Portal Sklep Bazar Tygodnik Ryby Domowe Klub Reklama Pomoc
Archiwum 2
English pages

UWAGA! ZNAJDUJESZ SIĘ NA STRONACH ARCHIWALNYCH !!! NOWY ADRES => Wędkarstwo - Rybie Oko - http://www.fishing.pl

 
Artykuły
Forum
Foto
Baza
Co i kiedy
Linki
Brania
Hyde Park
Humor
Znad wody
Filmy i pliki
Kartki
Encyklopedia
Ryby i prawo
Ściąga
 
 
 
 
mniej ostatnich wiadomości 82114
To był fragmnet większej całości, niżej więcej :)
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
Odp: odp:Kłusownicy na śląsku
Odp: dorsz
.......................
Odp: Zapora na Wisłoce
Odp: Oj Panie Bogusz .....
Odp: Żyłka
pytanie o połów
pomocy!
pomocy!
leszczyńskie
"okonek"
Wróżka
W obronie jazgarza
Zawody? Również! Bo dlaczego nie?
Wisiel :/
Łowic bez nęcenia ?
Opowieśc znad wody..
Zanęty produkcji polskiej a zagranicznej
Konińskie kanały
Kupię szpulę do Okumy Avenger AV 30!!!!!!!!!!!!
POŻEGNANIE :) - godz 14!!!
Fajna rybka
Szkoda tytułować
 
 
więcej
Zawody wędkarskie
 4/145
Ten okropny żarłok - JAZGARZ
 
Opowieści znad wody.... cz.1
 6.9/85
Leszczowisko
 7.1/202
 8.8/115 hit
Łakomiec
 7.9/66
Oszuści na Bazarze Rybiego Oka.
 7.3/64
KOMUNIKAT
 
Stało się...
 5.6/30
Kłusownik ukarany! Lepiej późno niż wcale.
 4.9/71
 
 
więcej
Petycja!!!!!!!!!!!!!
Pstrąg Roztocza
Uroczyste otwarcie
 
 
Inne ankiety
Żyłka
Co robisz z niepotrzebnym kawałkiem żyłki?
wyrzucasz gdziekolwiek
rzucasz do wody, bo tam jej nie widać i ptak się nie zaplącze
tniesz na mniejsze kawałki i wyrzucasz
zabierasz ze sobą, by spalić w ognisku
zabierasz ze sobą, by wyrzucić do śmietnika
to inaczej, jak podaj w komentarzu

Wyniki Wyniki wszystkich

Komentuj
 


Wszystkie Rybim Okiem Rozmaitości

Hit  Amazonka, Parana

Autor: Sławek Rybicki
Temat: Wyprawy
Data:30.11.02 19:29
Ocena:8.33 hit (12)
Czytano:4090

Uczciwie przyznam iż motorem zamieszczenia poniższego tekstu jest ostatnia ankieta. Jakoś połudnowa Ameryka nie pojawia się w naszej wyobraźni jako wędkarski raj. Poniżej zamieszczam fragment (a właściwie rozdział) z pięknej książki W. Ostrowskiego pt. Życie Wielkiej Rzeki. Rzeką tą jest Parana a pan Wiktor przepłynął jej solidny kawał zwykłym kajakiem łowiąc i polując. W tym rozdziale spotyka narwiańskiego rybaka, którego losy rzuciły nad Paranę. Niestety książka już od dawna nie była wznawiana ale jest do zdobycia w antykwariacie internetowym. Na długie zimowe wieczory to znakomite antidotum na chandrę.


