Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
ARchiwum sklep
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Opowiadania

Hit  Marzenie starego człowieka

Autor: Jarosław Krystkowiak
Temat: Bajdy i gawędy
Data:30.11.03 22:27
Ocena:7.62  (13)
Czytano:3350

Ranek był listopadowy, wilgotny od wieczornego deszczu, który obmył z jesiennej zgnilizny koronny sennych drzew. Pod względem temperatury znacznie bardziej przypominał wiosnę, aniżeli nostalgiczną jesień. Jedynie subtelna pastelowa szata, w którą przystrojona jest przyroda przypomina o nieuchronnym, powolnym końcu całorocznego cyklu życia. Ciężkie krople rosy srebrzą się na pajęczynach oplatających uschnięte jeziorne trzciny, a rozłożyste krzaki łoziny przyoblekły się w całą tęczę barw. I ta niespotykana dotąd cisza, żadnych ptasich śpiewów czy owadzich brzęków.


Stalowo-szarą taflę jeziora spowija gęsta mgła. Silne, miarowe pociągnięcia wioseł pozostawiają na powierzchni rozchodzące się kręgi, a skrzypienie dulek burzy dźwięczącą w uszach ciszę. Na czole wioślarza pojawiły się pierwsze krople potu. Tak, teraz właśnie widać rezultaty tygodni spędzonych w fotelu. Lekka zadyszka, uczucie suchości w ustach. Mężczyzna uśmiechnął się w duchu... Niestety stary, latka lecą.
Z prawej strony powoli, majestatycznie wynurzył się otulony lekkim całunem porannej mgły trzcinowy cypel. Jeszcze kilka pociągnięć wiosłami i będzie można rzucić kotwicę. Wcinający się daleko w jeziorną toń wąski garb pełen był głazów, naniesionych przez usuwający się kilka tysięcy lat temu lądolód. Nad nim jedynie 3 metry wody. Prawdziwa, można by rzec podręcznikowa sandaczowa miejscówka. Znał to miejsce doskonale, przecież to w końcu „jego jezioro”. Spędzał tu każdą wolną chwilę od prawie 20 lat. Przez ten szmat czasu nauczył się czytać tę wodę niczym starą księgę pełną wielowiekowej historii. Jeziorna toń nie miała dla niego dla niego żadnych tajemnic, znał tu każdy garb, każdą górkę, stok czy dołek. Bezszelestnie opuścił kotwiczny ciężarek, wiosła włożył do łodzi, a następnie chwycił w dłoń swój ulubiony spinning. Krótka, sztywna wędka znakomicie sprawdzała się na tym łowisku. Lecz nie zarzucił od razu, zastygł w bezruchu i zagłębił się w otaczającej go ciszy. Kontemplował... to taki poranny rytuał, niczym indiański szaman „czarował wodę”. Po chwili delikatnie odgiął kabłąk kołowrotka, zrobił szeroki zamach i sprawnym ruchem posłał seledynowe kopyto daleko przed siebie. Głośny plusk wpadającej do wody przynęty rozdarł tę magiczną, poranną ciszę. Nagłe zwiotczenie linki świadczyło o tym, iż wabik opadł na dno. Wielki łowczy znów rozpoczął swoje polowanie. Jego ciało ogarnęło niespotykane w innych sytuacjach skupienie, każda jego mięsień, każdy nerw gotów był do natychmiastowej reakcji. Subtelne poderwanie wędki, dwa szybkie obroty korbką i stop. Szczytówka delikatnie wyprostowała się, kolejne szarpnięcie, kilka obrotów. Puk, puk, puk ...
Ciężka ołowiana główka stuka o dno wznosząc niewielkie obłoczki dennych osadów.
Dla wielu łowienie z opadu jest metodą zbyt statyczną, monotonną, a jednocześnie wymagającą ciągłego skupienia i pełnej harmonii wszystkich zmysłów. Najmniejsza chwila rozkojarzenia może zakończyć się zbyt późnym zacięciem, a w konsekwencji wędkarską porażką.
