Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
Archiwum sklep 1
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Wspomnienia i relacje

Hit  Legenda Czarciego Oczka

Autor: Przemysław Kąkol
Temat: Przygody
Data:29.2.04 14:01
Ocena:8.95 hit (55)
Czytano:3540

Człowiek w czerni spojrzał na mnie złowrogo. Jego niski, krępy kompan chował właśnie starannie łódź pośród tataraku. Trzeci nadchodził gdzieś z tyłu. Szedł cicho, ostrożnie, niemal bezszelestnie.


Wszystko zaczęło się zgoła inaczej.
Już dawno, jeszcze na długo przed maturą, przyrzekliśmy sobie, że po majowym sprawdzianie będziemy łowić do kresu sił. Wędkowaniem zaczęliśmy interesować się z Tomkiem w trzeciej klasie szkoły średniej. Kupowaliśmy przeróżne czasopisma, jeździliśmy nad rzekę w każdej wolnej chwili, obserwowaliśmy, szukaliśmy „złotego środka”. Wszystko na nic. Wyniki były ciągle niezadowalające. Na dłuższy czas byliśmy zmuszeni porzucić wspólną pasję na rzecz nauki.
W maju zapachniało w końcu kasztanami. Byliśmy więcej niż pewni naszej wiedzy, co zresztą odzwierciedliło się w wynikach, bo zdaliśmy bardzo dobrze. Nareszcie mogliśmy myśleć o wypoczynku nad wodą. Gdzieś tak na początku czerwca w domu zadzwonił telefon. Podnosząc słuchawkę usłyszałem dobrze znany, zachrypnięty głos dziadka:

- No, wnuczuś, kiedy mogę spodziewać się Waszego najazdu? – zabrzmiało w słuchawce.
I zanim cokolwiek mogłem odpowiedzieć, dziadek nie zastanawiając się, dodał:
- Przecież wiesz, że prymusów ugoszczę z największą przyjemnością. Przyjeżdżajcie choćby jutro!

I tak to się wszystko zaczęło. Wstępnie umówiliśmy się, że już w następnym tygodniu zawitamy z całym naszym wędkarskim galimatiasem. Wiedziałem, że zawsze, ilekroć zajedziemy do tej „wiekowej” leśniczówki, zawsze przywita nas szczery uśmiech błyszczący spod siwego wąsa wysokiego, szczupłego staruszka.
Wyprawa spędzała nam sen z powiek. W zasadzie już nazajutrz byliśmy przygotowani do drogi. Dwóch zawziętych miłośników przyrody i wspólnej pasji. A te wspomnienia...

Pagórki porośnięte zielem wszelakim, dębina upstrzona starodrzewem, chatka przesycona myśliwską tradycją, a wszystko to ukryte w krainie większych i mniejszych oczek wodnych. O tak, gdzieś tam pośród tych wszystkich bajkowych cudów Matki Natury, gdzieś tam w borze...
Mieliśmy wrażenie, że te kilka dni, pozostających do wyjazdu dłużyło nam się w nieskończoność, lecz w końcu nadszedł upragniony poranek, oznajmiający czas niezapomnianego, mazurskiego wojażu. Bo tak było za każdym razem.

Dziadek wyjechał po nas swą starą, poczciwą Nysą. Pierwsza, jak zwykle, dopadła nas Sara – wyżełka, nad wyraz oddana swemu Panu. Po chwili obaj zatonęliśmy w zmęczonych upływającymi latami, aczkolwiek ciągle krzepkich ramionach seniora. Do leśniczówki zmierzaliśmy szerokim duktem, a zewsząd wił się zapach jagód, malin i poziomek. Ptaki świergoliły w koronach drzew, szaraki co i raz umykały przed kołami samochodu. Nawet koziołek – Pan zagajnika, skrył się pośród szeleszczącej brzeziny. Może widział, że jedzie stary leśnik ze swoją ferajną? Może.

