Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
Archiwum 1
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
Error: eZArticleRenderer::eZArticleRenderer() could not find generator in XML chunk.
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Opowiadania

Hit  Leśne dziwy

Autor: Marek Pedyński
Temat: Karaś
Data:27.12.03 13:08
Ocena:8.35 hit (34)
Czytano:3556

Dzieckiem będąc, śniłem o małym leśnym jeziorku, zapadłym gdzieś w najskrytszym zakamarku wielkiej puszczy i otoczonym pachnącymi soczystą zielenią krzewami. O jeziorku, przez środek którego przepływa zimny strumień, orzeźwiający swym chłodem żyjące w zbiorniku i wokół niego stworzenia. O jeziorku, którego powierzchnia ozdobiona jest wielkimi liśćmi nenufarów. Śniłem, że pod nenufarami pływają złote ryby, trącając od niechcenia ich sprężyste łodygi. Jeziorko z moich marzeń żyło swoim własnym życiem – w ciepłe wieczory wszystko w nim drgało, falowało i huczało, jakby chciało pokazać otaczającemu światu swą ogromną radość trwania. I wyobraźcie sobie, że ja to jeziorko ze snu odnalazłem.


Odnalazłem je, jak to zwykle bywa, zupełnie przypadkowo. Na początku lat 90-tych zaprzyjaźniony grzybiarz zabrał mnie na borowikową wyprawę. Najpierw, jeszcze o szarówce, długo jechaliśmy jego wueską, a potem, porzuciwszy ją w przydrożnym rowie, przedzieraliśmy się pieszo przez niekończące się chaszcze i gęstwiny. Pamiętam, że gdy dobrnęliśmy wreszcie do miejsca grzybobrania, musieliśmy dobrych kilka minut odsapnąć, nim zaczęliśmy zapełniać koszyki dorodnymi prawdziwkami. Grzyby były liczne i sporej wielkości, toteż nie musiałem wykazywać się wielką bystrością i uwagą przy ich zbieraniu. Spacerowałem z coraz cięższym koszem, aż dotarłem do niewielkiego zbiornika. Od razu zwróciłem uwagę na intensywny zapach mięty, który się wokół niego unosił. Przykucnąłem nad brzegiem, spojrzałem w kierunku wody i...

Wielki karaś podpłynął tuż pod brzeg, zatrzymał się przez chwilę koło wyrastającego z dna korzenia, poczym odwrócił się i zniknął w ciemnej toni. Po minucie przypłynęło całe stadko dorodniejszych jeszcze ryb. Kilowe, większe? Nie wiem, w każdym razie prawdziwe kolosy. Pobaraszkowały kilkadziesiąt sekund tuż przed moimi oczami, a później odpłynęły dostojnie, jakby były na rewii mody. Wtem pod powierzchnią błysnął atakujący szczupak. Zmącił wodę, kończąc tym samym cud-przedstawienie, którego byłem nieproszonym widzem.

...zakochałem się bez reszty w tej leśnej sadzawce. Nie myślałem już o grzybach – nagle zszarzały i zwiędły. Czekałem tylko, aż towarzysz zaspokoi swój instynkt zbieracza i zarządzi powrót do domu. Nie zdradziłem ani słowem karasiowej tajemnicy, choć język świerzbił okrutnie. Pomyślałem, że mądrzej będzie samemu przetestować wędkarskie umiejętności na mieszkańcach leśnego stawu. Zresztą kolega, też wędkarz, mógłby nie dochować tajemnicy i sprowadzić tu innych moczykijów, a wtedy czar pewnie by prysnął. Gdy wreszcie znalazłem się w domu, przygotowałem wędki i nastawiłem budzik na czwartą...

Pierwszego dnia nie brały. To znaczy brały, ale nie te, o które chodziło. Haczyka czepiały się niewielkie płotki i okonie, a złotołuskie kolosy omijały go skutecznie. Nie pomagało plucie na czerwonego robala ani chuchanie na ciasto. Drugiego dnia to samo, a trzeciego... trzeciego było lepiej. Nawet nie lepiej, ale dużo lepiej – było po prostu fantastycznie! A wszystko przez gąsienice. Ale po kolei... Siedziałem ze smętnie zwieszoną głową, zastanawiając się nad niespodziewaną inercją karasi, gdy coś spadło mi na kark i zaczęło łazić po plecach. Wygrzebałem to coś zza koszuli i okazało się, że w dłoni dzierżę sflaczałą nieco, zieloną gąsienicę. Spojrzałem w górę i przekonałem się, że liście krzewu nad moją głową pokryte są większą ilością osobników tego nieznanego przeze mnie gatunku larw. A co robi wędkarz po odnalezieniu gąsienicy? Wiem, że to trochę bezduszne, ale (sami przyznajcie) nabija ją na haczyk. Tak też i ja zrobiłem. Zarzucony zestaw wylądował tuż obok dorodnego nenufara. Miałem pewność, że zesłana przez naturę przynęta okaże się skuteczna. Nie myliłem się...