Rudy znad Garupy

W Posadas powitano nas nie tylko serdecznie, ale wręcz uroczyście. Wieść o naszej wyprawie wyprzedziła kajaczek. Miejscowy komendant rzecznej straży granicznej poinformował, że już od dłuższego czasu, codziennie, ma telefony z pytaniami: czy już dopłynęliśmy, co się z nami dzieje? Sam też zaraz wziął się do telefonowania, że niby - już! Paru dzielnych marynarzy, jego podkomendnych, wyniosło „Trampa” do jakiegoś koszarowego składu. Gdy poszedłem tam sprawdzić, jak ułożono nasz stateczek na parodniowy odpoczynek, zobaczyłem obok coś nakrytego kocami. Uprzedzając moje pytanie, marynarze wyjaśnili, że wyłowiono to ostatniej nocy w porcie, musiało spłynąć z góry rzeki. Odchylili koce: trupy dwóch topielców. Zdarza się. Już rano ponoć ktoś oglądał i sprawdzał, czy to czasem nie my.
Obskoczyli nas reporterzy z miejscowego dziennika. Wywiady i koniecznie fotografia załogi razem ze statkiem. Trzeba było wynieść „Trampa” w celach fotograficznych.
Zjechała się do Posadas rodzina Szychowskich. Przybył nawet don Juan. Byli ogromnie ciekawi swojej najmłodszej latorośli w charakterze Robinsona rzecznego. Lalo zresztą miał mnóstwo spraw do załatwienia w Posadas i okolicy. O marynarzach śpiewa się, że ponoć w każdym porcie mają dziewczynę. Lalo wszedł już widocznie całkowicie w rolę wilka rzecznego. Przedstawił mi kilka ładnych dziewcząt, każdą z osobna jako narzeczoną. Zanosiło się na dłuższy postój w porcie...
Przyznam się, nie lubię miast. Ale Posadas jest związane z rzeką, to nie tylko stolica prowincji Misiones, także największy jej port. Miasto - zaplecze kolonii i osad tej rolniczej prowincji, koniec linii kolejowej łączącej ją z dalekim światem. Do Posadas docierają mniejsze statki z dolnej Parany. Na początku obecnego stulecia tu przyjeżdżają rolnicy-emigranci z terenów polski, ulica zbiegająca do portu zwie się aleją kolonistów. W roku 1950 właśnie tutaj odbył się zjazd rolników polskich, osiadłych na Tierra Colorada. W samym Posadas jest sporo polskich sklepów. Jest też Związek Polaków z własną siedzibą.
Po drugiej stronie rzeki rozłożyło się paragwajskie miasto Encarnación. Był tam nawet dobrze urządzony port. Był, – bo pewnej nocy tornado, wściekłe uderzenie wichury, porwało wodę z rzeki, trąbą wodną czy też ogromną falą rzuciło na port i... zmyło. Do dziś jeszcze sterczą żałosne ruiny. Dużo ofiar zabrało nocne tornado, ale, w Posadas, za szeroką na trzy kilometry Paraną, nikt nic nie wiedział. Wieść dotarła dopiero nad ranem. Dziwne rzeczy dzieją się nad Wielką Rzeką.
Z paragwajskiej strony motorówkami, łódkami codziennie pływają do Posadas przekupki. Mają nawet swój nadbrzeżny targ. Siedząc w kucki, w męskich słomianych kapeluszach, z cygarem w ustach, sprzedają jakieś dziwne zioła, zwoje czarnego prasowanego tytoniu i inne egzotyczne towary. Między sobą rozmawiają w języku guarani.
W mieście panuje duży ruch kołowy. Za kierownicą często widzi się kobiety, w spodniach, w męskich koszulach. To żony i córki kolonistów-osadników. Mieszanina nie tylko narodowości, ale i ras, rzadko gdzie indziej tak rzucająca się w oczy. Mają wspólny styl - pionierski.
Co jeszcze powiedzieć o Posadas? Ano chyba to, że nigdzie tak jak tam nie dokuczały nam nocą moskity. Tęskniłem za swoim namiotem ze szczelną moskitierą. Dusiłem i kaszlałem gnębiony dymem zapalanego w pokoju środka owadobójczego, który swym smrodkiem miał odpędzać tę plagę.
Lalo poprosił o „urlop”. Nie chciałem tracić czasu w mieście i wciąż śniły mi się niedawne łowy na dorado. Zacząłem szukać kompana z motorówką lub mocną łodzią by porybaczyć parę dni. Nic z tego nie wychodziło. Albo nie mili czasu, albo łódź była w naprawie, albo przeszkadzały inne ważne powody. Kilka osób natomiast radziło dostać się do, Pelirojo, czyli Rudego. Mówiono, że jest to opryskliwy dziwak, prawie niemowa, ale za to rybak nad rybaki. Choćby wszyscy wracali z kwitkiem, on zawsze miał na sprzedaż piękne okazy. Prócz tego wyjaśniono:
- Może jakoś pan się z nim dogada, jest pana rodakiem.
Ostatnia wiadomość przeważyła. Dowiedziawszy się jak do niego trafić, do plecaka zapakowałem trochę rzeczy i pożyczoną moskitierę. Umówiłem się z, Lalem co do dnia powrotu i wyruszyłem autobusem do mostu nad dopływem Parany, noszącym dźwięczna nazwę Garupa. Do odludzia Rudego miała mnie zaprowadzić ścieżka przez matorrales.
Senna jest Garupa, płynie leniwie po nizinie. Na brzegach sięgające do ramion zarośla matorrales, nieco dalej rzeka niknie w zielonym cieniu nawis łych po obu stronach drzew. Woda czysta, bez zawiesiny mułu. Gdy po ulewach brazylijskich burzy się Górna Parana, z godziny na godzinę przybiera i staje się coraz mętniejsza, ryby całymi ławicami wchodzą w spokojny nurt Garupy. Jeżeli wówczas dostanie się tam rybak - nie żałujący trudu przepychania czółna przez kożuch pływających lilii wodnych, tak zwanych camalotes, który dosłownie korkuje ujście Garupy - będzie miał rybie żniwo.
Właśnie tam, gdzie Garupa wpada do ogromnej Parany, na cypelku porośniętym cienistymi drzewami mieszka Rudy. Wiedział, gdzie osiąść, ten rzeczny człowiek - do wyboru ma i ogrom Parany, i zacisze rybne Garupy. Wiedział, gdzie zapuścić korzenie, ale nie umiał się zagospodarować. Może zresztą nie było mu to do szczęścia potrzebne. Chatynka-szałas kryta trzciną, z otworami zamiast okien, z wejściem zawieszonym płachtą, parę zagryzanych przez tropikalne robactwo psów, dychawiczny konik, przy pomocy, którego wywozi swój połów na odległą drogę, no i - samotność, rzadko zakłócona najściem przybysza, niepożądanego zwłaszcza, gdy cicho podpływa z drugiej, paragwajskiej strony.
Teraz wiem, Rudy lubi samotność. W tym przez Boga i ludzi zapomnianym ustroniu zaszył się przed wielu, wielu laty. Zdziwaczał, prawie oniemiał w tej samotności. Ogromnie byłem ciekaw rodaka.
Długo szedłem gubiącą się wśród matorrales ścieżyną. Mając w garści kij, uważnie patrzyłem pod nogi. Spędziłem kilka wygrzewających się na drodze wężów. Dobrnąłem wreszcie do szałasu. Obskoczyły mnie ujadające psiaki. Gospodarz nie ruszył się. Siedział, szeroko rozstawiwszy nogi, na niziutkim zydelku. W ognisku dymił spróchniały pniak - najlepszy sposób na komary. Rudy pił mate. Że to był właśnie on, poznałem od razu: rozchełstana koszula nie kryła spalonego na brąz, pokrytego gęstą rudą szczeciną torsu. Miedzianym połyskiem mieniła się dawno nie golona broda. Przez czerwień czupryny przeświecały srebrne kosmyki. I te oczy - jasnoniebieskie, prawie białe. Wlepione we mnie badawczo, ciężko, nicująco. Wyszedłem z zarośli i przystanąłem nic nie mówiąc. Długo trwało wyczekujące milczenie. Nawet psiaki przestały ujadać. Wbrew miejscowym zwyczajom pierwszy odezwał się gospodarz:
- Buenas tardes, amigo - i nie podnosząc się podał mate. - Dobry wieczór odpowiedziałem. - Jak się macie? Ręka podająca mate zawisła w powietrzu, białe oczy mierzyły mnie od stóp do głowy, raz za razem. Po dłuższej chwili z potężnej piersi Rudego zabulgotało:
- Wy... co? Polak będziecie? Siadajcie!
Przysunąłem pniak, by dym i ode mnie odpędzał komary, usiadłem w milczeniu. Kilka razy mate przeszła z rąk do rąk. Wreszcie nie wytrzymałem: Mówiono mi o was w Posadas. Mówiono, że ciągacie piękne dorado. Mam parę dni czasu. Przyszedłem ot tak, poznać, zobaczyć. Można? Podniósł zakopcony imbryczek, ostrożnie dolał do mate, nie wstając podał nad ogniskiem. Wypiłem. Oddałem. Raz i drugi siorbnął przez metalową rurkę. Znowu cos w nim zabulgotało i mruknął:
- Można.