Gdy dotarliśmy na miejsce, ostatnie promienie słońca grzały zachodnią stronę gajówki. Mimo zmęczenia, wiedzieliśmy, że podczas kolacji w izbie będzie się niosło głośne gawędzenie dziadka. Większość historii znaliśmy na pamięć, choć co roku dochodziły nowe. A to o dziku wielkości cielaka, który krył się gdzieś w puszczy, o leśnych duszkach straszących miastowych spacerowiczów, czy też płaczącym rogaczu poszukującym partnerki swego pierwszego rykowiska. Zdało się, że takowych historii gajowy zna bez liku. Tym razem zaczął prawić o nimfie z bagna nieopodal Koźlej Polany:

„Byłem tedy świeżo po studiach. Jako, że nie narzekałem na złe wyniki, w podzięce ostały mi się Lisie Kąty. Tudzież młokosom przydzielano łatwiejsze tereny, by rychlej pojęli tajniki lasu, nie kwasząc się nawałem obowiązków. Dopiero z upływem lat przydzielano dodatkowe sektory lasu, bądź przesiedlano do obszerniejszych rejonów. Zatem nie miałem łatwo i - po prawdzie - cieszę się z tego.. No, do rzeczy moi mili, bo zanudzę Was tym bajaniem. Ludzie z początku patrzyli na mnie spode łba. Cóż im się przeto dziwić, skoro mój poprzednik zarządzał borem blisko dwadzieścia wiosen. Wyobraźcie sobie, że dopiero trzeciego dnia wizytę złożył mi sołtys z Brzezin. Pamiętam, że nie przyszedł był z pustymi rękami i... no cóż, nalewka z borówek smakowała, jak mało która. Rychło języki nam się rozwiązały i poczęliśmy gawędzić o lesie, ludziach, polowaniach.. W końcu, gdy zaprawki ostało się tyle, co na dnie wyskrobać, widać uznał za stosowne opowiedzieć mi historię niejakiego Klęczyckiego. Sołtys zdał się być człowiekiem godnym zaufania, posłuchajcie zatem, o czym prawił tamtego wieczoru... Otóż chłop ów wydawał wtedy córę za żonę. Jak wiadomo na ożenku mleka nie zwykło się pić, więc gospodarz miał niemały kłopot ze wstaniem nazajutrz. Krowy podoiła Klęczycka, choć wieść niosła, jakoby niejednego chłopa tedy przepiła. Znowuż syn ich – Michaś zagonił bydło na łąkę nieopodal Czarciego Oczka. Poprawiny przeciągnęły się do zmierzchu, kiedy to chłop postanowił iść przygnać bydło do zagrody. Wieśniacy, wychowani na łasce lasu, znają najmarniejszą ścieżynkę w najgęstszym gaiku. Szybko zatem doszedł celu. Postanowił był wracać na gospodarkę najkrótszą drogą, co by nie ominąć zbyt wielu kolejek. Powiązał bydło powrozem, by te nie rozpierzchło się w ciemnościach. Sam szedł z tyłu, z leszczynową witką. Wtem, jak prawił, księżyc przesłoniła czarna chmura, a serce lasu przestało bić. Wokół zapanowała grobowa cisza. Bydło stanęło w osłupieniu, a jedynym odgłosem był świst leszczyny, tłukącej krowie zady. Nic to nie dało. „Diabli nadali” – wybełkotał... Naraz, gdzieś ze środka bagien do uszu chłopa doszedł dziewiczy głos. W gęstych oparach zawieszonych nad czarną wodą jakieś dziewczę śpiewało: „Jeśliś mężny, a w duszy twej lilije kwitną... Gdyś pośród sosen karłowatych, słowa te przystaną... I gdym ja lubą twą była, a tyś odrzucił me wdzięki... Gińże teraz w czarcim mroku i pozostań tu na wieki..”. Twierdził był, że po chwili na wodzie ukazała się nimfa. Łkając, szła po lustrze wody, nie marszcząc go. Piękniejszej ponoć jego oczy nigdy nie widziały, głosu delikatniejszego uszy nie słyszały. Co było potem? Różnie ludzie gadają. Stało się coś, czego nie mógł odrzucić z pamięci. Korony drzew obijały się targane podmuchami wiatru, Czarcie Oczko przemieniło się w jeden potężny wir, a zjawa poczęła biec ku gospodarzowi. Biedak nie pamięta, kiedy przetrzeźwiał i jak szybko gnał do chaty. Mówią tylko, że wpadł do izby cały zdyszany i rozdygotany. Wbił się w najciemniejszy kąt za piecem i pozostał tak do przyjazdu doktora z Holubic. Ten orzekł, że Kulczycki zdrów, jak ryba, ale dogadać się z nim nie szło. Zawżdy nie pamiętał takiego przypadku.”.

