły, ale następnego dnia w rozmowie z tubylcami dowiedziałem się, że tamtejsze lisy, gdy są głodne nie boją się i "oficjalnie" chodzą po wsi zaglądając nawet na podwórka.
W piątek - dzień, gdy po południu miałem zbierać się do odjazdu otrzymałem z Łodzi najmilszy telefon tego tygodnia, że mogę zostać do niedzieli!

Tylko pierwszego dnia miałem przesyt łowienia i zostałem w obozowisku na gospodarstwie, zająłem się jego urządzeniem i trochę posprzątałem brzegi. Wydawałoby się dzicz, a tu z dwudziestu kilku metrów brzegu zebrałem prawie dwa 60-litrowe worki śmieci, niestety wskazujące na to, że zostawili je również wędkarze. Szybko, bo już nazajutrz przesyt minął, od tubylca pożyczyłem łódkę i wspólnie buszowaliśmy po wodach jeziora raz z większymi, raz z mniejszymi efektami. Pogoda nie rozpieszczała nas, trudno było wytrzymać gdy po ulewnym deszczu w nieprzemakalne ciuchy niemiłosiernie przypiekało słońce, a nie było sensu się rozbierać, bo horyzont już porzesłaniała kolejna deszczowa chmura. Generalnie, wrażenia warte uwiecznienia w opisie, a wspomnienia pozostaną na długo w pamięci.

Tak to z dwudniowego wyjazdu na zawody zrobiło się dni ...dziesięć. W końcu jednak naprawdę wróciłem do Łodzi.
Dobrze domyć udało mi się we wtorek, ręce dopiero po którymś z kolei szorowaniu. Moja żona Mariola spoglądała na mnie z politowaniem, właściwie nie mówiła nic, pewnie brakowało jej słów. Znamy się jednak już dość długo i wie, że takich numerów od czasu do czasu może się po mnie spodziewać.

Taki to zwariowany wędkarz
Pozdrawia wszystkich

Bogdan Ziółkowski KWI





Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
:)
Grzegorz Lacki 11.6.04 10:18
Ech ... tylko pozazdroscic... glownie to chyba zony :))) miemy nadzieje ze moje bedzie choc w czesci tak wyrozumiala :)

Pozdrawiam Grzesiek
     Odp: :)
Autor 03.7.04 10:05
    
Cóż....
- lata pracy :-))

Tak więc wszystko przed Tobą Grześ.
Staraj się. a ja trzymam kciuki. :-))))

Pozdrawiam

Bogdan


Klubowiczów: 42

Główna KWI
Nieregularnik KWI

Fora:
Wyszalnia
Kapituły
Komisji Rewizyjnej
Sądu Koleżeńskiego


Rybie OKO

E-mail do:
Klub
Kapituła
Komisja
Sąd
Prezes
Viceprezes
Skarbnik
Webmaster




Statystyka Wyszalni:
Dostęp ma: 42
Ostatnie 30 dni: 0
Nieobecnych: 42



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©2004 Stowarzyszenie KWI

Klub gości na Rybim Oku
Reklamy Krokus: Tworzenie systemów CMS (Content Management System) oraz CRM (Customer Relationship Management) to jedna z podstawowych działalności i specjalności firmy Krokus SP. z o.o. Specjalizujemy się we wdrożeniach CRM i ERP Odoo czyli systemów interetowych zarządzania zarówno cała firmą, jej relacjami z klientami, jak i treścią stron.