Takie było moje zapoznanie się z Rudym, pierwszy krok na drodze ku późniejszej przyjaźni. Na imię miał Wincenty. Nazwiska nie znam, nie starałem się dowiedzieć. Kim jest, skąd tu przybył, wyjaśniło się znacznie później. Historię życia Wincentego wyciągałem powoli, niczym nić z pogmatwanego kłębka, opornie, węzłowato, w ciągu dni wspólnego rybaczenia, nocami, gdy wypływaliśmy razem w czarność Parany przeglądać rozstawiony sprzęt rybacki lub siedzieli przy ognisku w oczekiwaniu świtu. Bałem się go spłoszyć pytaniami niby strachliwego ptaka, bałem się milczenia, które po niedyskretnym słowie zapadało ciężką kurtyną i dzieliło na wiele godzin.
Spać będziecie w środku czy wynieść catre tu, pod drzewko?
Wnętrze chałupinki nie zachęcało, urągało wszelkim pojęciom o ludzkim mieszkaniu. Nadepnąłem na ropuchę wielkości dużego spodka, na posłaniu czochrały się pokryte kleszczami psiaki, w trzcinowym poszyciu gospodarowały szczury i myszy. Wynieśliśmy pod drzewko catre, niby łóżko polowe na niskich nóżkach. Na gałęzi zawiesiłem moskitierę, nakryłem łoże. Spanie królewskie. Pogoda była jak złoto.
Gdy się ściemniło, Rudy nie przerywając milczenia zabrał się do szykowania posiłku. Ofiarowywałem pomoc, wspomniałem o przyniesionych zapasach - machnął tylko ręką. Z umieszczonego poziomo na gałęziach drąga zwisało duże, już wypatroszone pacu. Ciachnął z niego nożem parę ładnych kawałków, wrzucił do sagana. Chlusnął odrobinę wody, z blaszanki dolał oleju. Dołożył kilka garści ryżu, czerwony pieprz-paprykę. Posolił. Nakryty żeliwną pokrywą sagan bulgotał. Czekaliśmy paląc w milczeniu. Wincenty krajał nożem wałek sprasowanego czarnego tytoniu, rozcierał w dłoniach, skręcał potężny nabój. Zamiast papieru używał wysuszony i wygładzonych liści kukurydzy. Zaciągnąłem się i ja - w oczach stanęły gwiazdy, zakręciło mi się w głowie. Wstydziłem się wyrzucić, paliłem ostrożnie. Przypatrujący się moim mękom Wincenty uznał za stosowne wyjaśnić:
- To z tamtej strony przywiózł paragwajski znajomek. Mocny tytoń, dobry... Może na początek rzygniecie, ale potem przyzwyczaicie się. Ja go polubiłem.
Znalazła się druga łyżka. Rybno-ryżową potrawę jedliśmy wprost z kociołka. Smakowała znakomicie. Pieprzu nie pożałował Wincenty. Gdy wyjąłem z plecaka przyniesioną butelkę wódki, skinął z uznaniem, ale machnął lekceważąco ręką na podany kubeczek. Odchylił głowę, przyłożył do ust butelkę. Długo jej nie odejmował, potem chrząknął zadowolony, podał mnie. Poszedłem w jego ślady. Jakoś nie zabieraliśmy się do spania. Późno już było, gdy gospodarz wykrztusił:
- Popłynę na rzekę sprawdzić espineles. Potem trzeba patroszyć rybę, a skoro świt wywieźć na drogę. Co?.
To, „co?” wyglądało na zaproszenie, a uwaga o patroszeniu ryby i wywiezieniu jej na drogę świadczyła o pewności: będzie zdobycz. Łódź miał dużą, ciężką, z parą tylko wioseł. Ściągnęliśmy ją na wodę i Rudy zaczął wyjmować z zatopionej drewnianej skrzyni sabalos. Wrzucał je do łodzi jeszcze żywe. Dużo było tej przynęty. A każda ryba, na oko sądząc, ważyła od pół do jednego kilograma. Nie wytrzymałem i zapytałem zdziwiony, czy aż takie duże sztuki zawiesza się na hakach. Wyjaśnił lakonicznie:
- Na dużą rybę złakomi się duża ryba... ja tam mniejszych nie uznaję.
Espineli miał Wincenty kilka, niektóre zakotwiczone w pobliżu głównego nurtu, prawie na środku Wielkiej Rzeki, inne znów bliżej brzegu, na płyciznach lub za bystrzycami. Raz ubierał w przynętę jedne, a raz drugie. Wiedział, kiedy ryba idzie głębią, a kiedy małą wodą. Wiedział - obserwując znaki na niebie i rzece, wnioskując ze stanu wody, z ciągnącego od niej zapachu. Łowienie na espinele to sposób rybaków zawodowych osiadłych na jednym miejscu. Miedziane albo lepiej brązowe grube druty, liczące po paręset metrów długości, zakotwicza się na stałe lub przynajmniej na dłuższy czas. Oba końce przymocowywuje się do