Przy stole zapanowało milczenie i tylko z wyrazu twarzy chłopców można było wyczytać oznaki przerażenia.
Takie to były bajania seniora. Jedne mniej, inne bardziej przekonujące. Nigdy jednak nie zdobyliśmy się na odwagę, by zapytać, ile w tym prawdy. Zapewne obruszyłby się, mówiąc coś na styl: „Gamonie, gamonie.. Patrzcie no! Siedzi takich dwóch i myślą, że człek stary to zaraz musi zmyślać! Gdzie się podziała ta niegdysiejsza młodzież..?!”.

Zaintrygowani historią, długo nie mogliśmy zasnąć. Kiedyś przyjęliśmy, że to kruczoczarna barwa wody i dawne kopalnisko torfu nadały imię tej wodzie, a tu taka historia. Rybostan zawsze był wyjątkowo bogaty. Tak naprawdę nawet napotykani czasami miejscowi, nie wiedzieli, co może zawisnąć na końcu zestawu. Nikt jednak nie mówił o nockach nad bagnem.. Zatem zbiornik był jedną wielką zagadką.

Około piątej nad ranem zbudził nas kogut – najskuteczniejszy budzik pośród dziadkowego inwentarza. Byliśmy jednak na tyle zmęczeni, że rzęsy po chwili skleiłyby nasze oczy, gdyby nie donośne szczekanie Sary i huk dubeltówki. Skoczyliśmy do okna, jak rażeni piorunem. Na podwórku panował straszny rumor, w powietrzu fruwało mnóstwo kurzego pierza, a wyżełka biegała wokoło, groźnie warcząc na kurnik.

- Mam cię, szubrawco! – dało się słyszeć na podwórku.

Po chwili zaskrzypiały zawiasy w drzwiach. W krużganku stał dumnie dziadek, a u jego stóp suka z kuną w zębach.

- Ha, w końcu ją dopadłem! Ten przebiegły drapieżca od tygodnia szkodził mi w kurniku, a teraz zajmie zaszczytne miejsce na ścianie ponad kominkiem...

Wiedziałem, że dziadek nie strzela bez powodu. Zabija tylko zwierzęta stare, słabe i chore, bądź też – jak w przypadku kuny – szkodniki.

Śniadanie spałaszowaliśmy w sekundzie, bo jak tu nie zjeść ze smakiem myśliwskiego specjału: jajecznicy z prawusami. Zapakowaliśmy cały nasz sprzęt i wyszliśmy na spotkanie z Czarcim Oczkiem. Mało uczęszczana droga, jak co roku, szczelnie zarosła krzakami jeżyn. Miejsce to ma swój niepowtarzalny urok: głęboko zatopione w lesie, nie jest specjalnie przyjazne florze, którą stanowią tu przede wszystkim przykurczone sosenki, rzadkie niewybredne krzewy i suche pnie drzew na przeciwległym brzegu. Dalej króluje bór.

