Pod ochroną


Wszystkie KWI Spis Nieregularników KWI Nieregularnik Nr 8

Hit  PucharBałwana VI, czyli jak zostałem sie głowacinkciarzem.

Autor: Grzegorz Lacki
Temat: Głowacica
Data:12.12.03 09:34
Ocena:8.83 hit (46)
Czytano:5212

Hucho Hucho... brzmi jak zaklecie szamana.. Na mnie zadziałalo dziewięć lat temu i az do tego roku musiala mi wystarczac swiadomość bliskości wielkiej ryby, kiedy uganiałem sie za nią po odmętach wód Dunajca i Popradu. Dopiero w tym roku było mi dane poczuć jej zapach na własnych dłoniach...



Tak wygłąda moja jedyna pamiątka po spotkaniu
To już dziewiąty rok mojego uganiania się za najbardziej tajemniczą i jak dla mnie prawie już mityczną rybą. Coroczne wyjazdy na „Puchar Bałwana” i inne wypady za głowacicą nie przyniosły jak do tej pory żadnego efektu. A to nie umiałem jej jeszcze łowić, a to nie miałem odpowiednich przynęt. W ostateczności nie dopisywała aura. W tym roku właśnie pogoda nas straszyła. Koniec listopada a tu w dzień temperatura dochodziła do 10 stopni. Wyjazd był zaplanowany na pierwszy weekend grudnia, więc po cichu miałem nadzieję, że jeszcze się coś wydarzy. I wydarzyło się. Załamanie pogody, które zapowiedzieli na weekend spadło nam jak manna z nieba. W piątek po południu wyruszamy z bojowym nastawieniem z Wrocławia w składzie ja, Maciek Ania i Kuba. Po małych perypetiach docieramy do Sromowców i razem z Mirkiem siedzimy prawie do rana ustalają strategie i inne takie. W sobotę faktycznie przychodzi załamanie pogody. My również mamy załamanie psychiczne, kiedy musimy wstać po długiej podróży i 2 godzinach snu. Ale nikt nie mówił, ze łowienie glowacic to bułka z masłem. Sobotni poranek i wieczorne łowienie upływa nam w miłej atmosferze, wśród padających płatków śniegu i wyjącego wiatru. Niestety, głowacice chyba nie zauważyły, ze pogoda się zmieniła i że należy zacząć jeść. Wieczorna prognoza na następny dzień mnie dobija. Wyż i skok ciśnienia o 20 hPa Tego nie lubią nawet najwięksi twardziele. Niedzielny ranek odpuszczam sobie, pozostawiając siły na popołudnie i poniedziałkowy świt. Po miło spędzonym słonecznym dniu lądujemy na jednej z nowych miejscówek. Jestem tam dopiero drugi raz i nie znam zbyt dobrze rzeki. Ustawiam się na wlewie i powoli schodząc obławiam nurt. Kiedy wyszedł księżyc i zaczął święcić jak na Wembley, straciłem nadzieje na rybę. Kuba, który stał około 30 metrów przede mną, zrezygnował. Właściwie tez chciałem sobie odpuścić. I tak musiałem wyjść z wody i podać Kubie kluczyki od samochodu, ale do końca łowienia zostało jeszcze pół godziny i to chyba mnie przekonało żeby jeszcze porzucać. Kuba poszedł a ja wszedłem dosłownie parę metrów powyżej jego stanowiska. Metodycznie obławiam wodę poczynając od rzutów pod prąd potem w poprzek nurtu i dalej coraz bardziej w dół. Kiedy wobler kolejny raz poszybował daleko pod drugi brzeg, nic nie zapowiadało nadchodzących emocji. Kilka szybkich obrotów korbką, opuszczenie szczytówki i wolne prowadzenie po skosie pod prąd. Puknięcie woblera o kamień. Takie, jakich wiele. Takie, jak branie sandacza na gumę, czy pukniecie pstrąga w woblerka. Ale na pewno nie takie, jak wyobrażałem sobie branie głowacicy. Nie zacinam, ale dalej kręcę korbą. Tego dnia miałem przynajmniej kilkanaście tego rodzaju puknięć. Wystarczy