Kolejny rzut, kilka sekund i przynęta dotyka dna. Puk, puk, puk... Stary wytrawny mistrz wie jednak że to metoda na mętnookiego najskuteczniejsza, pozwalająca w stosunkowo krótkim czasie obłowić spory obszar.
W pewnym momencie jego uwaga skupiła się na nienaturalnym ruchu linki, mięśnie jego ramion eksplodowały w konwulsyjnym ruchu i w tej samej chwili powietrze przeszył głośny świst agresywnie poderwanego w górę wędziska. Poziom adrenaliny we krwi gwałtownie podskoczył, to bowiem moment, na który oczekuje każdy wędkarz. Jednak zamiast spodziewanego na drugim końcu linki pulsującego ciężaru, poczuł jedynie tępy zaczep. Kolejny zawód....
Oparł wędzisko o burtę łodzi i spokojnie owinął plecionkę kilkakrotnie wokół zapalniczki. Nie palił już od kilku lat, służyła ona jedynie do rwania linki. Kilka silnych, miarowych pociągnięć nie przyniosło rezultatu, poczuł jedynie elastyczne odbicie. Niestety doskonale zdawał sobie sprawę, iż jego przynęta kolejny raz zahaczyła tę starą, zatopioną siatkę kłusowniczą. W tym bowiem miejscu na dnie nie było żadnych innych zaczepów. Beznamiętnie przepalił plecionkę, założył nową agrafkę i gumę i znów postał ją do wody, tym razem jednak kilka metrów w lewo.
Puk, puk, puk ... Mijają kolejne minuty, postronny obserwator może odnieść wrażenie, iż ów zgarbiony mężczyzna wpadł w rodzaj transu. Niczym zahipnotyzowany wykonuje wciąż te same, wręcz mechaniczne czynności.
Coś się jednak zmieniło. Nadzieja goszcząca dotychczas na twarzy starszego człowieka zaczęła z wolna ustępować uczuciu zniechęcenia.
Zniknął gdzieś blask bijący z jego oblicza, a w oczach pojawił się smutek i zatroskanie, głębokie zmarszczki odciśnięte przez upływający czas, uwidoczniły się jeszcze bardziej. Wydawał się być znacznie starszy, aniżeli jeszcze kilka godzin temu.
Niestety taki scenariusz powtarzał się coraz częściej już od trzech sezonów. Coraz mniej brań, coraz mniej tych niesamowitych łupnięć wyrywających z dłoni wędkę, a wielkość nielicznych poławianych sandaczy pozostawiała coraz więcej do życzenia. Pomimo tych niezaprzeczalnych faktów, starał się nie dopuszczać do siebie myśli, iż jego jezioro, woda, którą tak ukochał, której był wierny tyle lat powoli umiera. Ach... Westchnął ciężko, a w jego oczach pojawiły się łzy. Czy to już koniec, czy rzeczywiście nadszedł już czas by żurawie z pobliskich mokradeł odegrały pożegnalny hymn.
Puk, puk, puk... W łowieckim amoku nie zauważył nawet, iż dzień wstał na dobre, rozpierzchły się gdzieś poranne mgły i nisko kładzione o tej porze roku słoneczne promienie dawały delikatne uczucie ciepła.
Znużenie dawało coraz silniej znać o sobie, powieki stawały się coraz cięższe i opanowała go wszechogarniająca niemoc. Głowa opadała mu na pierś i choć przez chwilę próbował przeciwstawić się temu błogiemu uczuciu, w końcu przegrał. Zapadł w sen.
Jego myśli zaczęły biec gdzieś daleko, hen przed siebie w inny, nierzeczywisty wymiar, w świat wyimaginowanych zdarzeń, świat pozbawiony trosk i strapień...
Tym razem na pokładzie nie był sam. Na dziobie bowiem siedział młody, jasnowłosy chłopak. Jaskrawe ogniki widoczne w jego oczach zdradzały ogromne podniecenie. Rozpierała go niesamowita radość i duma, bo choć łowił już kilka lat, pierwszy raz dziadek – mistrz nad mistrze – zabrał go na prawdziwą sandaczową wyprawę.