Rozłożyliśmy odległościówki, po czym wysondowaliśmy łowisko. Pozostało już tylko zanęcić pszenicą z dziadkowej szopy i resztką ziemniaków z wczorajszego obiadu. Po kilku minutach spławik Tomka delikatnie pochylił się ku wodzie i zaczął odjeżdżać w kierunku środka zbiornika. Widziałem to kątem oka, przyjaciel też obserwował pływak. Na twarzy rysowało się skupienie. W końcu, gdy sygnalizator zanurzył się cały – zaciął. Po krótkim holu w rękach przyjaciela lśnił oliwkowozielony lin. Bagienko ukazało nam swą tajemnicę. Były nią piękne liny, wygrzbiecone karasie ciemnozłotej barwy i karpie. Te ostatnie okazały się panami zbiornika. Od czasu do czasu dumnie spławiały się, wystawiając swoje ogromne cielska. Były nie do złowienia. Dziwne, ale zwyczajnie nie brały. Choć, gdyby zapewne skusiły się na przynętę, to i tak porwałyby zestawy. Mogły ważyć dziesięć i więcej kilogramów. Stały się naszą małą tajemnicą...

Noce przepędzały słońce z nieboskłonu, by wraz z poranną rosą wypoczęte znowu zaświeciło nad naszymi głowami. Czas mijał szybko. Tydzień naszego pobytu miał się ku końcowi, gdy w końcu z moich ust padły tak długo wyczekiwane słowa:

- Słuchaj no, Tomek. Czemu my właściwie nie próbowaliśmy łowić po zmroku? Faktycznie wierzysz, że legenda, którą opowiedział nam dziadek jest prawdziwa? No właśnie... przecież to tylko legenda. Spróbujemy?
- A dziadek? Myślisz, że puści nas samych do lasu, w dodatku nad Czarcie Oczko?
- Hm, w zasadzie to przecież nie musi o niczym wiedzieć..

Mimo, że kompan nie wiedział, czy dobrze robimy – dał się namówić. Ustaliliśmy, że cały nasz sprzęt wędkarski schowamy w szopie, a wyjdziemy przez okno, gdy będzie już pewne, że gajówka jest pogrążona we śnie. Ubrani, pełni obaw leżeliśmy w swych łóżkach.

- Aby tylko nasz niecny spisek nie wyszedł na jaw. – Szepnął przyjaciel.
- Nie kracz. Wszystko będzie OK. – Odpowiedziałem z udawaną powagą w głosie.

W końcu światło w szparach między zawiasami znikło – znaczy, że leśniczy ułożył się do snu. Poczekaliśmy chwilę, po czym bezszelestnie wyślizgnęliśmy się na zewnątrz. Wędki już na nas czekały. Wraz z nimi wyżełka, która o mały włos nie pokrzyżowała nam szyków. Na szczęście rozpoznała nas i obyło się bez alarmu. Posłusznie została za furtką...

Czubki sosen rozświetlał blask pełni. Brzezina cichuteńko zaszeptała, pogłaskana zagubionym zrywem wiatru. Tu i ówdzie trzasnęła gałązka, wskazując na leśnego mieszkańca ukrytego gdzieś w gęstym drzewostanie. U kresu drogi ścieżynkę przeciął mykita, kryjąc swe rude futro pośród plątaniny krzaków runa leśnego. Droga minęła błyskawicznie i ani się obejrzeliśmy, w oczach naszych odbiła się czarna woda.
Zrzuciliśmy bagaż. Zerknąłem na zegarek: „Mamy jakieś cztery i pół godziny do świtu. Powinno wystarczyć” – przeszło przez głowę. Podczas rozkładania wędzisk, dało się słyszeć trzask łamanych gałęzi, a następnie ciche pluski w wodzie na przeciwległym brzegu.

- Pewno wataha dzików przyszła do wodopoju. – Szepnąłem do kompana, który kiwnął głową na znak zgody. – Spłoszymy je, zapalając lampki. Trudno.