kawałek głazu na dnie i już jest puk. Tym razem mam pecha i wobler zahacza się o ten głaz. Kija się napina, więc gwałtownie go podnoszę, wykonując takie pseudo zacięcie. No tak. Zaczep. Pompa raz, potem drugi. Zaczep idzie. Kiedy pierwszy raz się bujnęła, nie uwierzyłem, że to jest ryba. Kolejne mocne przygięcia szczytówki nie pozostawiły mi jednak wątpliwości. Krzyknąłem do Mirka, że mam rybę i powoli zacząłem hol. Nie wiem, chyba z emocji nie docinałem, choć tyle razy powtarzałem sobie, żę to bodajże najważniejszy moment holu głowacicy. A może po prostu nie wierzyłem, że to głowa.. myślałem, że tak jak dziewięć lat wcześniej, podczepiłem brzane. Ta myśl jakoś dodała mi otuchy.. spoko, to tylko brzana.. Bez nerwów. Ryba trzymała się dna jak na brzanę przystało, ale kiedy nagle wyszła do powierzchni i zaczęła się gwałtownie chlapać, już nie byłem taki spokojny. Tym razem, chyba już głośniej, krzyknąłem do Mirka, że to naprawdę ryba. Już do mnie leciał. Mocny sprzęt i dość gruba żyłka pozwoliły mi dyktować warunki holu. Tak mi się wydawało. Ryba, albo chlapała się na powierzchni albo chodziła dnem, wyciągając niewiele żyłki. Ja cofałem się z sercem bijącym jako opętane, w stronę płaskiego brzegu. Wiedziałem, że jak ją tam dociągnę to nie będzie miała szans. Szybko zrezygnowałem z pomysłu podbierania ryby samemu. Mirek stał już na brzegu i czekał. Poprosił, bym poluzował hamulec, aby mógł zapalić latarkę. W amoku nie mogąc znaleźć hamulca z przodu, jak mam w kołowrotku, który używam, na co dzień, zacząłem po prostu wyciągać ręką żyłkę.. Tak nie było mądre w żaden sposób. Szczęście mnie jednak nie opuściło. Głowacica już nie miała ochoty uciekać. Mirek sprawnie chwycił rybę i wyniósł na brzeg. Od razu poprosiłem go by był ostrożny, gdyż chciałem ją wypuścić. Kilometry przechodzone nad brzegami rzek, tysiące metrów żyłki nawiniętej na kołowrotki, woblery zostawione na podwodnych przeszkodach, przemarznięte dłonie i uszy. To wszystko spowodowało, że głowacica stała się dla mnie rybą w pewnym sensie kultową. Takich ryb się nie zabija. Nie zarzekam się, że nigdy tego nie zrobię, ale nie wyobrażałem sobie, że mógłbym zabić właśnie tą pierwszą. Miarka wskazuje 72 cm. Ja jednak zamiast patrzeć na wskazania miarki patrzę jak zaczarowany to na rybę, to na woblera, który leży obok. Wypiął się.. wypiął się na brzegu.. ile to szczęścia musiałem mieć, że nie stało się to w czasie holu? Delikatnie biorę rybę jedną ręką za ogon, drugą pod brzuch i niosę na głębszą wodę. W tym czasie Mirek ogląda woblera i stwierdza, że wobler nie ma środkowej kotwicy. Przyglądam się i faktyczne nadal tkwi w pysku ryby. Mirek podchodzi i wypina kotwice z pyska głowacicy. Po tej operacji powoli zanurzam ręce z rybą w wodzie. Nie czuję zimna. Czuję tylko jak ryba powoli próbuje poruszyć ogonem.. chwilę jeszcze ją przytrzymuję i zwalniam uścisk ogona. Majestatycznie, ale zdecydowanie, odpływa w nurt Dunajca w świetle latarki. Jest z powrotem w domu. Do końca łowienia pozostało 15 minut. Mirek idzie jeszcze rzucać, ja zostaję i siedząc na kamieniu delektując się trwającą chwilą. Nie mam zdjęcia, nie mam ryby, mam wspomnienia i rozgięte kółko łącznikowe. Jestem na prawdę szczęśliwy. Warto było czekać tyle lat by w pełni docenić to, co się stało..