ciężkich kamiennych kotwic, nad którymi pływają duże zalutowane blaszanki. Do tak rozciągniętego i podtrzymywanego przez pływaki drutu, co dziesięć - piętnaście metrów przywiązuje się mniej więcej metrowe kawałki mocnego sznura. Na końcu zwisającym w prądzie - jeszcze kawałek drutu i potężny hak. Właśnie na te haki nadziewa się rybną przynętę. W nurcie lub za bystrzycami złakomi się na nią dorado, na spokojniejszej wodzie i bliżej dna może surubi lub manguruyu. Podpatrzyłem sekretne sposoby Rudego. Na końcu każdej bocznej linki przytwierdzał trzy metalowe łańcuszki. Dwa jednakowe, krótsze, jeden dłuższy. Każdy uzbrojony w haczyk solidnych wymiarów. Zrozumiałem, dlaczego na przynętę poświęca wyłącznie duże sztuki sabalos, i to w całości. Każda ryba siedziała na trzech haczykach: ten na dłuższym łańcuchu Rudy wbijał w głowę, dwa na krótszych - po obu stronach tułowia. Tak zaczepiona przynęta „stała” w wodzie, poruszał ją prąd, wyglądała jak żywa. Dzięki temu prostemu, przez siebie wynalezionemu sposobowi Rudy zasłynął jako rybak mający zawsze dobry połów. Tamtej nocy, wracając po przejrzeniu espineli i zaopatrzeniu ich w świeżą przynętę, mieliśmy ładną zdobycz: osiem pięknych dorado, w sumie chyba ponad sto pięćdziesiąt kilogramów żywej wagi. Rzeczywiście, małych okazów nie było. Milcząc, nie proszony, zabrałem się do patroszenia zdobyczy. Wincenty przyglądał się, kiwnął głową, co wziąłem za dowód uznania, i poszedł do wygasającego ogniska dorzucić drzewa, zaparzyć kawę. Niebo na wschodzie zaczęło blednąć, gdy przyprowadził z zarośli swego konika. Wypatroszone przeze mnie dorado zapakował do płóciennych worków, uwiązał po obu stronach dziwnego jucznego siodła. Pod konikiem uginały się nogi. Rankiem na dalekiej drodze Wincenty wysyłał dalej zdobycz przejeżdżającym autobusem. Ktoś tam w mieście ją odbierał.
Wlazłem pod moskitierę. Gdy obudziły mnie skośne promienie słońca, z szałasu usłyszałem potężne chrapanie. Rudy wrócił i odpoczywał.
Nie wiem, czy przez cały ten czas zamieniliśmy z sobą, chociaż dziesięć słów.
W dzień też wypływaliśmy sprawdzać espinele, ale tylko krótsze, zakotwiczone na płytkiej wodzie. Na nich zbieraliśmy pacu. Któregoś dnia Wincenty długo medytował nad rzeką, coś przeżuwał i wreszcie orzekł:
- Dziś pacu będzie łase na owoc.
Nie wiem, co zdradziło mu aktualny rybi gust, ale po nadzianiu dzikich owoców przypominających małe pomarańcze na pojedyncze haczyki mniejszego espinelu wynik mieliśmy nadzwyczajny. Pacu było tyle, że nie wszystkie zabraliśmy do łodzi. Przeciągnąwszy sznur pod skrzelami, zawiesiliśmy resztę na tym samym espinelu.
- To tak jak w spiżarni -wyjaśnił Wincenty. - Jutro albo i później zabierzemy...
Łowić siecią sabalos trzeba przynajmniej we dwóch. Taką sieciową spółkę miał Wincenty z sąsiednim rybakiem. Jose, wesoły młody Brazylijczyk, spływał gdzieś z góry rzeki. We trzech przepychaliśmy czółno przez camalotes zarastające ujście Garupy, by na jej czystych wodach zaciągnąć sieć parę razy. Rudy i Jose włazili do wody, brodzili zanurzeni po ramiona. Gdy chciałem pomóc, Wincenty ofuknął krótko:
- Wy nie! Nie macie butów.
Później, po wyjściu na brzeg, Jose zrzucił swój pełen wody gumowy but i pokazał zdeformowaną stopę, z wielką blizną na podbiciu. Rana musiała długo się goić. Było to następstwo uderzenia ogona ryby raja, zakończonego kolcem. Wincenty jeszcze dorzucił:
- A ryczał z bólu jak wół, tarzał się, stawał na głowie... Potem gniło to a gniło.