Faktycznie, gdy oświeciliśmy kikuty drzew wystających z mgły po przeciwnej stronie jeziorka – ucichło.
Pierwsze branie było bardzo agresywne. Gwałtownie szarpnąłem wędziskiem, po czym zacząłem zwijać luz na żyłce. Zdobyczą okazał się karaś wielkości dłoni. Wypuściłem go, oczekując na większe egzemplarze. Przez następną godzinę raz po raz na obu zestawach meldowały się karasie i liny wielkości pierwszej rybki. Zdziwiło nas to ogromnie, bo w dzień łowiliśmy dużo większych przedstawicieli obu gatunków. Mgła powoli opanowywała bagienko. Byliśmy zmuszeni łowić jakieś dziesięć metrów od brzegu, na wypłyceniu, bo tu ciągle mogliśmy dostrzec ewentualne branie. Zaraz za spławikami obraz rozmazywał się, by po kilku następnych metrach przybrać formę mleka. Postanowiłem się zdrzemnąć, a przyjaciel zaoferował się, że będzie bacznie obserwował oba pływaki.

Obudził mnie odgłos wiosła, luźno osadzonego w dulce. Uderzyło o dno łodzi. Zerknąłem na Tomka - dopiero co otworzył oczy. Po chwili z krypy wysiadło dwóch mężczyzn. Człowiek w czerni spojrzał na mnie złowrogo. Jego niski, krępy kompan chował właśnie starannie łódź pośród tataraku. Trzeci nadchodził gdzieś z tyłu. Szedł cicho, ostrożnie, niemal bezszelestnie.
Jednak, nauczony przez leśniczego, potrafiłem usłyszeć i odróżnić odgłos człowieka i zwierzęcia poruszającego się w lesie. Zatem to musi być pułapka! – głowę przeszyła niepokojąca myśl.

- Kim jesteście i co tu robicie? Gadać i to raz! – warknął ten wyższy.

W jednej chwili strach ścisnął nas za gardła. Ręce poczęły dygotać, bynajmniej nie z zimna. Krępy zrobił ze trzy kroki do przodu. Choć nie widziałem wyrazu jego twarzy, to byłem pewien, że lada chwila możemy być w opałach.

- Co, mowę wam odjęło?! No już, gadać, bo potopimy!
- My.. my tu na ryby przyszliśmy.. – wydusiłem, przerażony ostatnimi słowami napastnika.
- Zobacz no, uwidziało się gówniarzom. Łapaczkę w nocy sobie urządzili.. Tfu! – Splunął, po czym beznamiętnie dodał. - Co z nimi zrobić? Widzieli nas.
- Nie, my nic... my nic nie widzieliśmy. Proszę nam nic nie robić. My nic nie powiemy..
- Tak, nic nie powiemy. – powtórzyłem za sparaliżowanym strachem przyjacielem.
- Ktoście wy? I skąd się tu wzięliście do ciężkiej cholery? – Odezwał się wyższy.
- Jesteśmy tu tylko na wakacjach. Mieszkamy u dziadka... w leśniczówce. – Pożałowałem ostatnich słów, zerkając na stojącą tuż obok beczkę po brzeg wypełnioną rybami.
- Oni są od leśniczego!!! Powiedzą staremu i nie postawimy już tu pajęczyny – będzie doglądał! – Powiedział krępy, zaciskając zęby. Sięgnął za pazuchę i wyciągnął piersiówkę, której zawartość wypił jednym pociągnięciem.
- Skrępuj im łapy i przywiąż do drzewa. Później coś się wymyśli. – Rzekł człowiek w czerni, a powiedziawszy to, cofnął się do łodzi i począł rozwieszać sieci na nadbrzeżnym krzewie. - Do świtu przeschną. Wtedy zajmę się Wami. – Dodał, zwracając się ku nam.