Napędzana siłą ludzkich mięśni łódź powoli osiągała swój cel. Starszy jegomość z ogorzałą od wiatru i słońca twarzą zdawał się w ogóle nie odczuwać kilkunastominutowej katorżniczej pracy galernika. Kontem oka zerkał na rozentuzjazmowanego młodzieńca i choć z całych sił starał się, nie był wstanie dłużej ukrywać swego wzruszenia. Był naprawdę szczęśliwy, płynął bowiem ze swoim wnukiem.
Niesiona siłą rozpędu łajba dryfowała w kierunku cypla. Mężczyzna jak zwykle delikatnie rzucił kotwicę. Linka raptownie naprężyła się i w tym momencie zatrzymali się. Nauczony wieloletnim doświadczeniem, nakazał wnukowi opuścić druki ciężarek na przeciwległym końcu łodzi. Jesienny poranny krajobraz, upiorne pozbawione liści korony drzew oraz stalowo-szara pozornie martwa woda nie napawają optymizmem. Stary jednak wie, iż to jedynie złudne wrażenie, bowiem pod powierzchnią toczy się zażarta walka o przetrwanie. Wszak późna jesień to najlepsza pora na mętnookiego drapieżnika. Spokojnie bez zbytniego pośpiechu rozkładają wędki. Na ich końcach zawisają kopyta na ciężkich główkach. Pierwsze rzuty wykonują w kierunku środka jeziora, będą bowiem obławiać dobrze znany staremu trzymetrowy, twardy blat. Chłopak okazuje się być bardzo pojętnym uczniem, wnet bowiem pojmuje arkana sztuki łowienia z opadu.
Kolejne rzuty nie przynosiły efektu. Czyżby agresywny, ciężki opad nie był dziś skuteczną metodą ? Czas na zmianę taktyki. Postanowili przepłynąć kilkanaście metrów. Ustawili łódź na odległość rzutu przynętą od szczytu garbu. Ich zamiarem było obłowić stok prowadząc przynętę w kierunku jego głębszej części. Tym razem założyli znacznie lżejsze przynęty. Ich opad będzie znacznie mniej agresywny. W sytuacji gdy sandacze biorą niemrawo, taki sposób wabika może okazać się znacznie bardziej skuteczny. Pierwsze rzuty, opad jest stosunkowo krótki, to znak, że przynęta spoczęła na szczycie garbu. Delikatne poderwanie, ripper tonie znacznie wolniej, a jego skoki są znacznie dłuższe.
Nagle jedna z wędek przeszył spazmatyczny dreszcz. Młody chłopak wykonał energiczne zacięcie. Wędka wygięła się po samą rękojeść, a na jej końcu czuć było silne uderzenia. Tym razem wiedzieli już, że ten pulsujący ciężar, to sporych rozmiarów sandacz. Ryba z impetem walczyła o życie. Pomimo zakręconego maksymalnie sprzęgła, kołowrotek powoli oddawał plecionkę, świadcząc o niebagatelnej sile przeciwnika. Stary zdawał sobie sprawę, że w ten sposób walczą tylko naprawdę wielkie sandacze. Podniecenie młodzieńca rosło z każdą sekundą, jego ramiona drgały, zaschło mu w gardle, a kolana zrobiły się niczym z waty. W takiej chwili łatwo było o błąd. Miał jednak przy sobie doświadczonego łowcę, który potrafi wspomóc go fachowymi radami. Sandacz z ogromną siła muruje do dna. Jego odjazdy nie są błyskawiczne, jednak ryba nie daję nawet o metr nie daje się podciągnąć. Walka trwa wciąż na całego, wygięte do granic możliwości wędzisko wraz z plecionką wydaje z siebie całą gamę dźwięków. Przeciąganie liny trwa już kilka dobrych minut, i choć ryba wciąż zaciekle walczy jej odjazdy są już znacznie mniej agresywne. Chłopak oderwał w końcu sandacza od dna i powoli, sukcesywnie ciągnął go ku powierzchni. W pewnym momencie ich oczom ukazało się białe cielsko, niczym bezwolna kłoda wynurzające się na powierzchnie. Był ogromny, wspaniały, prawdziwy władca głębin. Choć bardzo zmęczony to jednak jego blado oliwkowe ciało wciąż pełne było majestatu. Mężczyzna wprawnym ruchem umieści rybę w sporych rozmiarów podbiera ku.