Raja (ryba z rzędu Botoidei), po polsku zwana także skatem, żyje zasadniczo w morzach, jednak w ciepłych wodach Parany spotyka się ją także, i to w takich ilościach, że uważana jest za plagę. Ciało ma spłaszczone, w formie dysku lub romboidalne. Słodkowodne raje nie rażą wprawdzie prądem elektrycznym, jak niektórzy ich pobratymcy morscy, natomiast uderzenie ogona zakończonego kościanym ostrzem, w połączeniu z jadem wydzielanym przez blisko umieszczone gruczoły, powoduje piekielny ból, a rana goi się bardzo długo. Spoczywającą na dnie płytkiej wody, rozpłaszczoną i szarą raję trudno wypatrzyć. Właśnie na taką, brodząc z siecią, nadepnął Jose. Nie zaprotestował, gdy Wincenty mówił o ryczeniu, tarzaniu się i stawaniu na głowie, sam dodał, że ból był po prostu przyprawiający o szaleństwo.
- A przecież nie jestem babą. Nie wrzeszczę z byle powodu. O, popatrz...
Pokazał łydkę drugiej nogi: zagojona blizna w kształcie krzyża, cięcie głębokie, aż do kości.
- Ukąsił mnie grzechotnik. Byłem sam, nie miałem lekarstw. Nie wahałem się ani chwili, rozciąłem, rozrąbałem nogę maczetą. Tyle krwi wypuściłem, że myślałem: zdechnę! A wierz mi, nawet nie krzyknąłem.
Wierzę Josemu. Twardy jest, niestrachliwy. Ciągnęli z Rudym sieć w błotnistym zakolu Garupy. Raptem zakotłowało się. Trzymali z całej siły, a przecież nie dali rady. W strzępy poszła środkowa część sieci. To obudzony na dnie yacare zrobił taki kawał. Sądząc po szamotaniu, musiał być bardzo duży. Zagarnąć siecią, niemal pod nogami, takiego kajmana? Brr!... A przecież nawet nie wyskoczyli na brzeg, tylko Jose klął dziwną hiszpańsko-portugalską mieszanką, piorunował. A Wincenty drapał się w rudą głowę, oglądając żałosne resztki swojej sieci.
Powtarzam: Jose nie należał do strachliwych, ale przed rajami miał głęboki respekt. Tak się ułożyło, że czyszczenie złowionej ryby stało się właśnie moim obowiązkiem. Robiłem to tuż przy brzegu, wnętrzności wrzucałem po prostu do wody. Gadatliwy Jose, przypatrując się moim wyczynom, wskazał na rzekę:
- Popatrz, ile się tych gadów nazbierało! Zwabiłeś je flakami.
W mętnej wodzie, tuż przy brzegu, majaczyły raje. Falowały flądrowate cielska, pożerały rybie resztki. Gdy potem strzałami katrupiłem jedną bestię po drugiej, Jose nie posiadał się z radości. Miał z nim stare i jakże bolesne porachunki.
Wreszcie rozgadał się Rudy. A było to pewnej ciemnej nocy, bez księżyca, w tropikalnej duchocie. Od wody ciepłej jak zupa nie ciągnął najlżejszy powiew. Wiosłował Wincenty. Nie potrafię zrozumieć, jak w tych ciemnościach, na potężnej, parę kilometrów szerokości liczącej rzece, zawsze bez pudła wyprowadzał czółno na boję. Na pytanie, jak to robi, czym się kieruje - chrząknął, przeżuwał coś i wreszcie mruczał:
- Ano, wiecie, niby po gwiazdach...
Tak i wtedy, wiosłując, „po tych gwiazdach”, stuknął dziobem o boję, pochylił się, bosakiem podniósł zatopiony drut espinelu, przerzucił przez dziób łodzi. Po chwili - zagrało!
Brązowy drut, zakotwiczony na dalekich końcach, naciągnięty przez znoszoną ostrym prądem łódź, napiął się niczym ogromna struna. Wibrował, huczał niskim basowym torfem.
- Gra... piękna gra - orzekł Rudy. - Przyłóżcie się do wioseł, bo prąd tu silny. Łódka może zerwać espinel. Zanadto gra.
Zabrałem się do wioseł. Nie widziałem, co robi klęczący na dziobie Wincenty, ale zgadywałem po graniu napiętego espinelu. Gdy podnosił drut i trzymając go w ręku przesuwał wzdłuż niego czółno, zalegała cisza, gdy opuszczał go na dziób, znów leciał po rzece basowy ton. Niesamowite wrażenie.
W pewnej chwili Wincenty przywołał mnie do pomocy. Coś się stało. Wspólnym wysiłkiem dźwignęliśmy espinel, ja przytrzymałem, Rudy zaczął ciągnąć obciążony czymś sznur z hakiem. W świetle gwiazd ukazała się ogromna głowa dorado. Ale potwór nie rzucał się, nie walczył jak zwykle. Wincenty wyciągał go coraz wyżej i wyżej niczym nieruchomy pniak. Mruczał coś przy tym w rudą brodę. Poświeciłem latarką. Nie wierzyłem własnym oczom: nasza zdobycz składała się z potężnej głowy i... szkieletu. Jakby rybi topielec, który parę tygodni gnił w wodzie.