Spławik drgnął, przechylił się, położył na wodzie, by raptownie zniknąć. Jaszcze dwie sekundy i zacinam gwałtownie. Jest!!! Siedzi! Wędka gnie się wspaniale, a żyłka tnie podwodną roślinność. Przykręcam nieco hamulec kołowrotka i ryba zbliża się do powierzchni. Ujrzałem złoty błysk, potem drugi i trzeci. Młynki, harce, plusk wody, mieszają się ze szczękiem pospiesznie rozkładanego podbieraka. Wreszcie ryba ląduje na brzegu. Rozchylam oplatający ją szczelnie płaszcz roślinności i ... zaskoczenie! To nie karaś, ale śliczny lin! Ważę zdobycz, okazuje się że ma kilo i dwadzieścia deko. Znakomity początek. Potem, w odstępie kilkunastu minut, dwa wspaniałe karasie. Oba o wielkości rzadko spotykanej w innych wodach. Słowem – eldorado. Leśne eldorado.

To był najcudowniejszy wrzesień w moim życiu. Pewnie już nigdy takiego nie przeżyję. Wracałem z każdej wyprawy do boru obładowany grzybami i jednym czy dwoma karasiami-olbrzymami. Więcej nie zabierałem, nie czułem takiej potrzeby. Miałem szczęście zmierzyć się z gigantycznym szczupakiem, jakiego nie spotkałem nawet podczas licznych wypraw na wielkie mazurskie jeziora. Było uderzenie wyrywające spinning z ręki, pisk hamulca, jęk żyłki i smutek porażki. Były wreszcie wędrówki wielkiej nadziei i powroty głębokiej zadumy. Ale co najważniejsze, była samotność, przynosząca ulgę po dniu pełnym ludzi. Żyłem jeziorkiem, śniłem o nim, marzyłem i tęskniłem do niego. Cieszyłem się jak małe dziecko, gdy docierałem nad brzeg. Żegnałem się z nim, gdy nadchodził zmrok. Uwierzyłem, że odwieczny sen o wędkarskim eldorado wreszcie się ziścił, że natura wybrała mnie jako powiernika swoich tajemnic. Wiem, że pełnia szczęścia to oklepane pojęcie, ale nie potrafię inaczej określić ówczesnego stanu swojej duszy. Duszy opętanej wędkarstwem. Myślałem, iż moja radość nigdy się nie skończy. Skończyła się i to w sposób niezwykle dla mnie bolesny.

Któregoś dnia, zbliżając się do jeziorka, zamiast zapachu mięty mieszającego się wonią grzybów, poczułem odór gnijącego mięsa. Już z daleka dostrzegłem, że powierzchnia stawu wygląda nienaturalnie – pokryta była czymś podobnym do styropianu. Kiedy stanąłem nad wodą, wszystko stało się jasne. Po zbiorniku dryfowały setki śniętych ryb. Nigdy nie widziałem smutniejszego widoku. Ogromne karpie, liny i karasie. Wiele płoci i okoni. Najsmutniej wyglądały szczupaki. Niektóre kłapały jeszcze bezradnie paszczami, jakby chciały zemścić na niewidzialnym wrogu. Usiadłem i schowałem głowę w dłoniach. Gdy trochę się uspokoiłem, rozejrzałem się dookoła, aby ustalić przyczynę tej podwodnej tragedii. Okazało się, że bydlak, który dokonał rzezi na rybach, nie silił się zbytnio, by ukryć po sobie ślady. Tuż obok brzegu walały się opakowania po środku chemicznym, służącym do likwidowania stonki ziemniaczanej. Wracając, kopałem ze złości leżące na drodze drzewa i korzenie. I wyłem... wyłem jak pies.

Ustalenie sprawcy całego nieszczęścia okazało się bardzo łatwe. Właściwie to sam się zdemaskował na jakiejś suto zakrapianej imprezie. Mój towarzysz od grzybów, bo to on okazał się rybim mordercą, pochwalił się kolegom o swoim „wyczynie”. Na którejś z kolejnych wypraw na borowiki dostrzegł przyczajonego nad jeziorkiem wędkarza. Nie bez zdziwienia rozpoznał w nim mnie. Ukrył się w krzakach i przez dłuższą chwilę obserwował łowy. Pech chciał, że w tym właśnie czasie schwytałem jednego z wielkich karasi. Grzybiarz wycofał się i następnego dnia sam spróbował szczęścia. Nie powiodło mu się. Gdy i kolejne łowy okazały się bezowocne, wpadł w szał i wlał do jeziorka środek owadobójczy. Tak skończył się mój piękny sen. Pieprzona zazdrość.