To już koniec tego wspaniałego pojedynku. Pierwszy wypad młodego i taki sukces. Szczęśliwi wpadli sobie w objęcia. Trudno było ocenić, który z nich był bardziej dumny. Łzy wzruszenia potoczyły się po ich twarzach, a serca wypełniała niesamowita radość.
W tym momencie zbudził się. Dopiero po chwili dotarł do niego fakt, iż przespał kilkadziesiąt minut. Jego ciało przeszył dreszcz wywołany popołudniowym chłodem, poczuł się jednak znakomicie. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Ileż to już razy śnił ten sam sen, tak realny, tak rzeczywisty. Wciąż miał nadzieję, że nadejdzie kiedyś dzień gdy to senne marzenie będzie mógł zrealizować. Tak wiele bowiem chciałby przekazać swemu następcy, lecz czy zdoła zaszczepić w młodym zbuntowanym umyśle, kuszonym blichtrem współczesnego świata, ziarno miłości do natury. Wartość, która dla młodych nie ma dziś większego znaczenia, natomiast dla niego jest sensem życia. Pomimo strapienia, delikatny uśmiech nie znikał z jego twarzy, on bowiem wciąż żył wielkim darem ... nadzieją.
Słońce powoli kończyło swą codzienną wędrówkę. Kolejny jesienny dzień chylił się ku końcowi. Powietrze stało się ciężkie nasycone wonią dymu z płonących na polach ognisk. Na niebie pojawił się klucz odlatujących gęsi, donośnym głosem dając znać o początku swej dalekiej wędrówki.
Mężczyzna spojrzał smętnie na oddalające się ptaki. On wiedział, że to również jego ostatni akord tego sezonu. I choć doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, iż bezpowrotnie traci jakąś część siebie, to jednak kiełkowała w nim jakaś iskierka nadziei. Może następny sezon okaże się lepszy, być może jego ukochana woda powoli zacznie się odradzać. Przede wszystkim natomiast liczył, iż wreszcie spełni się jego największe marzenie.
Zziębniętymi dłońmi wyciągnął z kieszeni plecaka starą nadgryzioną zębem czasu książkę. Dla innych może śmieszna, mało ambitna, jednak dla niego przedstawiała ogromną wartość sentymentalną, otrzymał ją bowiem od własnego ojca. Ileż to już sezonów kończył czytając jej fragmenty. Z wolna przerzucał pożółkłe kartki, by zatrzymać się na jednej z ostatnich stron. Znajdowały się tam bowiem słowa tak wiernie oddające stan jego ducha. Słowa podziękowania i pożegnania:
„Pozdrowiony bądź, Mistrzu, cudów piękna i mądrości Stworzycielu !
Tyś jest tu z nami w każdym kształcie, dźwięku, woni i z Tobą myśmy to lato przebyli.
Niech Ci będą dzięki za dzień każdy i każdą chwilę, niech Ci będą dzięki, żeś nam otworzył oczy i uszy, by Twoje piękno zrozumieć i żyć nim, jak chlebem.
Niech Ci będą dzięki będą dzięki za zdrowie duszy i ciała, za słońce i zdrój, kwiat i jagodę, za znój i spoczynek, za pogodę naszych serc...”

Maria Rodziewiczówna „Lato leśnych ludzi”

GRAND PRIX




Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Temat: Autor:
Czas:
marzenia starego człowieka
Zenon Kruszyński 01.12.03 16:43
piękna opowieść ,i jakże realna, kazdy chce coś po sobie zostawić najleprzegodziadek marzył a marzenia często się spełniają ,życzmy tego jemu i sobie
Nu pogodi
Sławek Rybicki 01.12.03 11:40
Jarek !!! Masz przechlapane. Za nazwanie po tylko 20 latach wędkowania kogoś Starcem.
     Odp: Nu pogodi
Jarosław Krystkowiak 01.12.03 12:10
    
Sławku wybacz proszę !!! Miałem na myśli 20 lat wędkowania na tym konkretnym zbiorniku, nie w ogóle. Błagam o łaskę !!!



Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: OpenERP