Z gniewnym pomrukiem Rudy wyrwał haki z martwej paszczy. cisnął szkielet do rzeki. Przeciągnął łódź do następnej zwisającej z espinelu linki. Tutaj było to samo. Znów głowa dorado i szkielet. Wszędzie tylko szkielety!
Wincenty opuścił drut na dziób. Znów zahuczało, zagrało jakby upiorną nutą pogrzebową. Milcząc skręcaliśmy papierosy. Dopiero, gdy rozżarzyły się dwa czerwone punkciki, Rudy wykrztusił:
- Te dorado musiały mieć po jakieś dwadzieścia, może więcej kilo. Zżarły je piranie, psiajuchy!
Straszna musiała być śmierć tych „rekinów” z Górnej Parany. Silny, wspaniały drapieżca, nie darmo zwany el mas macho deI rio, złakomił się na przynętę, połknął zdradziecko ukryte w niej haki. Musiał walczyć, rzucał się, krwawił. Wtedy ławicą napadły na olbrzyma małe bestie, wyrywały z niego życie, dosłownie rozniosły go na zębach.
- Paskudztwo! -irytował się Wincenty. -U nas tego nie było... na Narwi, mówię wam, na Narwi tego nie było. A ja nad Narwią rodzony... tam od maleństwa rybaczył. - - --
- Znacie Narew? Bywszy tam, a?
To jedno słowo, nazwa dalekiej rzeki, niby czarodziejski klucz otworzyło od dawna zamknięty skarbiec wspomnień. Popłynęły szeroką falą, zalały całą Paranę, zatopiły nadbrzeżną dżunglę, zamazały wiszący nad nami Krzyż Południa, jakby chłodkiem i zapachem siana pociągnęło od narewskich łąk... Znikła teraźniejszość, przestały nas interesować rybie dziwolągi Parany. Niesieni nurtem wspomnień w okolice i czasy jakże już odległe, łowiliśmy szczupaki, okonie, sumy.,
- A sandacz? Pamiętacie sandacza?... Noc, a na brzegu gotują się w kociołku młode ziemniaki - rozpamiętywał Wincenty.
Opowiadał o sobie. Proste to było życie, rybackie. Dla wielu chyba nawet nieciekawe. Przekroczył już sześćdziesiątkę. Patrząc na jego potężny torf, na sękate mięśnie grające pod skórą, myślałem: Ileż z tych lat przeżył pod dachem, a. ile na rzece?””
Rybaczyć zaczął od dzieciństwa. Pięciu ich było u ojca. W chacie ciasno, ziemi trzy morgi, z samego łowienia żyć było trudno. Odsłużywszy wojsko - „w Warszawie znaczy się, w trzydziestym drugim, na Solcu” - Wicek poszedł w świat. Różnie tam bywało, rybaczenie jednak miał we krwi, nie mógł o nim zapomnieć. Posłyszał, że
w jakiejś tam Argentynie jest wielka i rybna rzeka, no i aż w Buenos Aires wylądował. Lat temu trzydzieści i pięć.
- Miasto... wiecie, ciasno, ludzi dużo... No to zaraz poszedłem szukać. Rzeka... wiecie, La Plata. Do rzeki niepodobna - morze! Drugiego brzegu nie widać. Jak wiatr, to fala... łódką nie wyjedziesz. Języka ichniego nie znałem, a przecie dogadałem się z rybakami. Pracowałem wtedy z chłopakami, co to najmowali się wielgachne sieci wywozić na rzekę. Potem ciągnęło się je na brzeg końmi. Takie te sieci były, że czasem i cztery konie nie dawały im rady. Ryby dużo, rozmaitej, ładnej. A wiecie, na co ta ryba szła? Na jakiś tam olej przerabiali, mówili nawet, na mąkę... Kto to słyszał: rybę na mąkę przerabiać? To ma być rybactwo? Bo i ludzi za dużo... Więc pociągnąłem w górę rzeki. Niby tą Paraną... Aż niedaleko miasta Santa Fe sam zacząłem rybaczyć. Dobrze tam było. Nauczyłem się ichnich sposobów, sam kombinowałem, niby te espineles, lineas... Ryby też sporo było. Nieraz wyciągałem surubi większe od trzech naszych starych sumów. Ale mięso ich niedobre, grasą, znaczy się, żyrem śmierdzi, tranem. I ruch tam na rzece duży. Parę razy statki mi espineIes zrywały. A najgorzej to było z ludźmi. W pobliżu dużych miast, wiecie, ludzie nie są dobrzy... No, to ja dalej i dalej... w górę rzeki, aż tu osiadłem.
Rozgadał się milczek. Pomagałem pytaniami. Jakże tu, na odludziu, mu się żyje?
A dobrze, cicho... Paragwajczycy z tamtej strony-niczego sobie, Co mi wezmą? Do drogi, żeby rybę wywieźć, nie mam daleko. A ścieżkę przez matorrales sami widzieliście. Nie każdy się tu zapuści, gadów się boją. Więc żyć można.