Drugi kłusownik właśnie krępował nam ręce. Szorstki powróz ranił nadgarstki. Czuliśmy, że krew z ogromnym trudem dopływa do dłoni. Wtem, gdzieś za plecami rozległ się dobrze znajomy głos, zagłuszony w jednej chwili ujadaniem psa.

- Ręce do góry!

Wypadki potoczyły się w okamgnieniu. Krępy chwycił za kamień leżący u stóp Tomka, zamachnął się i.. padł na ziemię pod ciężarem Sary. Wyżełka wściekle ujadała co i raz kąsając napastnika, który zakrył głowę rękoma i ani drgnął. Drugi puścił się brzegiem. Nie uszedł dziesięciu metrów, gdy stanął wraz z wystrzałem strzelby. Tak, to była dobrze znana nam dziadkowa dubeltówka.

- Ani kroku dalej! Bo będziesz cięższy o koszyk ołowiu! Sara zostaw. – Jak zawsze opanowany głos grzmiał w borze.

Po chwili to my byliśmy wolni, a kłusownicy swobodnie ruszali już tylko nogami. Dziadek nawet słowem nie odezwał się do nas, podszedł tylko do napastników i oświetlił lampką ich twarze.

- Proszę, proszę... Michaś Kulczycki. No, i sąsiad się znalazł. Panowie będą mieli się z czego tłumaczyć. – Powiedział. – I panowie również. – Dodał, zerkając na mnie i na Tomka.

Po przybyciu policji, wszystko wyszło na jaw. Okazało się, że kłusownicy grabili jeziorko od lat, a sławna historyjka to wytwór wyobraźni starego Kulczyckiego, który kierował bandą.
Pewnie ciekawi jesteście, skąd dziadek wiedział, że nas nie ma i gdzie możemy się podziewać?
Cóż, niech to pozostanie tajemnicą.



Prawda, Saro? Poczciwa wyżełka.

GRAND PRIX ;)


Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
Klawo ziomus !!!
Piotr Firlej 07.3.04 16:24
Podpisuje sie obiema rekami pod powyzszymi komentarzami i lapie wielki oddech natury, ktora juz niedlugo razem bedziemy czuc ;-) i to nie wirtualnie Kofka...Brawo !!!

DkDnT
inspiracja
Arkadiusz Chałupczak 04.3.04 11:41
"10"
A ja tu widzę trochę Nienackiego i Niziurskiego czyli książki przygodowe, którymi zaczytywałem się majac lat kilkanaście.
Miło jest tak sobie poczytać, powspominać itp.
BRAWO!!
pozdrawiam
ACh
Legenda Czarciego Oczka
Marcin Błaszczyk 02.3.04 21:59
Bardzo fajne opowiadanie. Ten klimat i w ogóle... Dawno takiego nie czytałem.
Gratulacje!
Majstersztyk!
Wojciech Kosiba 01.3.04 22:09
No , Przemku ! Jestem pod głębokim wrażeniem .W Twoim opowiadaniu czuć lato , wakacyjne wędrówki , przygody i związane z nimi ... kłopoty :)). Ponadto podoba mi się naturalne wprowadzenie w świat baśniowy , ponadzmysłowy , tajemniczy i przerażający zarazem . Tą historyjkę czyta się jednym tchem , a każde kolejne jej przeczytanie utwierdza mnie w przekonaniu ,że zasłużyłeś na 10 tkę :)) . Pozdrawiam i czekam na więcej !
Piękne!
Andrzej Trembaczowski 29.2.04 16:47
Szkoda że skala kończy się na 10.
Pozdrawiam
Andrzej
Ode mnie
Autor 29.2.04 14:04
Historia ta jest wytworem mojej wyobraźni.
Pisałem zainspirowany piórem E. Kopczyńskiego.
Pozdrawiam. Do poczytania! :)



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Nazwiska Żbikowski i Żbikowska przewijają się często na naszych stronach i są ściśle związane z naszymi firmami. Najlepiej odwiedzić tę stronę: Żbikowski aby zrozumieć dlaczego.