Głowacice będę łowił dalej. Być może złowię jeszcze nie jedną. Być może nawet uda mi się złowić znacznie większe od Tej. Wiem, że każdą z nich będę darzył szacunkiem, każdą z nich będę pamiętał i wspominał. Jednak Ta w sposób szczególny pozostanie w mej pamięci. Dlatego, że była pierwsza.

Pozdra


Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
Miła rzecz....
Sebastian Piekarski 23.1.04 11:03
Miła rzecz cztać taki artykuł... jak zawsze serce!
Gratuluje rybki!!!

Pozdrówka,
Sebek
Aż dech zapiera!!!
Sebastian Wawrzyszak 22.1.04 23:20
O mały włos a już bym leżał martwy. Mało co się nie udusiłem, jak zacząłem czytać to tak mi dech zaparło,ze nie oddychałem do samego końca.Gratuluję i ryby i wspaniłej postawy wędkarskiej.
Czapką do ziemi
Sławek Rybicki 22.1.04 17:59
mistrzu :))))
Dzieki
Grzegorz Lacki 22.1.04 11:31
Dziekuje wszystkim za komentarze i do zobaczenia nad woda :)

Grzesiek Lacki, KWI
Podziekowania
Grzegorz Lacki 16.12.03 14:36
Bardzo serdecznie wszystki dziekuje za slowa gratulacji i otuchy (szczegolne podziekowania dla Waldka ... nie masz sie jednak co martwic .. allegro mi na razie nie grozi :) )
Milych swiat wam wszystkim zycze i kazdemu glowacicy przynajmniej po metr na glowe :))))


Grzesiek
Cos mi się przypomniało
Waldemar Kalita 16.12.03 02:11
Grześ, tylko nie wpadnij na pomysł by z "jedynej pamiątki" jaka Tobie pozostałe po głowatce, ukrecić
obrączkę, bo zamiast nastepnego Puchru Bałwana to bliskie spotkanie z "Allegro" :))))))))))))

Pozdrawiam
Waldek
Pochwała Głowacinkciarza
Waldemar Kalita 15.12.03 21:51
Grześć, fascynująca opowieść, nie wspomnę o Twoim zachowaniu po udanym holu. Jesteś WIELKI, dlatego następny Puchr Bałwana po dwakroć Tobie wyngrodzi podobnymi doznaniami, wierzaj mi.

Pozdrawiam
Mojaszerokość
gratuluję
mandrake 13.12.03 14:12
gratulacje,miałeś sporo szczęścia,ja w tym roku same krótkie,może w niedzielę będzie lepiej,a tak na marginesie jesteś jedną z niewielu przyjezdnych
(i nie tylko) osób która potrafi darować miarowej głowie życie, połamania kija i do zobaczenia pod czerwoną skałą a wierz mi są tam duuużo większe
świetne opowiadanie
hornetpsr 12.12.03 20:00
..... od razu widać , że z serca i z życia , nie fantastyczne . I ja nie miałem nigdy głowatki na kiju , dlatego przeżywałem ją razem z tobą :)
GRATULACJE
Grzegorz Tuński 12.12.03 15:33
Cześć Grześ


Szczere gratulacje.
Ja nie pamiętam pierwszej głowatki, bo jeszcze nigdy ich nie łowiłem, ale to się zmieni. Ty możesz już wspominać i tego Ci zazdroszczę.



Pozdrowienia Grzylek
gratulacje
Sebastian Siekierka 12.12.03 15:12
JA nigdy jeszcze nie uganialem sie za glowacica, ale wiem bardzo dobrze co to znaczy zlowic cos czego sie tak dlugo oczekuje. Takie wspomnienia zostaja na zawsze ;)
Gratulacje!!!
Darek Szołajski 12.12.03 10:27
Grzegorz,
Serdecznie gratuluję! Takich przeżyć się nie zapomina! Ono zawsze zostanie z Tobą, i nawet kiedy, (za parę lat) posiwiały i zmęczony, siedząc w wygodnym fotelu zamkniesz oczy - bedziesz miał co wspominać i do czego się usmiechać... Tego zazdroszczę Ci najbardziej!!!
Darek - stary zawistnik...


Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©2004 Stowarzyszenie KWI

Klub gości na Rybim Oku
Reklamy Krokus: Darmowy ERP i CRM - Odoo - dawny OpenERP