Rybołówstwo, tak jak myślistwo, jest starą sztuką, sięga kolebki rodu ludzkiego. Jest też sztuką trudną. Żaden podręcznik ani nawet własne doświadczenia zbierane na czterech kontynentach nie wzbogaciły mojej wiedzy w tej dziedzinie tak, jak noce i dnie spędzone z Rudym. Był to prawdziwy fenomen, obdarzony jakimś instynktem wodnym, czy jak to nazwać... Rzeka i jej życie nie miały dla niego tajemnic. Pierwotnym węchem odgadywał, co i jak nastąpi. Znał nie tylko rybie zwyczaje, ale i bolączki wodnego świata.
- Dziś - zapowiedział kiedyś - dorado pójdą tylko nurtem głębokim, szybkim. Dziś będą uciekały od chupas sangre.
Tak też się stało: na płytkich miejscach do espineli szkoda było nawet zaglądać, ale w nurcie zdejmowaliśmy piękne okazy. Wyciągając złotą zdobycz, Wincenty pokazywał mi wtedy malutkie, mikroskopijne wprost rybki, które jak pijawki wsysały się w boki wielkich drapieżników. Były to właśnie chupas sangre - ssące krew pasożyty. Ale skąd on wiedział, że akurat dzisiaj będą niepokoić dorado?
Słabą stroną Wincentego była pogarda dla małej ryby. Naturalnie określenia „mała ryba” należy rozumieć w skali Parany. Wyciągając siecią sabalos, Rudy bez pardonu wyrzucał do wody wszystkie „mniejsze” sztuki. Nie dbał o to, że na rynku mają niezłą cenę. Na dorado poniżej dziesięciu kilogramów też patrzył pogardliwie, mawiał „szczeniak” albo bardziej dosadnie. Bywały dnie i noce, kiedy połów wynosił dwieście i trzysta kilogramów „prawdziwych” ryb. Bywały też dnie, kiedy Rudy w ogóle na rzekę nie wypływał. „Nie widziało mu się” i kwita. Mógłby być bogaczem. Za rybę płacono mu dobrze. Co robił z pieniędzmi, nie wiem. Podejrzewałem, że sam nie bardzo wiedział, gdzie i jak uciekają.
Rzeka, wiecie, to dopiero życie. Tutaj człowiek jest człowiekiem - filozofował na Górnej Paranie ten rybak znad Narwi. - Aby była yerba, aby posiorbać mate, no i wino, czasem cańa... A ryby jest, duuużo, z głodu nie umrzemy...
Przez matorrales przedzierała się od czasu do czasu kobieta z dzieciakami uczepionymi spódnicy, z niemowlęciem na ręku... Siadała przy ognisku.
- Nu?... pytał lakonicznie Rudy.
Wyciągała z torby parę butelek, jakieś tam zapasy, tytoń... I zabierała pieniądze za połów. Czasem cerowała podarte łachy. Czasem skrzyczał ją za coś Wincenty. Ale to ich prywatne sprawy...
Może ktoś powie: pieskie życie. Może wykalkuluje, że przez trzydzieści pięć lat rybaczenia na Wielkiej Rzece Rudy mógł dorobić się czegoś więcej niż te łachy, pogięty imbryk, zakopcony sagan, zapadający się trzcinowy dach szałasu, może..-. Pokumaliśmy się z Wincentym. Potem nieraz do niego zaglądałem. I nigdy nie zapomnę, jak pożegnał mnie wtedy, podczas pierwszego mego pobytu. Odprowadził daleko przez matorrales. Szedł przodem, z giętką gałęzią w ręku, no, bo:
Gadów tu dużo - tłumaczył - trzeba uważać.
I zatrzymawszy się wreszcie, wygłosił pożegnalne przemówienie:
- Wrócicie?... Wracajcie! Tu jest życie!


Skorzystaj z przyznanego Ci prawa i oceń ten artykuł
« « « « || » » » »  
5  10 

drukuj drukuj wyślij wyślij

Lista komentarzy


Brak komentarzy.


Valid XHTML 1.0!
Wszelkie prawa zastrzeżone - All Rights Reserved - ©1999-2004 Krokus Sp. z o.o. - powered by eZ publish
Za publikowane treści odpowiedzialność ponoszą ich autorzy, jednocześnie wyrażając tym samym zgodę na ich bezterminową publikację.
Reklamy Krokus: Bardzo często nazywane w skrócie SEO jest kluczowym elementem reklamy w Internecie, gdyż właśnie dzięki pozycjonowaniu stron i optymalizacji możemy odnaleźć strony, jakich poszukujemy na co dzień korzystając z wyszukiwarki Google. Pozycjonowanie stron WWW Każdy potencjalny klient jest przez nas traktowany indywidualnie i dostosowujemy swoje usługi bezpośrednio pod potrzeby Państwa.