Początkowo myślałem o zemście, ale zabrakło mi sił do jej wykonania. Zresztą okazało się, że w naturze nic nie pozostaje bez echa. Złoczyńca w mroźny zimowy dzień wybrał się do lasu, stawiać wnyki na zające i nigdy już zeń nie wrócił. Co się z nim stało? Nie wiadomo. Ludzie gadają, iż wszedł w drogę innemu kłusownikowi, który okazał się silniejszy. A może zabłądził gdzieś w leśnych ostępach, kto wie? Szczerze powiedziawszy, to bardzo mi go szkoda. W końcu był człowiekiem...

W tym roku, po raz pierwszy od wielu lat, odwiedziłem moje jeziorko. Bardzo się zmieniło. Woda zżółkła, stała się mętniejsza i sporo płytsza. Otaczające je krzewy rozrosły się w duże drzewa, a zapach mięty ustąpił gorzkiej woni pleśni. I tylko żab tyle samo. Powierzchnię wody pokryły rozległe płaty rzęsy. Pochyliłem się, aby dojrzeć dno. Na kark spadło mi coś zimnego... Po chwili gąsienica wiła się na haczyku. Zarzuciłem wędkę. Spławik nagle drgnął, przechylił się, położył na wodzie... Żaby zarechotały radośnie.
GRAND PRIX


Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
Refleksje
Marek Pedyński 27.12.03 21:48
Po przejrzeniu pierwszych ocen tego artykułu (jak i innych zresztą) nasuwają mi się pewne refleksje. Oceny moich artykułów sa zwykle bardzo zróżnicowane. Oprócz 8-, 9- i 10-tek, dostaje również 0- i 1-ki. To bardzo pocieszające, że ocen dobrych jest znacznie więcej niż złych. Serdecznie dziękuję za pozytywny odbiór, a tych, którzy mnie próbują zniechęcić zerami, muszę niestety zmartwić. Wasza opinia o moich artykułach (wyrażona niską oceną) mobilizuje mnie ogromnie. Dobrze, że istniejecie, bo mogę Was używać jako urządzeń służących do poskramiania mego ewentualnego samozachwytu. Proponuję wszystkim piszącym portalowiczom takie samo podejście do owych znawców. Każdy z nich to swego rodzaju arbiter elegantiorum, anonimowy, ale jednak. Traktujcie więc ich jak bardzo pożyteczne przedmioty. Niech budzą w Was ambicję, a nie zniechęcenie. Mam nadzieję, że mój sarkazm jest aż nadto widoczny :-). Pozdrawiam serdecznie.
     Odp: Refleksje
Maciej Dąbrowski 28.12.03 00:25
    
Też mam takie podejście. Pisząc wiem, że nie wszystkim się spodoba i oto chodzi. Pisząc i mając same dobre oceny wpadłbym w samozachwyt.
A przez złe oceny myślę co poprawić, zmienić, ale i tak wiem, że zawsze będzie różnica zdań.
A przejmowanie się zbytnio złymi ocenami sprawia nam tylko kłopoty.
pozdrawiam, Maciek Dąbrowski
Leśne dziwy
Maciej Dąbrowski 27.12.03 16:05
Artykuł jest spox, daje 9. Oby było więcej nieznanych, rybnych jezior.

Ja też znalazłem ładne jeziorko leśne (sąsiad pokazał mi je, chodził tam po rzęsę dla kaczek) a ja chodziłem tam po żaby i pływaczki żółtobrzeżki, brałem po 3 szt. i chodowałem przez wakacje. A na koniec wypuszczałem spowrotem. Sąsiad mówił mi, że były tam ryby (czaple tam przylatywały), ale później wyschło razem z rybami.
W tym roku przez przypadek znalazłem duże leśne jezioro,(podobno na jesień zbieraja się tam żurawie). W najbliższe wakacje będę je poznawał, może też będą tam duże ryby.

pozdrawiam,
Maciek Dąbrowski
Leśne dziwy
Dariusz Litwin 27.12.03 13:38
Ja tez mam takie jeziorko, i też cierpię jak inni je niszczą. Niestety jest ono ogólnie dostępne i nie mozna wszystkich upilnować. Ostatnio też sama natura przypomniała o sobie i zaczęła sie bronić, co skończyło sie śmiercią człowieka. Kilka razy było zatruwane przez genialnie myślących ludzi (bezmózgowców), ale na szczęscie samo sę na przestrzeni lat odradza.
Pozdrowienia



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Systemy CMS